W podróżach szukam prawdy


Z Elżbietą Dzikowską, podróżniczką, pisarką, dziennikarką rozmawiają Anna Koniecka i Władysław Borowiec

 

Z mężem, Tonym Halikiem zrealizowała około 300 filmów dokumentalnych. Ich „Pieprz i  wanilia” hipnotyzował przed telewizorami osiemnastomilionową widownię. Tak zaczęło się podróżowanie dla wielu z nas, gdy nie mieliśmy paszportów, ale kiedy świat stanął otworem, Dzikowska zaczęła z pasją odkrywać magiczne miejsca w Polsce. Także w Bieszczadach, o których mówi, że są najpiękniejszymi górami, jakie widziała.

 

- Jej naturalna osobowość otwiera wszystkie drzwi i serca, a przy tym nie narzuca się i umie słuchać innych ludzi – zauważa Grzegorz Chudzik, naczelnik Grupy Bieszczadzkiej GOPR.

Sztuka słuchania to jest klucz do prawdziwego dziennikarstwa, ale – co ważniejsze - rozumienia drugiego człowieka.- Ludzie lubią być słuchani – podkreśla Elżbieta Dzikowska i patrzy uważnie w oczy każdemu, z kim rozmawia, jakby sprawdzała, czy jej słowa dokładnie oddają kształt wyrażanej myśli. I czy aby przypadkiem sama czegoś nie uroniła, słuchając.

Rozmawialiśmy z nią w Sanoku 6 kwietnia, podczas otwarcia jej plenerowej wystawy „Uśmiech świata". Przywiozła ją miastu w prezencie – tak jak obiecała tydzień wcześniej, przyjmując tytuł Honorowego Obywatela Miasta.

Wystawę widziała do tej pory tylko Warszawa, Gdańsk, Wrocław i Kraków – zaznacza z dumą Wojciech Blecharczyk, burmistrz Sanoka. - Elżbieta pokazuje twarze ludzi ze wszystkich kontynentów, ale inaczej. Fotografie wyrażają nie tragedię, nie żal do drugiego człowieka, ale właśnie uśmiech. Szczery i prawdziwy.

 

Uśmiech nic nie kosztuje

 

Skąd w ogóle pomysł na taki temat fotograficzny i na taką wystawę? – pytamy Elżbietę Dzikowską.

Podróżując od wielu lat po całym świecie zauważyłam, że uśmiech jest najbardziej wszechstronnym "językiem" świata. Uśmiechem można się porozumieć z przedstawicielem każdej nacji. Uśmiech jest językiem uniwersalnym. Łatwiejszym, a jednocześnie piękniejszym niż np. język angielski. Jeżeli niczego innego nie możesz komuś dać, to daj mu uśmiech. Ty nic nie stracisz, a ktoś twoim uśmiechem zyskuje. Chociażby dlatego, że jest mu w tym momencie przyjemnie.

 Zna pani miejsca, gdzie ludzie uśmiechają się częściej?
Najczęściej uśmiechają się ludzie państw biedniejszych. Państw azjatyckich, afrykańskich. Uśmiech jest o tyle uniwersalnym sposobem porozumienia, że nie wymaga wielkich umiejętności. I nic nie kosztuje. Uśmiechając się obdarowujemy kogoś, przekazujemy mu dobrą energię i tak potrzebny w życiu optymizm.


Z tej perspektywy Polska wygląda dość ponuro. Chyba cierpimy na jakąś wadę genetyczną, rodzaj depresji narodowej.

To prawda, że za mało widać uśmiechu w Polsce. A jeszcze media co raz to informują, że albo kogoś właśnie zabili, albo kogoś oszukali. Jakby nie było innych spraw. Ważniejszych. Oczywiście takie fakty też są ważne, ale przecież nie jedyne. Życie nie jest tylko złe czy tylko dobre. Inna sprawa: u nas za mało się myśli „kategoriami państwa", a za dużo kategoriami personalnymi. Widać to także w telewizji. Uważam, że należy propagować optymizm, a nie czarnowidztwo, dlatego, że to się nam naprawdę przyda w przezwyciężaniu różnych kłopotów. Ja sama wolę różowe okulary od czarnych. Oczywiście realizm jest potrzebny, ale optymizm pozwala nam przezwyciężać smutki i kłopoty realizmu.

