Z profesorem Kazimierzem Ożogiem, językoznawcą z Uniwersytetu Rzeszowskiego, rozmawia Aneta Gieroń
Prof. Kazimierz Ożóg, językoznawca, dziekan Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Rzeszowskiego, w latach 1976-1990 pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego, w latach 1990-1994 wykładowca na Uniwersytecie Lille III we Francji. Członek Komitetu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk oraz Rady Języka Polskiego. Autor ponad 100 artykułów i książek: „Zwroty grzecznościowej współczesnej polszczyzny mówionej”, „Leksykon metatekstowy współczesnej polszczyzny mówionej”, „Polszczyzna przełomu XX i XXI wieku. Wybrane zagadnienia”, „ Językowy kształt kampanii wyborczych”. Zainteresowania naukowe prof. Ożoga koncentrują się wokół współczesnego języka polskiego, zwłaszcza polszczyzny mówionej, dialektologii oraz języka Polonii francuskiej.
Aneta Gieroń: Panie Profesorze, Pańskie podróże komunikacją miejską i podmiejską, gdzie nasłuchuje Pan polszczyzny mówionej i bada zmiany, jakie w niej zachodzą, obrosły już legendą. Chyba trudno o lepszy materiał badawczy, by sprawdzić, jak w ciągu lat zmienia się język polski. Możemy mówić o rewolucji językowej?
Prof. Kazimierz Ożóg: Język potoczny i literacki obserwuję od co najmniej 35 lat i rzeczywiście bardzo często korzystam z komunikacji wspólnej – tam ludzie mówią spontaniczne, dosadnie, niekiedy w stanie podenerwowania, i ta polszczyzna w ciągu ostatnich dwudziestu lat bardzo się zmieniła. Przypomnę tylko, że w 1982 r. obroniłem na Uniwersytecie Jagiellońskim pracę doktorską „O współczesnej polskiej grzeczności językowej” i już wtedy zacząłem wielkie badania polszczyzny spontanicznej, czyli języka, którym Polacy mówią w sytuacjach przygodnych, codziennych: w domu, na ulicy, w kościele, autobusie, na wycieczce. Do nieustannego zbierania materiału i obserwowania języka tak się już przyzwyczaiłem, że nawet oglądając telewizję, natychmiast zapisuję, gdy ktoś powie coś ciekawego pod względem językowym. Także moja żona, która jest bardzo wyczulona na język, niekiedy zapisuje najciekawsze przykłady, które ja potem wykorzystuję w badaniach. Zmiany polszczyzny od połowy lat 70. przez lata 80. są wynikiem dwóch rzeczy. Po pierwsze, po 1989 r. nastąpiła nowa rzeczywistość społeczna. Zmiany w rzeczywistości wymuszają zmiany w języku, bo język jest zawsze odbiciem rzeczywistości. Po wtóre, jest to zwyczajna ewolucja systemu językowego, który zawsze w swej historii się zmienia.
Co w języku zmieniło się najbardziej?
Wszystko. Język po 20 latach przemian nazywam językiem po rewolucji.
Czym on się różni od tego „sprzed rewolucji"?
Język polski jeszcze nigdy nie był tak bogaty jak teraz. W ciągu 20 lat przybyło kilkadziesiąt tysięcy nowych wyrazów. Są to wyrazy z różnych nowych kręgów semantycznych, które oznaczają nowe realia: w rolnictwie, biznesie, ustroju itd. Przed 1989 r. nie było np. pojęć syndyka masy upadłościowej, weta prezydenta i setek innych słów. A mimo to w ostatnich 20 latach przeciętny Polak posługuje się coraz gorszą polszczyzną. Rewolucja, która przyszła, spowodowała, że przestaliśmy czytać, studiować tekst, a zwróciliśmy się ku Internetowi, telewizji, ku kulturze obrazkowej. To powoduje, że coraz gorzej mówimy i piszemy.
Jak wytłumaczyć tę sprzeczność, że z jednej strony język „przyjął" kilkadziesiąt tysięcy nowych słów, a z drugiej - polszczyzna przeciętnego Polaka jest coraz uboższa?
To pozorna sprzeczność. Język polski jeszcze nigdy nie był tak bogaty jak teraz. Obecnie w Polskiej Akademii Nauk opracowujemy „Wielki Słownik Języka Polskiego" i będzie on miał kilkadziesiąt tomów.
Czyżbyśmy nie korzystali z tych zasobów?
