Z kobietami przez XX i XXI wiek

Z dr Teresą Fabijańską-Żurawską, historykiem sztuki, wieloletnią kustosz Powozowni Zamkowej w Łańcucie, rozmawia Aneta Gieroń

 

Aneta Gieroń: - Pani Tereso, spędziłyśmy dużo czasu wśród powozów, którymi wożono kobiety w XIX i na początku XX wieku. Dziś kobiety „wożą” się same i to „wożą” się szybko i luksusowo własnymi samochodami. Pani, gdy to obserwuje i porównuje do historii własnej oraz wspomnień o mamie, które zamykają się w ramach czasowych od początku XX wieku do końca pierwszej dekady XXI wieku dostrzega Pani,  jak bardzo na przestrzeni tych lat zmieniły się kobiety?

 Teresa Fabijańska – Żurawska: - Kolosalnie. To pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl. W XX wieku, w czasie poprzedzającym II wojnę światową kobieta była osobą, która rządziła domem, służbą, zarządzała spiżarniami, zaś mężczyzna był tym, który miał zapewnić byt materialny rodzinie. Tak właśnie było w mojej rodzinie zarówno ze strony matki, która wywodziła się z Żytomierza i Czernihowa, jak i ze strony ojca pochodzącego z miejscowości Głusiec pod Garwolinem. Tato i mama urodzili się dokładnie w tym samym roku - w ostatnim roku XIX wieku. To były rodziny o pochodzeniu ziemiańskim, ale mój dziadek ze strony ojca nie miał już ziemi - był zarządcą majątków, swego czasu kierował cukrownią na Wołyniu - w Poturzynie niedaleko Hrubieszowa. Podobnie było z ojcem ze strony matki, który miał kancelarię prawną i był sędzią na kresach wschodnich. W obu rodzinach bardzo dużą wagę przywiązywało się do wykształcenia dzieci. Moja babunia z domu hrabina Moszyńska, po mężu Anzelmowa de Schmieden- Kowalska była szalenie dumna, że jej najstarsza córka, a siostra mojej mamy ukończyła na Uniwersytecie w Petersburgu matematykę ze złotym medalem. Mój tato uczył się we Włodzimierzu Wołyńskim, potem w Warszawie kształcił się na finansistę, co nie było takie łatwe, bo to były czasy po I wojnie światowej, a potem wojny polsko-bolszewickiej. W międzyczasie ochotniczo wstąpił do Legionów Piłsudskiego i był żołnierzem w wojnie polsko-bolszewickiej. W II Rzeczpospolitej pracował jako dyrektor banku, finansista, w czasie PRL-u odmawiając zapisania się do partii mógł liczyć co najwyżej na zajęcie głównego księgowego.

Pani mama urodziła się w Repkach na Ukrainie. Na początku XX wieku rodzice dziewcząt z ziemiańskich domów mieli w stosunku do swoich córek większe ambicje, niż tylko dobrze wydać je za mąż?

Oczywiście. Przede wszystkim uczono je kilku języków obcych. W rodzinie mojej mamy, jeśli kobiety miały swoje ambicje naukowe – nikt im tego nie zabraniał.

Dlaczego tak ważna była nauka języków obcych?

Babunia po linii arystokratycznych przodków była tym mocno zainteresowana i taka była tradycja. Moja mama do końca życia władała biegle w mowie i piśmie czterema obcymi językami: niemieckim, francuskim, rosyjskim i trochę gorzej angielskim. Piątym jej językiem był polski, w którym przez pewien okres w życiu pisała pamiętniki i którym świetnie się posługiwała. W domu rodzinnym na Ukrainie była jedną z czterech sióstr i wszystkie były dobrze wykształcone. Czytanie literatury w oryginale było czymś oczywistym, mama z polskich autorów uwielbiała Sienkiewicza i Żeromskiego.

Zachwycała ją wizja nowoczesności i „szklanych domów”?

Tak, wizja szklanych domów do tego stopnia była jej bliska, że gdy w 1923 r. przyjeżdżała z rodziną na stałe z Ukrainy do Polski i zobaczyła te chatki na ścianie wschodniej w okolicach Zamościa, była niepocieszona, nie taką Polskę sobie wymarzyła.

 24-letnia panna na początku XX wieku to była panna, która jak najszybciej powinna była wychodzić za mąż?

Z punktu widzenia rodziny, mama rzeczywiście długo zostawała stanu wolnego, ale ona była zakochana w narzeczonym, panu Laskowskim, który służył w marynarce, a to utrudniało zawarcie małżeństwa. Jednak, gdy w 1923 r. wracała do Polski, była wolną panną, narzeczeństwo nie przetrwało. Jej rodzice osiedli w Zawalowie pod Zamościem, a mama usamodzielniła się - wynajęła z przyjaciółką pokój w Zamościu i zaczęła pracę w sądzie jako protokolantka.

Mama była nowoczesną kobietą. 24 –letnia panna prowadząca samodzielne życie na początku XX wieku, to nie było chyba tak powszechne?

 Mama była bardzo światła, oczytana, do tego wysportowana; należała do organizacji „Sokół” oraz „Związku Młodzieży Polskiej” na Ukrainie, gdzie przywiązywano dużą wagę do hartu ducha, patriotyzmu i tężyzny fizycznej.

Miała świadomość, że jest wartością sama w sobie, a nie tylko ewentualnie żoną przy mężu?

 Oczywiście. Mój ojciec zawsze liczył się z jej zdaniem. Oni całe życie bardzo się kochali, szanowali, mieli podobne poglądy i zainteresowania, dużo ze sobą dyskutowali. To była miłość od pierwszego wejrzenia, która trwała prawie 50 lat, aż do śmierci taty.

Może jak prawdziwa dama nigdy nie podnosiła głosu, a to na pewno nie przeszkodziło w ich szczęściu?

Mama była damą w każdym calu, umiała zachować się w każdej sytuacji. I nie polegało to na strojeniu się, raczej chodziło o pewien styl bycia, co przejawiało się w geście, postawie, zachowaniu, działalności społecznej, prowadzeniu domu.

Pani mama na początku XX wieku mogła mieć ambicje jako kobieta? Mogła marzyć, o czymś więcej, niż byciu matką i żoną?

Mama na pewno miała duże ambicje, wielokrotnie mówiła, że chciała pracować w ambasadzie i miała ku temu świetne predyspozycje. Gdy wyszła za mąż i urodziła czwórkę dzieci zajęła się domem, ale do dziś pamiętam jak uczyła mnie angielskiego, jak bardzo interesowała się sztuką, historią, tym co ją otaczało.

(...)

 Więcej w Numerze 2(16)VIP Biznes&Styl, marzec-kwiecień 2011 

Galeria zdjęć