Z TOMASZEM STAŃKĄ, wybitnym trębaczem jazzowym, rozmawia JAROMIR KWIATKOWSKI
Panie Tomaszu, trudno nie rozpocząć od pytania o Rzeszów – miejsce Pańskiego urodzenia…
Tak. Przy ulicy Dąbrowskiego, na rogu, tam gdzie dziś jest bank, moja babcia miała dużą działkę, jakby wyciętą z rogu parku, i mały domek. Mój ojciec spędził tam młodość. W tym małym domku upłynęło moje wczesne dzieciństwo. Matka natomiast pochodziła ze Zwięczycy. Gdy miałem 6 lat, przenieśliśmy się do Krakowa, ale przyjeżdżałem do tego domku na wakacje.
Wie Pan, ja prawie w ogóle nie pamiętam Rzeszowa z tamtych czasów. Pamiętam jak przez mgłę rynek, pamiętam parę momentów w Zwięczycy. A mimo to miejsce, gdzie się urodziłem, darzę ogromnym sentymentem. Właściwie nie jestem rzeszowiakiem, ale czuję się tak, jakbym nim był. Jest to dziwne tym bardziej, że wprawdzie patriotyzm jest dla mnie bardzo szlachetnym uczuciem, ale czuję się nie tyle nawet kosmopolitą, obywatelem świata, co przede wszystkim Tomaszem Stańko. A dopiero potem Polakiem.
Jakie były początki Pana fascynacji jazzem?
W Krakowie, w liceum Nowodworskiego, wraz z moim przyjacielem Jackiem Ostaszewskim, późniejszym liderem grupy Ossian, interesowaliśmy się sztuką. Zacząłem słuchać audycji Willisa Conovera, w 1958 r. był koncert Davida Brubecka w Polsce. Już wtedy ta muzyka mnie bardzo interesowała. Powiedziałem ojcu, który był sędzią, ale także muzykiem, że chcę ją grać. Przyjaciel ojca, zresztą też rzeszowiak, Ludwik Lutak, trębacz, przyjął mnie do siebie na lekcje gry na trąbce. Szybko zrobiłem średnią szkołę muzyczną, potem wyższą. Moja kariera potoczyła się szybko, już po trzech latach grania na trąbce grałem zawodowo z Krzysztofem Komedą.
Miał Pan wtedy 20 lat. Można powiedzieć, że był Pan dzieckiem szczęścia, bo w tamtych czasach lepszy początek kariery trudno było sobie wymarzyć…
To prawda. Komeda był niewątpliwie najbardziej charyzmatycznym jazzmanem. Ale był też Andrzej Trzaskowski, z którym grałem, również świetny muzyk. Tamta generacja muzyków, którzy grali jazz, to byli bardzo kreatywni ludzie. Dziś najbardziej kreatywni kierują się do hip-hopu albo new jazzu.
Oczywiście, miałem fart, byłem zresztą świadomy, że Komeda to największy artysta tamtych czasów. Świadczyła o tym sama jego muzyka i podejście do sztuki.
Podobno zaczął Pan komponować swoją muzykę dopiero po śmierci Komedy?
Komponowałem już wcześniej. Żeby siebie ukształtować, żeby mieć swój język i styl. Większość muzyków kopiowała, chciała grać jak ktoś. Ja chciałem grać jak ja. Nigdy nie komponowałem do szuflady, wykonywałem swoje kompozycje jeszcze zanim zacząłem grać z Komedą. Natomiast w ciągu tych trzech lat gry z Komedą mniej zajmowałem się kompozycją, bo mogłem się z nim spełnić, grałem muzykę, która była mi najbliższa, bardzo podobną do tego, co chciałem robić w przyszłości. Komeda był dojrzałym muzykiem, a przyjemność grania jego kompozycji była niezwykła.
Rozumiem, że Komeda panu nie „ciążył”, bo czasami taka osobowość może zaciążyć nad czyjąś karierą.
Przecież on mnie zaangażował także dlatego, że byłem osobowością. W niczym mi nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, to wspaniałe móc grać z człowiekiem, który ma taką charyzmę. Można było wiele od niego skorzystać, a ja to umiałem.
Powiedział Pan w jednym z wywiadów: „Jazz szybko staje się nawykiem. Nic innego w życiu nie robię, tylko gram na trąbce, która jest moim życiem”. Wielu artystów mówi, że sztuka jest zaborcza, nie pozostawia czasu na życie prywatne. Jak to jest u Pana?