To są ukryte, potencjalne wyrazy, które tkwią w świadomości narodu jako całości. Natomiast, paradoksalnie, przeciętny Polak - jak już wspomniałem - mówi i pisze coraz gorzej. Najbardziej widoczną zmianą we współczesnej polszczyźnie jest ogromna ekspansja wyrazów zapożyczonych z języka angielskiego, będąca znakiem amerykanizacji języka i kultury. Przez setki lat w języku obowiązywało też tabu, które o pewnych kręgach semantycznych nie pozwalało mówić, albo sugerowało mówienie w bardzo wąskich, prywatnych kręgach. Mam tu na myśli trzy wielkie kręgi tematyczne: choroba, śmierć i seks. To tabu po 1989 r. zostało zniesione, podobnie jak zniesiono tabu na wulgaryzmy.
Różnorodność wulgaryzmów z każdym rokiem rośnie?
Tak. Dlatego, że przychodzą nowe wyrazy, które są „odświeżeniem”, ożywiają dyskusję. „Kamienie milowe" wulgaryzmów, czyli wyrazy zaczynające się od k…, ch…, jeb… i pier… są stałe i niezmienne. Ciekawe jest to, że dziś w sferze publicznej, na ulicy, można często usłyszeć słowa wulgarne, co jeszcze nie tak dawno było nie do pomyślenia. Co więcej, słowo wulgarne, które dla mojego pokolenia było objęte tabu, czyli „zajeb…", nazwijmy je „jedwabisty”, dziś jest używane powszechnie przez młodzież, mówi się tak na salonach i w telewizji publicznej opłacanej z naszych podatków.
Czy są takie sytuacje, kiedy mowa wulgarna ma uzasadnienie, czy też zawsze zachwaszcza język polski?
Z mową wulgarną jest tak, jak z naszym charakterem, albo naszym odbiorem świata. Jesteśmy ludźmi żywymi, spontanicznymi i jeśli jesteśmy bardzo mocno zdenerwowani, a nie potrafimy intelektualnie zapanować nad uczuciem, to wtedy dochodzą do głosu bardzo niskie rejestry naszej świadomości językowej i w efekcie epatujemy wyrazami wulgarnymi. Wzburzenie emocjonalne niekiedy uzasadnia użycie wyrazów wulgarnych. Najgorzej, gdy wyrazy wulgarne są używane „na zimno”, mają motywację intelektualną, np., gdy ktoś chce kogoś świadomie obrazić, używając wyrazu wulgarnego, lub gdy ktoś świadomie zachwaszcza język wyrazem wulgarnym, stosując tzw. przerywniki. Opowiem ciekawą historię z końca 1981 roku, która zdarzyła się w Krakowie. Przy autobusie spotkały się dwie panie. Jedna próbowała wydostać się tyłem i nagle powstała między nimi sprzeczka, którą zanotowałem. Pani A, kobieta o pełnych kształtach, mówiąc dosadnie - gruba, wysiadała tylnym wyjściem i przeszkadzała pani B, która tymi drzwiami próbowała wsiąść. Pani B powiedziała: „Tyłem się nie wysiada". Pani A, już obrażona, odpowiedziała: „Ty tu nie rządzisz!". I już mamy pierwszą obserwację językową, kiedy jedna z pań przechodzi z formuły oficjalnej na „ty”, co już jest obraźliwe. Pani B nie pozostała dłużna i odpowiedziała: „Ty krowo, jak ty do mnie mówisz?", a następnie: „Ty świnio, ty czupiradło". I tak doszło do eskalacji konfliktu. Na szczęście, część osób wysiadła, kierowca zamknął drzwi i sprzeczka się skończyła. Umieściłem tę scenkę w swoim doktoracie, pisząc rozdział o niegrzeczności. I tak powstał artykuł, który jest najczęściej cytowany z mojego dorobku naukowego „O współczesnych polskich wyrazach obraźliwych”.
Wulgaryzmów używają równie często osoby bez wykształcenia i te świetnie wykształcone?
Tak. Bardzo wiele wulgaryzmów używają np. aktorzy, dziennikarze, wojskowi. Powszechnie tłumaczy się to tym, że wynika to z mocno stresującego zajęcia połączonego z dużą wrażliwością tych osób. Te grupy ludzi, chcąc dosadnie nazwać element rzeczywistości, często używają wulgaryzmów.