Uważa pani, że mamy aż takie powody do radości?
Tak! Chociaż jesteśmy narodem narzekalskim, to trzeba zdać sobie sprawę z tego, co było i z tego, co jest. Zapominamy o tym, że kiedyś jedzenie mieliśmy na kartki, że nie mieliśmy paliwa, że nie mogliśmy wyjeżdżać za granicę, nie mieliśmy paszportów. Nie mogliśmy głośno wyrażać swoich poglądów. Teraz tego wszystkiego mamy w nadmiarze. Oczywiście trzeba mieć pieniądze. Na przykład na wyjazdy zagraniczne. Gdy często młodzi mnie pytają: co zrobić, żeby wyjechać za granicę, co robić, żeby podróżować, odpowiadam: idź, popracuj na wakacjach, to i pieniądze się znajdą. Ja też ciężko pracowałam, na to, na co sobie mogę dzisiaj pozwolić.

Czego szuka pani w podróżach? Egzotyki?
W podróżach szukam prawdy. Chcę taką przedstawić swoim czytelnikom, moim widzom. Podróżuję dla siebie, ale także dla innych. Najprzyjemniej jest się dzielić swoimi doświadczeniami, wspomnieniami. Dlatego też nie lubię podróżować sama. Tylko z kimś. Jako dziennikarka niemal przez dwadzieścia lat prowadziłam dział Ameryki Łacińskiej w redakcji Kontynenty, jeździłam długo sama. Potem długo jeździłam z mężem Tonym Halikiem. A teraz zdarza się, że w kilka osób organizujemy wyjazdy, tak byliśmy w Namibii, Zimbabwe, Botswanie, czy w Indiach, Tybecie. To są takie dobre wyprawy, jeżeli dobrane jest zgrane grono podróżników i można się dobrze rozumieć nie tylko w trakcie podróży, ale także po powrocie. I można się dzielić z nimi wspomnieniami, ponieważ wspomnień z podróży nikt nam nie zabierze. Mogą upaść banki, może dom się spalić, a to, co przeżyliśmy, to w nas pozostaje.

Czy sama przygotowuje pani wszystkie swoje wyprawy?
Ja czasami inspiruję, gdy mam jakiś pomysł na podróż. Nigdy do końca nie można zorganizować wyprawy, bo zawsze pojawiają się elementy nieprzewidywalne. Można zamówić hotele, czy transport, ale niektórych spraw przewidzieć nie można. Często w podróży liczy się przypadek i to jest najpiękniejsze, że jedziemy w niewiadome. Tak właśnie było ostatnio w Indiach, gdzie napotkałam na zakazaną sektę, która ma dziwne rytuały. Jechali na ukwieconej ciężarówce, mieli poprzebijane kijami piersi, przez twarze przechodziły im kolce. Traktowani są jak święci, rodzice podnoszą w ich kierunku dzieci, żeby ci dziwni wędrowcy je błogosławili, rzucają im kwiaty, składają ofiary. Takich spotkań się nie przewidzi, nie zaplanuje, to właśnie świadczy o uroku podróżowania. Kilka razy trafiłam w Indiach na takie wyjątkowe sytuacje. W ogóle jestem zafascynowana różnorodnością Indii i tym, że tam obok siebie mogą współżyć religie odmienne. Podobnie jak np. w Sanoku. Jakoś udaje im się razem obok siebie żyć i istnieć. I szanować się wzajemnie.

