Z Jolantą Kwaśniewską, małżonką byłego prezydenta RP, Aleksandra Kwaśniewskiego, byłą pierwszą damą Polski, rozmawia Aneta Gieroń
Nigdy nie myślałam, że mój mąż zostanie prezydentem, a ja pierwszą damą!
Jolanta Kwaśniewska, małżonka byłego prezydenta RP, Aleksandra Kwaśniewskiego, w latach 1995-2005 pierwsza dama Polski. Założycielka i szefowa fundacji „Porozumienie bez Barier”, która działa od 14 lat i jest inicjatorem wielu akcji społecznych m.in.: Motylkowe Szpitale: polegającej na dekorowaniu oddziałów dziecięcych przyjaznych małym pacjentom, Otwórzmy dzieciom świat: wyjazdy wakacyjne dla dzieci z ubogich rodzin, Nie łam się, jest OK: profilaktyka osteoporozy, Możesz zdążyć przed rakiem: profilaktyka raka piersi. Dumą fundacji jest przez nią sfinansowana i otwarta w 2005 r. Klinika Hematologii i Onkologii Dziecięcej przy Akademii Medycznej w Gdańsku. Od 2006 r. Jolanta Kwaśniewska prowadzi swój program w TVN Style – „Lekcja Stylu”, na kanwie którego wydała dwie książki: „Lekcja Stylu” i „Lekcja Stylu dla mężczyzn”.
Aneta Gieroń: - Pani Prezydentowo, tak toczy się historia, że jest Pani jedyną byłą pierwszą damą RP, która po czasie spędzonym w Pałacu Prezydenckim nie usunęła się w cień życia rodzinnego, prywatnego, ale zdecydowała się Pani pozostać osobą aktywną w życiu publicznym…
Jolanta Kwaśniewska: - Tak potoczyło się życie, taki jest mój temperament. Mam potrzebę działania. Jeśli zaszyję się na jakiś czas w głuszy, doganiają mnie telefony z prośbami o włączenie się w kolejne programy.
Przez 10 lat prezydentury Pani Małżonka nie miała Pani zbyt wiele czasu dla rodziny…
To prawda. Rodzina była i jest dla mnie najważniejszą wartością, ale rzeczywiście w trakcie 10 lat spędzonych w Pałacu Prezydenckim, ja i mój mąż nie mieliśmy tak wiele czasu dla naszej nastoletniej wówczas córki, jak oboje byśmy sobie tego życzyli. Gdy mąż w 1995 r. został wybrany na prezydenta RP, nasze dziecko miało 14 lat i pewnie potrzebowało z naszej strony znacznie więcej atencji, niż my ze względu na obowiązki byliśmy w stanie mu zapewnić. W tamtym czasie najważniejsze były dla nas sprawy rangi państwowej - to jest wpisane w pełnienie urzędu prezydenta, mój mąż doskonale o tym wiedział decydując się na udział w wyborach, a ja zawsze wiernie stoję u Jego boku. Od początku wiedziałam, że bycie prezydentem polega na służeniu ludziom. W moim przypadku zaakceptowanie takich wyborów przyszło mi o tyle łatwiej, że sama przez całe życie jestem społecznikiem. Już w szkole podstawowej zbierałam prezenty dla wychowanków z domu dziecka w Gdańsku Wrzeszczu, angażowałam się w różnego rodzaju akcje społeczne, dla mnie normą była pomoc osobom starszym, czy aktywność w samorządzie studenckim.
10 lat bycia pierwszą damą, to był czas ciężkiej pracy. Swoją rolę ograniczyłam nie tylko do wspierania urzędu prezydenta, czy promowania Polski na świecie, co było dla mnie niezwykle istotne, ale przede wszystkim mocno angażowałam się w rzeczy dla mnie ważne: w profilaktykę zdrowotną, robienie kampanii społecznych na naprawdę dużą skalę, wydawanie na ten temat książek. Mam nadzieję, a właściwie jestem pewna, że dzięki tamtym przedsięwzięciom dziś kobiety i mężczyźni mają trochę większą świadomość, jak ważne są badania profilaktyczne. Zależało mi bardzo, by dzieci nie były leczone w siermiężnych, szarych salach szpitalnych i udało się wykreować program „Motylkowych Szpitali”. Ponad 600 przychodni i szpitali otrzymało od nas wsparcie, a oddziały dziecięce przemieniły się w piękne, kolorowe miejsca, gdzie dzieci czują się choć odrobinę lepiej. Takich działań mogłabym wymienić jeszcze bardzo wiele. Oczywiście jako pierwsza dama mogłam zdecydować, że pozostaję w cieniu męża - prezydenta i nie angażuję się w tego typu działania, ale nie chciałam zmarnować szansy, jaką otrzymałam od losu. Miałam ogromne poparcie społeczne i nie chciałam zawieść zaufania wszystkich tych ludzi.