Przypomnijmy tu choćby słynne taśmy, na których niecenzuralnych słów w ilościach hurtowych używają Tomasz Lis czy Kamil Durczok…
Tak, obaj panowie zostali nagrani w bardzo stresujących sytuacjach.
A w stresie dochodzą do głosu emocje.
Właśnie. Chciałbym zwrócić uwagę na ogólniejsze zjawisko: od jakiegoś czasu, by opisać lub ocenić rzeczywistość, powszechnie używa się wyrazów oznaczających emocje. Coraz częściej intelektualny osąd rzeczywistości ustępuje miejsca właśnie emocjom. To najbardziej dotyczy mediów, gdzie oglądalność zwiększa nie chłodna argumentacja, ale granie na uczuciach i emocjach widzów. Takie zabiegi językowe niebezpiecznie szybko stają się też popularne na uniwersyteckich wykładach albo w dyskusjach polityków.
Dlaczego ta emocjonalność jest dla polityków tak atrakcyjna ?
To jest ściśle powiązane z rozwojem mediów. Dziś media stały się czwartą władzą i głównym autorytetem językowym. Do lat 80. przeciętny Polak uczył się polszczyzny z literatury pięknej czy ambitnych programów kulturalnych w telewizji. Dziś statystyczny Kowalski uczy się języka polskiego z mediów. Politycy doskonale wiedzą, że najlepszą pozycję wyborczą buduje się na częstej obecności w telewizji, a tam z kolei najmilej widziany jest język emocji. Niekiedy bardzo mnie drażni, gdy słyszę, jakie metafory wymyślają politycy dla opisania rzeczywistości w polityce. Np. przy tworzeniu koalicji rządowej: narzeczeństwo, noc poślubna, małżeństwo. Gdy koalicja się rozpada, retoryka jest podobna: rozwód, separacja, niedobranie itd. Te metafory nawiązują do najprostszego odbioru rzeczywistości, a ten odbywa się przez język potoczny.
Można o jakimś polityku - abstrahując od jego poglądów - powiedzieć, że dobrze się posługuje językiem polskim?
Tak. Świetną polszczyzną mówił były minister obrony narodowej Bogdan Klich; to była poprawna fonetyka, ładna polszczyzna. Dobrą polszczyzną mówi też minister kultury Bogdan Zdrojewski, niebanalnie mówią Jarosław Gowin oraz Tadeusz Cymański. Jak mówi wielu innych, to słyszymy, poczynając od rozpowszechnionych wad wymowy, a kończąc na bełkocie treściowym.
Czy sprawne posługiwanie się językiem pomaga np. w biznesie?
Język to dla mnie pierwszy i podstawowy element bycia w biznesie. Znam znakomitych biznesmenów mówiących piękną polszczyzną. Uważam, że piękna polszczyzna pomaga w biznesie, a nawet - że są takie dziedziny biznesu, kiedy jest nieodzowna.
Na przykład jakie?
Choćby reklama. Jest ona często postponowana, że to tylko taka żonglerka słowna. Ale dobra reklama to musi być inteligentna gra nie tylko znaczeniami, ale i różnymi skojarzeniami.
Jeszcze jeden przypadek szczególny: język branżowy. Wspomniał Pan Profesor o naleciałościach angielskich w języku. Dramatyczny jest pod tym względem język pijarowców, gdzie już nie rozważa się przypadku, tylko „case”, nie ma wydarzenia, tylko „event”, nie ma marki, tylko „brand” itd.
Jako polonista i badacz kultury muszę powiedzieć, że jest to zjawisko groźne dla Polski i Polaków. Język pokazuje narodową swoistość odbioru świata. Inaczej odbiera świat Polak, inaczej Ukrainiec, a inaczej Rosjanin. Jeśli jesteśmy tak bardzo zafascynowani językiem angielskim, to zaczynamy postrzegać świat oczyma Anglika czy Amerykanina.
Gdyby Szymborska miała takie podejście do języka, to nie przyznano by jej Nobla z literatury?
Nie, bo zatraciłaby rzecz podstawową – polski ogląd rzeczywistości. Nie jestem ekstremistą, staram się brać to wszystko zdroworozsądkowo. Ale gdy oglądam od niedawna program „Voice of Poland”. To jest głos z Polski w języku angielskim, tak – coś najbardziej polskie po angielsku!
Czyżby do głosu dochodziły jakieś kompleksy?