Można się różnić pięknie, lecz to nie norma, niestety. Teza, od której zaczęliśmy naszą rozmowę, że uniwersalnym językiem powinien być uśmiech, też jest homerycznie piękna, ale nie zawsze potrafi nas obronić przed nieprzychylnym traktowaniem, zwłaszcza w obcym kraju…

Jeżeli się szanuje zwyczaje innych, to jest się wszędzie akceptowanym. Gdy na przykład odwiedzam wioskę indiańską, to odwiedziny zaczynam od wizyty u wójta, szefa wioski, u którego proszę o pozwolenie na zwiedzanie, fotografowanie i rozmowy. Trzeba też okazywać swoją sympatię innym. Ponadto mam taki dobry dla siebie samej charakter, że o złych rzeczach zapominam. One też mi się zdarzają, ale lubię pamiętać tylko te dobre.

Świat stał się globalną wioską, skurczył, skoro można go objechać w tydzień. Czy odczuwa pani różnice w sposobach podróżowania teraz, i wtedy, gdy zaczynała swoją wielką przygodę?

Przede wszystkim teraz jest łatwiej, bo można mieć pieniądze, jeżeli się na nie zapracuje. Przedtem można było tyrać i tyrać i z największym trudem można było otrzymać na pięć lat 150 dolarów. Do tego teraz wszyscy mamy paszporty, a wówczas nie. Świat stał się otwarty, bo mamy dostęp do Internetu, można się łatwiej przygotować do podróży. Jest ponadto dużo przewodników.

Co do przewodników po Polsce, to za najlepszy uznano pani cykl książkowy„Groch i kapusta, czyli Podróżuj po Polsce”- nagroda Bursztynowego Motyla im. Arkadego Fiedlera mówi sama za siebie. Wcześniej były wędrówki po kraju z kamerą: telewizyjny cykl „Groch i kapusta”. Sięga pani po polskie tematy. Często bywa, że podróżnicy najmniej znają własny kraj...

Na szczęście tak nie jest w moim przypadku. Zjeździłam Polskę wzdłuż i wszerz, a zaczynałam jeszcze wtedy, gdy studiowałam historię sztuki. Każde wakacje spędzałam na obozach wędrownych. Docieraliśmy do najbardziej zapadłych dziur, żeby  poznać i opisać wszystko, co najciekawsze. Gdzie tylko mogłam, rozpoczynałam zwiedzanie od miejscowych kościołów, bo są to przecież najpopularniejsze i najstarsze muzea, od których wręcz trzeba zaczynać zwiedzanie. Jest tyle wspaniałych miejsc, niezwykłych obrzędów, zwyczajów, które warto pokazać, poznać. Zachęcam do tego wszystkich - do czynnej turystyki, jaką sama uprawiam. Zresztą, ja nigdy nie umiałam usiedzieć na jednym miejscu ani za granicą, ani w kraju. Schodziłam więc wszystkie góry, przepłynęłam kajakiem wszystkie rzeki, pływałam żaglówką po Mazurach, a przede wszystkim po Finlandii, po Morzu Egejskim, Śródziemnym, dookoła Kuby.

A czy jest jeszcze jakiś kraj, którego pani nie odwiedziła?
 Na szczęście są takie kraje. Na razie, póki jestem młoda, wciąż jeżdżę na wyprawy objazdowe, czyli wyrypy. Łatwiejsze regiony zostawiam na później, bo nie wyobrażam sobie, żebym leżała na zakurzonej plaży pod zakurzoną palmą. To jeszcze nie jest dla mnie, jeszcze jestem za młoda. Jestem też młodą artystką, mam wiele planów wypraw i bardzo mnie to kręci. I prowadzi dalej. Ja bardzo lubię, jak się coś staje.

Nad czym pani teraz pracuje?
Pracuję nad kilkoma książkami. Wyjdą wkrótce cztery tomy „Grochu i kapusty. Czyli podróży po Polsce". Ukaże się też „Sztuka na papierze", czyli rozmowy z artystami, grafikami, rysownikami. Pracuję też nad dwoma albumami. Jeden to „Biżuteria Świata" oraz „Drzwi i okna świata". To będą fotograficzne rezultaty moich podróży po różnych kontynentach. Ponadto Pascal przygotowuje po wydaniu albumu marzeń "Mongolia" i Norwegia", także album "Indie", gdzie byłam po raz kolejny, by uzupełnić zasoby fotograficzne. A może pojawi się jakaś kolejna niespodzianka. Planuję wyjazd do Gabonu, tak „modnego" po wypowiedzi o orzeszkach prezesa (Kaczyńskiego).

