Trudne czasy wymagają silnych przywódców

Dr Bartłomiej Biskup, absolwent wydziału dziennikarstwa i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim, tam też w Instytucie Nauk Politycznych UW obronił doktorat ze strategii kampanii wyborczych polskich partii politycznych. Bartłomiej Biskup pochodzi z Rzeszowa, tutaj ukończył Liceum Muzyczne w klasie fagotu. Od 1994 roku przygotowuje i realizuje kampanie wyborcze jako doradca sztabów wyborczych i kandydatów. Od 1997 roku prowadzi szkolenia z zakresu komunikacji publicznej i politycznej, sztuki publicznych wystąpień, współpracy z mediami, kreowania wizerunku, tworzenia i realizacji strategii wyborczych, public relations, komunikacji w sytuacjach kryzysowych. W tym zakresie jest częstym konsultantem dla polityków i osób zarządzających dużymi firmami.

 

 

Aneta Gieroń: Panie doktorze, po raz pierwszy od 1989 r. partia rządząca wygrała wybory parlamentarne drugi raz z rzędu. Czy Platforma Obywatelska jest tak silna, czy opozycja tak słaba? Zwłaszcza, że dokonania rządu nie były w tej kadencji imponujące, a mimo to wystarczyły do zwycięstwa…

Bartłomiej Biskup: Sądzę, że Platforma Obywatelska jest silna słabością opozycji, ale też silna słabością przyzwyczajeń demokratycznych Polaków. To, że opozycja mogłaby lepiej działać, to jedna sprawa. Druga, równie ważna, to fakt, że Polacy coraz mniej interesują się polityką. I nie chodzi mi tylko o niską frekwencję. Badania pokazują, że Polacy, mówiąc kolokwialnie, politykę „mają w nosie”.

 Chce Pan przez to powiedzieć, że wyborca PO jest najbardziej zdyscyplinowany? Przecież to elektorat PiS-u był zawsze niezawodnie obecny przy urnach…

Nie tyle chodzi mi o dyscyplinę elektoratu, bo rzeczywiście elektorat PiS-u i PSL-u jest najbardziej zdyscyplinowany i to się nie zmienia. Chcę tylko zwrócić uwagę, że ludzie głosują na partię, która zapewnia stabilizację. Małą, ale jednak stabilizację. Partie nie mówią dziś o wielkich wyzwaniach dla Polski, nie mówią o tym, co będzie za 10, 20 lat, skupiają się na doraźnych potrzebach wyborców.

Może wmówiono wyborcom, że teraz nie jest czas na wielkie przemiany?

Tak. To się bierze z konstrukcji przekazu politycznego od 2005 r., kiedy to PO i PiS zaczęły się polaryzować na podstawie różnych kryteriów, m.in. socjalnych, ale też na podstawie stosunku państwa do obywatela. Platforma Obywatelska w 2007 r. wygrała wybory, bo mówiła, że za rządów PiS o 6 rano mogą wkroczyć do naszych mieszkań służby specjalne i nas zaaresztować, co niekoniecznie było prawdą. A jeśli dziś przeanalizowalibyśmy działania służb specjalnych w Polsce, to okazałoby się, że obecne służby dużo głębiej wchodzą w życie obywateli niż to było za rządów PiS. Tyle że o wiele bardziej niż kiedyś wiąże się to z rozwojem nowych technologii, a nie z rozwojem partii politycznych. Dlatego, bez względu na to, czy dziś rządziłby PiS, czy PO, obecność służb w naszym życiu byłaby podobna.

Przekaz PO koncentruje się wokół tego, by dbać o to, co mamy teraz. Co będzie później, to się zobaczy – taka retoryka działała na wyborcę w tych wyborach. Jednak grupy wyborców PO z 2007 i 2011 r. już nie są takie same. Z PO odeszła spora grupa ludzi młodych, nawet pewne grupy inteligencji. Na to miejsce znalazły się inne grupy wyborców, które uznały, że w czasie kryzysu lepiej trzymać się małej stabilizacji niż oczekiwać rewolucyjnych zmian.

Co zrobi Platforma Obywatelska? Donald Tusk na Radzie Politycznej miał powiedzieć, że będą poważne reformy, tyle tylko, że część polityków PO zastanawia się, czy to znowu nie był PR premiera...

 Pierwsze wypowiedzi premiera po wyborach nie wskazywały na to, że będą jakiekolwiek duże reformy. Raczej tylko drobne korekty, bo reformy są zbyt kosztowne dla społeczeństwa. Ostatnio premier zmienił jednak komunikat. Być może dlatego, że jego słowa spotkały się z powszechną krytyką, podobnie jak bardzo wolne powoływanie rządu. Nie bez znaczenia są też wyniki badań opinii publicznej, które pokazują, że stagnacja działań rządu już w tej kadencji nie zyska akceptacji społeczeństwa. A przecież premier ma jeszcze cele polityczne do zrealizowania.