Nie, to wynika raczej z ogólnej tendencji, w której amerykanizacja stała się modna, a uleganie jej stanowi wyraz naszego lenistwa intelektualnego.
Język od zawsze był wizytówką człowieka, zdradzał jego wykształcenie, pochodzenie, przynależność do grupy społecznej. Po języku możemy scharakteryzować poszczególne osoby?
Już w Ewangelii czytamy: „Twoja mowa Cię zdradza”. Język zdradza człowieka, nie tylko odnośnie do jego pochodzenia geograficznego, kiedy możemy określić, że ktoś jest spod Ostródy, a ktoś inny spod Nowego Tomyśla. Powiedzenie, że mowa zdradza człowieka, nawiązuje do jego sposobu myślenia, bycia z drugim człowiekiem, bycia w świecie rzeczywistym. Oczywiście, możemy przyjąć maskę, ale to jest działanie na krótką metę.
Czy gigantyczny postęp technologiczny sprawia, że człowiek zaczyna się coraz krócej komunikować, maksymalnie skracając swoje wypowiedzi?
Rzeczywiście, współczesna mowa jest coraz krótsza i ma coraz bardziej techniczną treść.
A przecież przez lata wpajano uczniom, by czytali jak najwięcej książek, dzięki czemu ich zasób słów miał być duży. Dziś czytamy coraz mniej. Może i dlatego polszczyzna ubożeje?
Moje badania dowodzą, że przeciętny Polak męczy się, jest roztargniony, musi wstać od biurka, jeśli ma przeczytać 5 kolejnych zdań. Przy szóstym zdaniu - jak mawia młodzież - człowiek „wymięka”. Dlatego w pismach kolorowych jest dużo fotografii i jedno, dwa kluczowe zdania podane powiększoną czcionką. Wprawdzie ludzie są obecnie bardzo mocno zaawansowani w rozwoju technologicznym, ale na poziomie komunikacji od wieków mamy podobne wymagania.
Tutaj pewne standardy wyznacza młodzież, mam tu na myśli wyrażenia w rodzaju „w porzo”, „nara” itd.
Tak. W naszym współczesnym komunikowaniu nie ma nas samych, jest tylko przekaz treści. A przecież język to coś więcej niż sama treść. To my sami, którzy używamy takich, a nie innych wyrazów. Co jeszcze jest ciekawe? Młodzież nie chce pisać wypracowań, choć pisze bardzo dużo e-maili, SMS-ów, pisze na blogach itd. Myśmy nigdy nie pisali tyle co dzisiejsza młodzież. Ale jest to pisanie hasłowe. Są to słowa-klucze, bez tzw. strukturalizacji, czyli poprawnych powiązań gramatycznych. Te słowa nie są ułożone w zdania podrzędne, młodzież zapomniała, jak wyglądają zdania wielokrotnie złożone. A te zdania precyzyjnie oddają nasze logiczne myślenie.
Ale męczą czytelnika i dlatego w gazetach redaktorzy z reguły zamieniają je na kilka zdań prostych.
To prawda. Zdań wielokrotnie złożonych jest dziś jak na lekarstwo. Zanika przymiotnik, jako bardzo ważna część mowy, po której poznawaliśmy, jak ktoś zna język polski. Przymiotnik zanika na rzecz takich form, jak „zaje….”, „w porzo”, „spoko”, „cool” czy „OK”. Kiedyś znana piosenkarka powiedziała w do jednej z ocenianych osób w telewizji: „Śpiewasz spoko, twoje śpiewanie jest o key, tylko za totalnie rzucasz herami (włosami – przyp. aut.)”. To nie jest merytoryczna wypowiedź, tam jest tylko ocena emocjonalna.
Czy np. konkurs „Mistrz Mowy Polskiej” nie jest wyrazem tęsknoty za piękną polszczyzną?
Ostatnio zostałem członkiem Rady Języka Polskiego. W jej skład wchodzi 40 profesorów: 25 polonistów i 15 z innych dziedzin. Mamy prawo do zmieniania przepisów ortograficznych itd. W tym gronie zauważamy tęsknotę narodu za normalnym, zwyczajnym językiem polskim: przejawem tej tęsknoty są dyktanda, konkursy językowe, także Mistrz Mowy Polskiej. I chcemy, by język polski był wyróżnikiem naszego narodowego sposobu myślenia.
(...)
Więcej w Numerze 5(19)VIP Biznes&Styl, wrzesień-październik 2011