 Jest pani honorową obywatelką Sanoka i Ustrzyk Górnych. Ma pani jeszcze inne „obywatelstwa"?
 Jest jeszcze Międzyrzecz Podlaski, gdzie się urodziłam, ale tam już mam mało przyjaciół i członków rodziny, bo część wyniosła się na drugi świat, a część rozproszyła po świecie. W świecie mam dwa szczególnie bliskie miejsca, są to Meksyk i Peru, które wcześniej, zwłaszcza Meksyk, traktowałam za swoją drugą ojczyznę. Ale, jako że kobieta zmienna jest, więc teraz bardziej niż Ameryka Łacińska, interesuje mnie Azja, zwłaszcza południowo-wschodnia i Afryka. Stąd też myślę nie tylko o wyjeździe do Gabonu, ale także do Kamerunu. W wielu krajach afrykańskich już byłam, a tam jest tak jak w... Bieszczadach: przestrzeń i wolność. Widać daleko, jest mało ludzi i jest jeszcze dziko. A ja jestem Dzikowska, więc to mi się podoba.

Dużo mówi pani o Bieszczadach. Są ważnym przystankiem w pani życiu?

 

Najważniejszym. Jak ktoś mnie pyta, gdzie najchętniej spędzam wolny czas, to odpowiadam, że w Bieszczadach, w mojej stolicy Ustrzykach Górnych, gdzie w hotelu górskim mam pokój z widokiem na Połoninę Caryńską, a pod oknem szemrze potok Wołosaty. I to jest też moje miejsce na ziemi oprócz mojego domu w Międzylesiu w Warszawie.

 

Naszą rozmowę, co chwilę ktoś przerywa, podchodzi, zagaduje. Przez wycackany, sanocki rynek przelewają się tłumy. Przyjezdnych i swojaków. Są, jak zawsze, zaprzyjaźnieni z Dzikowską goprowcy. - Myślę, że Elżbiecie jest przyjemnie, gdy widzi znajome twarze – mówi Grzegorz Chudzik. Słychać ciepłe: „Witaj Lesiu! Witaj Grzesiu! - Ona ma zwyczaj zwracać się zdrobniale do znajomych już po pierwszych kontaktach – zdradza goprowiec. Jakże by inaczej, przecież jest tutejsza, bieszczadzka.

Parę kroków od „Uśmiechu świata”, przy fontannie wyrzucającej w górę optymistyczne pióropusze wody, młodzi mężczyźni mówią między sobą, że w Autosanie szykują się zwolnienia.

Fotografie Władysław Borowiec

 

Co mówią  o niej przyjaciele i znajomi


 

Elżbieta bieszczadzka

Grzegorz Chudzik, naczelnik Grupy Bieszczadzkiej GOPR: Przypadkowo spotkałem Elżbietę Dzikowską w Ustrzykach Górnych będąc jeszcze ratownikiem – ochotnikiem. Pierwsze większe wspólne wyjście w góry - bodaj w 2004 roku na Tarnicę, w Wielki Piątek - pozwoliło nam na „długie Polaków rozmowy”. Gdy zapytałem o najpiękniejsze miejsca na świecie, które widziała, odpowiedziała, że najpiękniejsze są Bieszczady. Wtedy potraktowałem to jako życzliwość i sympatię do ludzi gór, bo gdy przyjechała tu pierwszy raz, zamieszkała w naszej goprówce w Ustrzykach Górnych. Stąd do dzisiaj wspomina, że „trzynastka” jest dla niej szczęśliwa - nocowała w pokoju nr 13. Potem, gdy realizowała w Bieszczadach filmy z cyklu„Groch i kapusta”, pomagaliśmy jej. Chciała pokazać Połoninę Wetlińską, Tarnicę i Rozsypaniec. A z ludzi gór - Lutka Pińczuka, ludzi - legendy. To było dla niej ważne. Jeden film został poświęcony przyjaźni Elżbiety z naszymi ratownikami, a przyjaciół  w Bieszczadzkiej Grupie GOPR ma Elżbieta wielu. Dla nas to było wielkie wydarzenie. I nobilitacja. Co mnie w Elżbiecie zafascynowało? Jej pasje. Zwłaszcza, że nie mam ani czasu, ani możliwości, żeby samemu dotrzeć do takich miejsc na świecie, jak ona. To jest bezcenne, gdy z pierwszej ręki można się o takich miejscach dowiedzieć wędrując razem po górach, albo przy ognisku. To co innego niż tylko o nich czytać. Elżbieta nie stroni od osobistych zwierzeń. Kibicuję jej. Chciałbym dotrwać w takiej  formie, jak ona, i z takim jak jej, spojrzeniem na życie.