Jak Pan widzi, mam mieszkanie, które po remoncie jest typowym jednoosobowym mieszkaniem. Sztuka jest zaborcza, bo życie czystą sztuką jest zbyt przyjemne, by było inaczej. Generalnie większość artystów to egoiści. Byłem wiele lat w związkach różnego typu. Teraz jestem sam i chyba będę chciał być sam. Lubię rano budzić się sam. Puścić sobie Renee Fleming, Szostakowicza czy Johna Coltrane’a. Wstać i zacząć medytować jogą lub rozgrywać długie nuty na trąbce.
Jest Pan człowiekiem sympatycznym, kontaktowym. Nie wierzę, że drzemie w Panu natura samotnika...
Jedno z drugim nie ma nic do rzeczy. Nie jestem samotny, skoro cały czas jestem w trasach, spotykam się z ludźmi, koncertuję, mam znajomych i przyjaciół. Urządzam sobie życie tak, jakbym mieszkał w swojej pracowni. Bo moje mieszkanie to moja pracownia. Trudno mi z tego zrezygnować. Jestem otoczony pięknymi rzeczami, mam wytłumione ściany, mogę grać na trąbce dzień i noc. Mieszkam też po części w Nowym Jorku, po części w Krakowie. Tak się kręcę, tak się włóczę, to tu, to tam. Mam mały domek w Podkowie Leśnej, gdzie też bywam, choć teraz mniej, bo mi się nie chce. Właściwie najwięcej czasu spędzam w hotelach.
Jaki rodzaj jazzu pan woli: taki, w którym jest więcej filozofii, czy więcej mocy?
Nie mogę tego tak powiedzieć. Trzeba obie te rzeczy wyważyć. Są one z odmiennych biegunów. Lubię jazz i taki, i taki. Dziwnie pan to zbił.
To nie ja. To Jan Ptaszyn-Wróblewski. W wywiadzie, który z nim przed kilku laty przeprowadziłem, powiedział, że woli jazz, w którym jest mniej filozofii, a więcej mocy…
Myślę, że Ptaszyn chciał powiedzieć, iż jazz to muzyka bardzo różnorodna, która ma u swoich źródeł także radość życia. Oczywiście, uważam to za ważne, ale życie ma różne stany. Żeby żyć pełnią życia, muszę przeżywać stany radości i szczęścia, ale także przygnębień, bólu.
Jeden z krytyków muzycznych napisał o brzmieniu Pańskiej trąbki: „Jest to brzmienie >>brudne<<, a zarazem paradoksalnie przejrzyste, przenikające w głąb duszy, momentami przypominające krzyk, momentami kwilenie”…
Niewątpliwie lubię skrajności. Lubię ekspresję, ale lubię też liryzm. Widocznie mam taką naturę, że nie jestem „środkowy”. Bardzo kocham ballady, które gram coraz czystszym dźwiękiem, a jednocześnie używam ekspresyjnego grania, które wymaga „brudnej” techniki, o wysokiej, ciężkiej ekspresji. Ale jednocześnie lubię w ułamku sekundy przejść z tego górnego tonu w ciche pianissimo.
Często ludzie, nie wiedząc za wiele jazzie, uważają, że to muzyka trudna, nieprzystępna, elitarna, snobistyczna. Jak by pan ich zachęcił do słuchania?
Jazz jest muzyką elitarną. Lepszym słowem jest „niszowa”. A co do zachęcania: nie wolno ludzi do niczego zachęcać, bo to się nie sprawdza. Świat oferuje dziś ludziom monstrualną ilość rzeczy związanych z przyjemnością, przeżywaniem życia. Sztuka w ogóle nie jest trudna. Człowiek, który odbiera sztukę, robi to intuicyjnie. Nie musi się na tym znać. Natomiast, żeby odebrać wyrafinowane gatunki niszowe, trzeba temu poświęcić czas. Człowiek, który nie jest koneserem wina, gdy będzie pił wino za kilka tysięcy złotych, może nie powie, że jest złe, ale że bardziej mu smakuje mocniejszy jabcok. Trzeba pić, żeby się znać na winach.
To pewnie rację miał Jarosław Śmietana, który powiedział, że aby zachęcić kogoś do jazzu, trzeba go wyciągnąć na koncert.
To prawda. A ten koncert musi go zaskoczyć. Lecz żeby zaskoczył, to musi to być świetny koncert.
