Andrzej Sikorowski z córką, Mają Sikorowską
61-letni lider grupy „Pod Budą”, piosenkarz, kompozytor, gitarzysta, autor przebojów m.in. Ballady o ciotce Matyldzie, Bardzo smutnej piosenki retro, Nie przenoście nam stolicy do Krakowa i 30 –letnia córka Maja, po mamie Greczynce magnetyzująca południową urodą i pięknym wokalem w polskich i greckich kompozycjach. Wspólnie Sikorowscy wydali trzy płyty: „Kraków-Saloniki”, „Śniegu cieniutki opłatek”, „Sprawa rodzinna”.
Aneta Gieroń, Jaromir Kwiatkowski: Gdy ukaże się lipcowy numer VIP Biznes&Styl, Państwa już nie będzie w Polsce, bo jak co roku wyjedziecie do Grecji na wakacje. Czy odd zawsze wasze polsko-greckie życie tak się przeplata: każde wakacje w Grecji, reszta roku spędzana w Polsce?
Andrzej Sikorowski: To się zaczęło dawno temu. Od 32 lat , czyli od kiedy związałem się Chariklią Motsiou, która została moją żoną, odwiedzamy Grecję każdego roku. Od dwóch lat, kiedy mamy pod Atenami mieszkanie, jeździmy tam jak do siebie, zwłaszcza że w Grecji mieszka trójka rodzeństwa żony. W 1980 r., po ponad 30-letnim pobycie w Polsce, do Grecji powrócili rodzice żony, dziś nieżyjący już niestety, ale tam ciągle przecież jest rodzinna wieś żony w Macedonii, korzenie są więc zapuszczone mocno. Na dodatek nasza córka Maja, świetnie mówiąca po polsku i grecku, ma partnera życiowego Greka. Przed laty żona zdecydowała się zostać w Polsce, bo tutaj się urodziła w rodzinie greckich emigrantów politycznych. Chariklia w Polsce skończyła studia, tu się pobraliśmy. Żona dokonała wyboru, ale w ten wybór wpisana jest nieustanna rozterka. To są ciągłe telefony do Grecji, bo tam są bliscy, to jest ciągła troska, żeby im tam było też tak fajnie jak nam tutaj. Oczywiście są też bardzo miłe aspekty naszych ścisłych związków z Grecją: co roku wakacje przy gwarantowanej pięknej pogodzie, do tego tamtejszy spokój, pyszne jedzenie, żywiczne wino...
Czy - gdy do Polski dochodzą z Grecji takie wiadomości, jak ostatnio, o złej kondycji finansowej kraju - żona bardzo się denerwuje?
A.S.: Przesadnie nie, ale to dlatego, że nieustanny telefoniczny kontakt z rodzeństwem sprawia, iż moja żona jest na bieżąco informowana o realnych zagrożeniach. Mamy świadomość, że nie jest tam wesoło, ale rodacy mojej żony trochę „przehulali” ten kraj. 25 lat temu w Grecjach żyło się o niebo lepiej niż w Polsce, dziś różnice w poziomie życia mocno się wyrównały. Zarobki greckie są podobne do polskich. Słaba pensja to jest około 750-800 euro, czyli około 3 tys. zł, przy czym ceny w Grecji są wyższe niż w Polsce. Ale nie oszukujmy się, Grecy szastali pieniążkami. Byli chyba jedynym krajem w Europie, gdzie wypłacano sobie czternaste pensje.
Pani Maju, to prawda, że Pani szybciej zaczęła mówić po grecku niż po polsku?
Maja Sikorowska: Tak, to prawda. Jako bardzo małe dziecko razem z mamą wyjechałam z Polski na dłużej do Grecji.
A.S.: Maja urodziła się tuż przed stanem wojennym. Wtedy nie mieliśmy świadomości, co się w Polsce stanie, sam może też ulegałem panice medialnej i zdecydowałem, by żonę z Mają wysłać do Grecji, gdzie było bezpieczniej. Nawet przeżyłem ciekawą przygodę w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, gdzie pojechałem zapytać o wyjazd mojej rodziny do Grecji. W ministerstwie przyjął nas jakiś pułkownik i jako że żona miała grecki paszport, bez problemu zgodził się na wyjazd jej i córki do Grecji. Mnie też pozwolił, ale bez prawa powrotu – dostałem „one way ticket”. Oczywiście się nie zgodziłem, zostałem w Polsce, dziewczyny pojechały do Grecji i tak się złożyło, że czas, kiedy dziecko zaczyna mówić, przypadł na pobyt Mai w Grecji z dziadkami. A że oni mówili do niej po grecku, to Maja mówić też zaczęła w tym języku.
Podobno nawet gwarą grecką?
M.S.: A tak, bo długi czas mieszkałam na północy Grecji, w maleńkiej wiosce, rodzinnej miejscowości mojej babci, z dala od cywilizacji, gdzie nawet jednego sklepu nie było. Z tego wynikło wiele zabawnych sytuacji, zwłaszcza potem, gdy wróciłam do Polski i do moich polskich dziadków mówiłam po grecku, co było dość śmieszne, bo oni w ogóle nie wiedzieli, o czym ja mówię. Wskazywałam na różne przedmioty i nazywałam je po grecku, a oni patrzyli na mnie bezradnie.
Gdy dziś, gdy ktoś spyta Panią o tożsamość, mówi Pani, że ma dwie ojczyzny?
M.S.: Człowiek, mając dwie ojczyzny, jest w rozterce i ciężko mu sprecyzować, gdzie jest jego miejsce. Po upływie wielu lat i po długim pobycie w Grecji wiem, że gdy jestem w Grecji, tęsknię do Polski, a gdy jestem w Grecji, chciałabym być już Polsce, zobaczyć krakowski Rynek, miejsca, gdzie się wychowywałam. Gdy już dorosłam, a w Salonikach miałam okazję spędzić 12 miesięcy, od 2002 do 2003 r., to wiem, że raczej bliżej mi jest do Polski.
Gdybyście Państwo mieli opisać, co polskiego i greckiego wam w duszy gra, to jakie cechy obu narodów nieustannie w was buzują?
A.S.: Jest sporo prawdy w powiedzeniu, że wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma. Zauważam, że gdy wyjeżdżamy na wakacje do Grecji i są dyskusje, jak tam sprawy w Polsce, to moja żona jest zagorzałym rzecznikiem Polski w Grecji. A w Polsce nie pozwala nic złego powiedzieć na Grecję.
M.S.: Mam jedną typową grecką cechę: jestem ekstrawertykiem, łatwo nawiązuję kontakty, mam „serce na dłoni” (tata nazywa to „ nerwy na wierzchu”). Rzeczywiście, Grecy reagują bardzo emocjonalnie, są bardzo otwarci, blisko ludzi, wiele o sobie mówią i wiele chcą się dowiedzieć od każdej nowo poznanej osoby.
(...)
Więcej w VIP Biznes&Styl numer 4(12), lipiec-sierpień 2010