 

Elżbieta sanocka

Wojciech Blecharczyk, burmistrz Sanoka: Co jest w niej takiego, że ludzie się do niej garną? Elżbieta skupia w sobie cechy, które są coraz rzadsze człowiekowi XXI wieku, a więc humanizm, życzliwość, zarażanie pozytywnym myśleniem i chęcią poznawania miejsca, w którym żyje. Poznawałem ją z wieloma wybitnymi przedstawicielami ziemi bieszczadzkiej – od goprowców po artystów tworzących tutaj, muzealników. Zorganizowałem wiele wernisaży jej prac fotograficznych w galeriach Sanoka, związanych z Meksykiem, megalitami, strukturą drewna bieszczadzkiego. Mamy wiele wspólnych planów. Po 20 lipca jedziemy do Kamieńca Podolskiego – partnerskiego miasta Sanoka. W przyszłym roku wydawnictwo Pascala wyda książkę „Przez Sanok w Bieszczady”, traktującą nie tylko o naszym mieście, ale o całym regionie bieszczadzkim. Autorka – oczywiście Elżbieta Dzikowska.

 

Elżbieta „dobro narodowe”

Włodzimierz Rudolf, prezes Zarządu Polskiego Radia Rzeszów:  Elżbieta to energia, energia i jeszcze raz energia! Mogłaby obdzielić nią tabun redaktorów i jeszcze by sporo zostało. Właśnie to mnie najbardziej zaskoczyło, gdy realizowaliśmy z TVP Rzeszów cykl „Groch i kapusta”.  Jeździliśmy na zdjęcia po całej Polsce, pracowaliśmy nieraz po 12 i więcej godzin dziennie. To ona narzucała tempo. Nasza ekipa miała już czasami dość, Elżbieta – nigdy. Gdy żartowaliśmy, że jest naszym „dobrem narodowym”, obruszała się, że jeszcze jest jeszcze zbyt aktywna, żeby ją traktować jako... eksponat. Niezmordowana, profesjonalna. Gwiazda w najlepszym tego słowa znaczeniu. Gdy zapalała się czerwona lampka na kamerze, świat dookoła przestawał istnieć.

Nagrywaliśmy kiedyś nad Biebrzą. Lato, chmary wściekle tnących komarów. Przed każdym ujęciem odganialiśmy je, ale one  i tak robiły swoje, lecz Elżbieta ani drgnęła, zanim nie dokończyła nagrania. Dopiero potem było wielkie drapanie. Poza kadrem. Innym razem, a była tęga zima, mróz ze 20 stopni, Elżbieta ostrzyżona, jak zwykle na jeżyka, z gołą głową, stanęła przed kamerą. Pierwsza próba nagrania wypowiedzi i... drobna pomyłka, więc zarządza powtórkę. Potem jeszcze jedną, i następne, ale widzimy, że coraz gorzej mówi, bo wargi jej zmarzły. Ten drobny epizod pokazuje, że praca jest dla niej najważniejsza. Dzięki pracy z Elżbietą mogłem poznać dziesiątki niezwykłych osób i opowiedzieć o nich w realizowanym przez nas cyklu.

 

VIP B&S Numer 4(5) Lipiec-Sierpień 2009

 

 

Galeria zdjęć