Wspomniał Pan o muzyce niszowej. Mówi się, że najbardziej wartościowe rzeczy – czy to w jazzie, czy rocku, czy popie – są niszowe…
Trudno mi odpowiedzieć, bo zaczynam to wszystko nie bardzo rozumieć. Weźmy Madonnę. Ja nie chodzę na takie rzeczy, ale jak patrzę na jej klipy, to trudno nie zauważyć, że są one zrobione po mistrzowsku. To są awangardowe, nowatorskie rzeczy. Albo niejaka Lady Gaga. Gdy ją usłyszałem pierwszy raz, odrzuciło mnie. Pomyślałem: „polskie disco-polo”. Potem przeczytałem wywiad z nią i pomyślałem: „Boże, jaka to mądra kobieta”. Rzucała takie nazwiska malarzy, architektów, że ho, ho! Posłuchałem drugi raz. To konwencja disco-polo, ale producenci, którzy robią te brzmienia, są mistrzami w swoim fachu. Z mojego punktu widzenia – zawodowego muzyka, który lubi pewne wyrafinowanie - Madonna czy niektóre gwiazdy pop robią coraz ciekawsze rzeczy. Oczywiście, tylko ci najlepsi. Taką Dodę nie stać, by sobie zamówiła Pharoaha Williamsa, bo on kosztuje tyle pieniędzy, że nie dałaby rady, a poza tym pewnie by nie wiedziała, że trzeba go zaangażować. Madonna wie, kogo ma wziąć.
Dziś obserwujemy w muzyce wymieszanie gatunków. Może rację mają ci, którzy mówią, że muzyka jest dobra lub zła, a reszta jest sprawą konwencji. Najlepsi twórcy różnych gatunków muzyki zawsze znajdą wspólny język…
Dla mnie to jest piękne w tych nowych czasach, bo jest wyrazem szacunku dla ludzi. Lady Gaga na pewno chce mieć więcej pieniędzy. Jednak wydaje mi się, że najpierw chce dotrzeć do jak największej liczby ludzi. Co jest godne szacunku.
Co by Pan odpowiedział tym jazzmanom, którzy uważają, że to niesprawiedliwe, iż o takich stawkach za koncert, jakie osiągają gwiazdy pop, oni mogą tylko pomarzyć…
Gwiazda pop pracuje co najmniej tak ciężko jak jazzman. Podejrzewam, że Michał Wiśniewski przez cały dzień myślał o swojej karierze. I już go nie ma. Tylko trzy lata uzyskał.
Myślenie o karierze i myślenie o muzyce, to dwie różne rzeczy…
To jest to samo. Dlaczego wartościujemy? Żeby dobrze zrozumieć popkulturę, nie myślmy w ten sposób. Każda działalność ludzka jest cenna. Najważniejsze jest żyć. Żyć - to jest bezcenne!
Widziałem kiedyś Stinga na żywo na scenie. Z bliska. Jaką on ma rewelacyjną technikę śpiewania czysto! Jaką muzykalność! A sposób zachowania na scenie! On nie bierze pieniędzy za darmo. Chciałbym, żeby nawet dobrzy jazzmani mieli jedną setną tego.
Jeżeli ktoś ukończy szkołę muzyczną na altówce i później nawet nie może znaleźć roboty w orkiestrze symfonicznej, to trudno, żeby nie był rozżalony. Ale to jest nasze ryzyko zawodowe. W tej branży jest mordercza konkurencja. Lekkie życie jest zaledwie dla paru osób. Reszta musi albo uczyć innych, albo być zaradna organizacyjnie. To jest taki sam typ talentu jak muzyczny. A często tego typu pretensje, o których Pan wspomniał, są wynikiem natury mającej skłonność do skarżenia się.
Proszę o ustosunkowanie się do takiej tezy: wyjątkowość jazzu na tle innych rodzajów muzyki polega na tym, że tu jest największa rola kreatywności w procesie błyskawicznego tworzenia…
Można tak powiedzieć, bo to jest improwizacja. To frapująca technika, ale nie jest ona lepsza od techniki kompozycyjnej. To wszystko to technika, której się można nauczyć. Są ludzie o większym talencie do improwizacji, ale np. w czasach Bacha każdy muzyk był improwizatorem, tylko to zanikło.
Improwizacja ma jedną wadę. Granie jest wtedy bardzo, ale to bardzo przyjemne. Do tego stopnia, że możemy nie liczyć się z publicznością. Jeżeli podczas jam-session jeden muzyk gra 20 chorusów bluesa, tak samo drugi i trzeci, to wyrafinowana publiczność dostrzeże, że to jest gówno. Tracimy wtedy dramaturgię, a przecież sztuka musi mieć swoją formę.
Czy publiczność jazzowa zmieniła się od lat 60.?
Właściwie nie. Jest może bardziej wyrobiona. Jeżeli ktoś przychodzi na koncert jazzowy, to z reguły jest na „tak” i z widowni czujemy pozytywną wibrację. W Nowym Jorku czy Londynie jest świetna, wyrafinowana publiczność. Ale pamiętam świetną publiczność także z koncertów w Przemyślu czy Czechowicach-Dziedzicach. Jeśli publiczność jest na „tak” i ma przed sobą wysokiej klasy muzyków, to „łyknie” muzykę od razu.