Ma Pani poczucie dobrze wykorzystanych tamtych lat?
Zdecydowanie tak.
Można było zrobić jeszcze więcej, jak to się zwykle uważa?
Można było to robić inaczej. Nie było dziedziny życia, grupy społecznej czy wiekowej, której nie poświęciłabym uwagi i zaangażowania. Dziś uważam nawet, że mogłam selekcjonować pewne moje programy. Zapraszano mnie do ogromnej ilości inicjatyw społecznych w całej Polsce: angażowałam się w akcje mające zwrócić uwagę na sytuację osób niepełnosprawnych, brałam udział w olimpiadach dla osób niepełnosprawnych, patronowałam licznym przedsięwzięciom na rzecz domów dziecka - organizatorzy nie wyobrażali sobie, bym swoją osobą nie wspierała większości tych akcji, a ja nie miałam serca odmawiać i selekcjonować mojego zaangażowania. Mimo to ogromnie się zdziwiłam, gdy dotarła do mnie pierwsza praca magisterska pod tytułem „Fenomen Jolanty Kwaśniewskiej” z 1998 r.
Gdy naukowo przebadano Pani działania jako Prezydentowej, bardziej to Panią zaskoczyło, czy ucieszyło?
Towarzyszyły mi zaskoczenie i radość. Było mi bardzo miło, gdy czytałam, jak wysokie oceny mojej pracy wystawili mi zwykli ludzie. To była ważna wskazówka, jakiej żony prezydenta oczekują Polacy. Czy jedynie żony przy mężu, czy jednak aktywnej pierwszej damy? M.in. dlatego w 1997 r. założyłam fundację „Porozumienie bez Barier”, chciałam być aktywna, chciałam pomagać w przełamywaniu barier, które największe, bywa że są w naszych sercach i umysłach. Zaczęłam zbierać pieniądze, aby móc pomagać efektywnie. Takiej Pomocy najbardziej potrzebowali Polacy.
Mówi Pani o 10 latach w Pałacu Prezydenckim i okresie ciężkiej pracy z tym czasem związanym, ale to chyba była „przygoda życia”…
Absolutnie tak. Nigdy nie myślałam, że mój mąż zostanie prezydentem RP, a ja pierwszą damą. W 1995 r., gdy mąż startował w wyborach prezydenckich, nie wierzyłam, że je wygra z ówczesnym prezydentem, Lechem Wałęsą. Sam moment ogłoszenia wyników, był dla mnie szokiem. To raz na zawsze odmieniło moje, nasze życie. 10 lat w Pałacu Prezydenckim było dla mnie czasem niezwykłym. Po pierwsze bycie małżonką prezydenta – bycie pierwszą damą, to ogromny honor, ale i nie mniejsza odpowiedzialność. W momencie, gdy mój mąż został wybrany na ten najwyższy urząd w państwie, ja przestałam być Jolantą Kwaśniewską, stałam się twarzą Polski, Polek i Polaków.
To mobilizowało, czy może bardziej paraliżowało?
Zdecydowanie mobilizowało, chociaż towarzyszył temu strach, czy podołam. Nie miałam doradców ani współpracowników. Z czasem było łatwiej. Moim największym oparciem po pięciu latach stała się dyrektor mojego gabinetu, Aleksandra Jacoby.
Jednak wyjątkowość tamtego życia, przewyższa chyba jego niedogodność…
Na pewno. Choćby w kontekście niedawnego pierwszego maja i beatyfikacji Jana Pawła II, z którym miałam zaszczyt spotkać się ponad dwadzieścia razy i to jest dla mnie czymś niezwykłym, bezcennym. Miliony ludzi marzyło o przebywaniu w Jego pobliżu, a my mieliśmy szanse z Nim rozmawiać, uczestniczyć w spotkaniach. Do tego muszę wymienić wielu innych wielkich tego świata: Jana Karskiego, Irenę Sendlerową, Zbigniewa Brzezińskiego, setki polityków, noblistów, koronowane głowy, artystów, pisarzy. To było niezwykłe, gdy mogłam z nimi rozmawiać na różne tematy. Było mi też dane z moim mężem odwiedzić miejsca, które dla większości ludzi są niedostępne. Zwiedziłam m.in. klasztor na Monte Cassino, mogłam zobaczyć klauzulę, gdzie kobiety nie są wpuszczane, wchodziłam do najbardziej strzeżonych części skarbców w Moskwie i Londynie. Długo mogłabym wymieniać dziesiątki niezwykłych spotkań, które mnie szalenie wzbogacały, umacniały, dodawały mi siły. Przede wszystkim spotykałam tysiące wspaniałych Polaków w wielu zakątkach kraju. Od nich czerpałam mądrość i siłę.
(...)
Więcej w Numerze 3(17)VIP Biznes&Styl, maj-czerwiec 2011