Czy to oznacza, że jesteśmy zakładnikami pomysłów Donalda Tuska dotyczących tego, co on zamierza robić za cztery lata?

Zgadza się. Platforma Obywatelska jest w tej chwili podporządkowana wyłącznie Donaldowi Tuskowi i jego politycznym planom.  Zresztą, jest to model działania dużych partii politycznych w Polsce i nie tylko. Dzięki tak wysokiemu zwycięstwu w ostatnich wyborach parlamentarnych Donald Tusk może sobie pozwolić na stłamszenie wewnętrznej opozycji w Platformie. I tak naprawdę to wszyscy jesteśmy zakładnikami tego, co sobie zaplanował, jeżeli chodzi o własną karierę. Nie wiadomo, czy Tusk pójdzie do instytucji europejskich - może chciałby być szefem Komisji Europejskiej, może prezydentem RP lub objąć jeszcze jakieś inne stanowisko. Ważne, że to Tusk ciągnie w sondażach Platformę do góry, to jest jego partia. Zaufanie do premiera jest znacząco wyższe od zaufania do Platformy Obywatelskiej i do rządów, które one firmuje. Obecnie to nawet nie jest rząd PO, tylko Donalda Tuska.

W samej partii Tusk rzeczywiście może sobie pozwolić na wszystko. Tak jak kiedyś po kolei marginalizował Andrzeja Olechowskiego, Macieja Płażyńskiego, Zytę Gilowską i Jana Rokitę, tak teraz „grilluje” Grzegorza Schetynę, wydawało by się - mocnego człowieka. Jak to się zakończy?

Tego nie wiadomo, ale Schetyna na pewno jest groźnym przeciwnikiem dla Tuska. Jest możliwe, że trafi do rządu zgodnie z zasadą: przyjaciół miej blisko, ale wrogów jeszcze bliżej. Jeśli Schetyna zostanie w parlamencie, będzie powoli, ale systematycznie i precyzyjnie przygotowywał przejęcie władzy. Teraz, po wyborach, to jest ta chwila, kiedy Tusk może ze Schetyną zrobić wszystko. Ale teraz jest też ta chwila, która zadecyduje o przyszłości Tuska w partii. Jeśli premier marzy o europejskiej karierze, na Platformie może mu już nie zależeć. Ale jeśli widzi dla siebie polityczną drogę w Polsce, to musi zadbać o własną partię i musi coś zrobić ze Schetyną. Siła Schetyny tkwi w jego znajomości partii. On tworzył struktury PO, jest dobrze postrzegany w regionach, wielu jego ludzi weszło do parlamentu. Dla bezpieczeństwa Tuska Schetyna powinien być w rządzie.

PiS przegrał właśnie szóste wybory od 2005 r. i wielu komentatorów mówi, że nie jest w stanie wygrać żadnych wyborów. Że staje się swoistym funduszem emerytalnym dla najbardziej rozpoznawalnych działaczy, którzy do parlamentu zawsze się dostaną, ale nic tam nie zdziałają. Z Kaczyńskim jest źle, bez Kaczyńskiego też źle i koło się zamyka…

Moim zdaniem, skończył się okres przegrywania wyborów nawet z dobrym wynikiem. To już przestaje wystarczać, zwłaszcza działaczom, którzy dopiero wchodzą na scenę polityczną. To, co teraz obserwujemy, jest wynikiem kryzysu tożsamości w PiS-ie. SLD miał taki kryzys przez ostatnich kilka lat i proszę zobaczyć, co się z nim stało – uzyskał bardzo słaby wynik w wyborach i prawie jest w rozsypce. PiS ma dużo większy, bardziej przewidywalny elektorat niż SLD, ale w PiS-ie wyraźnie trwają walki frakcyjne. To wstępny element walki o przywództwo w partii w niedalekiej przyszłości. Wprawdzie Jarosław Kaczyński jest przywódcą charyzmatycznym, magnesem dla wyborców, ale to i tak nie zmienia obecnego kryzysu w partii.

W tej chwili mamy prawie cztery lata do kolejnych wyborów parlamentarnych. Za kilka lat struktura elektoratu będzie diametralnie inna niż dziś, bo przecież co roku wchodzą nowe roczniki, a inne schodzą z przyczyn naturalnych. Czy PiS myśli o tej strukturze, zwłaszcza, że za cztery lata wyborców z tzw. żelaznego elektoratu będzie miał dużo mniej niż w tegorocznych wyborach? Dlatego PiS już dziś musi badać, czego oczekują ludzie, którzy za 2-3 lata staną się czynnymi wyborcami.