Lubi Pan grać z młodymi muzykami, którzy mogą wiele od Pana zaczerpnąć. A Pan od nich?
Zdecydowanie tak. Młodzi muzycy znają grę Monka, Mingusa i wielu innych historycznych artystów jazzowych, w związku z czym potrafią łączyć te rzeczy, co „oryginały” nie mogą robić, bo grają po swojemu. Młodzi muzycy mają wspaniałą żywotność, są też lepiej wykształceni.
Z tego wynika, że widzenie waszych wzajemnych relacji w kategoriach mistrz-uczniowie jest uproszczone.
Oni mogą mnie traktować jako mistrza, ale generalnie muszą grać. Nadrzędna jest komunikacja muzyczna. Marcina Wasilewskiego czy Michała Miśkiewicza wziąłem do zespołu, bo grali. Mieliśmy krótkie próby. To jest najlepszy sprawdzian, jak szybko ktoś się uczy. To jest najważniejsze kryterium. Nie wiek. Tak dobrze to nie ma.
Przywiązuje Pan ogromną wagę do kondycji, np. uprawia Pan jogging…
Niech Pan nic nie mówi, bo przez ostatnie kilka dni nic nie robiłem. Jednak, aby być bardziej sprężysty, staram się przynajmniej robić dwie rzeczy: regularnie uprawiać jogę i biegać, a przynajmniej pójść na długi, szybki spacer. W Nowym Jorku biegać jest łatwiej, bo tam wszyscy biegają. Zima, lato... Wtedy biegam regularnie. Bieganie to przyjemność, wyzwala endorfinę. Po porannym joggingu człowiek jest silniejszy.
Podsumowując: jest Pan szczęściarzem, bo zajmuje się pan tylko przyjemnymi rzeczami…
To prawda. Z drugiej strony jest to trudne, bo wytrzymać światową konkurencję jest rzeczą bardzo trudną. Nie wolno sobie popuszczać. Trzeba być cały czas sprawnym, zdyscyplinowanym, z drugiej strony trzeba mieć w sobie pewną dozę szaleństwa.
Dziś każdy może być konsumentem sztuki, ale również wszelakiego typu działalności. Nie gram w gry komputerowe, ale domyślam się, że to muszą być niezwykle przyjemne rzeczy. Podobnie jak surfowanie w internecie, chodzenie w góry czy pływanie na desce… Jest tyle rzeczy fizycznych, psychicznych i duchowych, które mogą zajmować człowieka, że jest to fascynujące. W ostatnich kilkuset latach nastąpiła jakaś eksplozja nadaktywności. Wybitni naukowcy mogą być fanami rocka, wszystko jest pomieszane. Ludzie o zasadniczych poglądach, jeśli są wysokiego lotu, są tolerancyjni dla wszystkich. Po tym można łatwo poznać, w którym miejscu znajduje się człowiek na drodze rozwoju swojej duchowości. Dla mnie to jest jednoznaczne: nietolerancyjni są niżej.
Fotografie i wywiad zrobiono w mieszkaniu Tomasza Stańki w Warszawie.
4 lipca Tomasz Stańko wystąpił na rzeszowskim rynku w ramach Wielokulturowego Festiwalu GALICJA – Rzeszów 2009. Towarzyszyli mu pianista Marcin Wasilewski, kontrabasista Sławomir Kurkiewicz i perkusista Michał Miśkiewicz. Ta piękna, ale niełatwa muzyka została znakomicie przyjęta przez rzeszowską publiczność, która pożegnała muzyków burzą braw na stojąco. A oni? Wcześniej dosłownie „uwiedli” ją słynną kołysanką Krzysztofa Komedy z filmy „Rosemary’s Baby”, zagraną na bis…
Trębacz i kompozytor jazzowy, jeden z najoryginalniejszych muzyków jazzowych w Europie. Urodził się 11 lipca 1942 r. w Rzeszowie. Od początku lat 60. ubiegłego wieku należy do najważniejszych artystów polskiej sceny jazzowej. Nagrał około 40 albumów autorskich, skomponował muzykę do kilkudziesięciu filmów. Koncertował niemal na całym świecie, z wieloma muzykami ze ścisłej czołówki światowego jazzu. Jest pierwszym laureatem Europejskiej Nagrody Jazzowej (2003).
VIP B&S Numer 4(5) Lipiec-Sierpień 2009