Czy w tym kontekście to, co zrobił Zbigniew Ziobro i jego grupa, to była konieczna próba wzniecenia fermentu i przemodelowania PiS w kierunku partii, która za 4 lata mogłaby wygrać wybory, czy pucz?

Nie wierzę, by Zbigniew Ziobro miał wizję swojej partii za 5 lat, albo wizję Polski za 5 lat.  Myślę, że chodzi tu o konflikt personalny pomiędzy Kaczyńskim a Ziobrą.

Co może stać się z Ziobrą i posłami, którzy poszli za nim? Czy nie podzielą losów PJN i Polski XXI?

Na pewno obecny  czas jest dobry na powstanie partii, zwłaszcza, że „ziobryści” mają grupę posłów w parlamencie. Ale co będzie za cztery lata, nie wiadomo. Jawi się pytanie, na jaki elektorat Ziobro się nastawi. Niektórzy mówią, że chce być narodowo-katolicką prawicą, co sugerowałoby poparcie Radia Maryja.

Ale ojciec Rydzyk ani nie poparł Ziobry, ani nie odciął się od Kaczyńskiego…

 Sądzę, że „ziobryści” będą powoli budować swoje ugrupowanie, zaś ojciec Rydzyk na razie wyczekuje i obserwuje, co zdarzy się w kolejnych tygodniach. Jeśli ich poprze, to będą mieli określony kapitał, ale za cztery lata kapitał Radia Maryja będzie dużo słabszy niż teraz, a ugrupowanie Ziobry może się okazać wydmuszką. Jarosław Kaczyński może uważać, że skoro już tylu działaczy odeszło albo zostali wyrzuceni z PiS, a żaden z nich nie wszedł do parlamentu, to pewnie tak samo będzie z Ziobrą i jego grupą. Natomiast Ziobro stawia na swoją osobistą popularność, na to, że ludzie go lubią.

Tyle tylko, że Zbigniew Ziobro jest europosłem, a ciężko buduje się partię z Brukseli. Może też przeceniać sympatię ludzi do siebie…

Znamienne jest, że partię zakładają trzej europosłowie, którzy uczestniczą w krajowym życiu publicznym rzadziej niż ich koledzy z Wiejskiej. Jednocześnie europarlamentarzyści mają o tyle komfortową sytuację, że przez najbliższe trzy lata mają gwarancję bardzo dobrych zarobków z europejskiej kasy i nie muszą codziennie mijać kolegów z PiS-u w Sejmie nie wiedząc, czy mówić im „dzień dobry”, czy nie. Sądzę, że Ziobro wcale nie był pewny swojego miejsca na listach PiS do europarlamentu za trzy lata i wolał już teraz wykonać ruch wyprzedzający. Choćby po to,  by za trzy lata uzyskać kilka mandatów do Parlamentu Europejskiego. Summa summarum, jego działania osłabiają prawicę. Nowe partie prawicowe będą miały szansę wtedy, gdy przejmą partię-matkę, albo gdy dokona się taka zmiana władzy, która pozwoli uzyskać jedność nie po wyborach, tylko przed.

W parlamencie pojawiła się nowa siła – Ruch Palikota. Poza samym Palikotem i kilkoma osobami znanymi spoza polityki, pozostali to typowi „panie i panowie Nikt”. Na czym polega fenomen tego ugrupowania?

Wynika on przede wszystkim ze słabości SLD i nie docenienia przez tę partię tradycyjnego lewicowego elektoratu: mniejszości seksualnych, antyklerykałów itd. Ten elektorat nie jest duży, ale dodał Palikotowi kilka punktów. Po drugie, Ruch Palikota dostał w kampanii wyborczej bardzo duże poparcie mediów. Gdyby Janusz Korwin-Mikke czy PJN miały takie poparcie, to pewnie przekroczyłyby próg. Trzeci czynnik, który dobrze wychodzi w badaniach powyborczych, to zagospodarowanie przez Ruch Palikota części elektoratu Samoobrony. Temu miało służyć m.in. wzięcie do sztabu Piotra Tymochowicza, który kojarzył się z Andrzejem Lepperem, po jego śmierci prezentował się w mediach jako jego przyjaciel i najbliższy współpracownik. Wreszcie, Palikota  poparli młodzi wyborcy. Bardzo specyficzni, którzy często głosują dla żartu. Ich wybór nie był świadomy, lecz emocjonalny.

(...)

 Więcej w Numerze 6(20)VIP Biznes&Styl, listopad-grudzień 2011

Galeria zdjęć