Z dr. MIECZYSŁAWEM JANOWSKIM, posłem do Parlamentu Europejskiego, rozmawia JAROMIR KWIATKOWSKI
Jaromir Kwiatkowski: Nie żałuje Pan tych kilku lat w Parlamencie Europejskim?
Dr Mieczysław Janowski: To pytanie dotyczy nie tylko konkretnej sytuacji, kiedy jestem posłem do Parlamentu Europejskiego, ma ono pewien wymiar filozoficzny. W gruncie rzeczy jest to pytanie o to, czy mogłem iść inną drogą. Takie momenty wyboru pojawiają się w życiu każdego człowieka. Czy żałuję? Nie, nie żałuję. Myślę, że jest to kwestia spożytkowania mojego doświadczenia, nabytych umiejętności, wiedzy, systematyczności w działaniu. Kiedy w PE podejmujemy jakąś rezolucję, głosujemy nad jakimś sprawozdaniem, to czuję, jak to wszystko zafunkcjonuje w samorządzie, jak to może być postrzegane na poziomie krajowym. Tak, więc w Strasburgu i Brukseli w pewnym sensie zbieram „śmietankę” z lat dotychczasowej pracy.
Jednak można odnieść wrażenie, że będąc tam, zniknął Pan z podkarpackiej sceny politycznej…
Wrażenia mogą być rozmaite. Zależą one także od tego, jak reagują media regionalne. Dzisiejszy świat jest prezentowany opinii publicznej głównie przez dziennikarzy. Szkoda, że praca Parlamentu Europejskiego była do tej pory ukazywana nazbyt często przez pryzmat sensacji. Np. poprzez perypetie jednego z posłów, który był oskarżony o kontakty z damą lekkich obyczajów. A później małymi literkami było napisane, że sąd belgijski trochę inaczej to widział.
Mogę przyjąć zarzut, że dziennikarze koncentrują się bardziej na sensacjach niż na codziennej, żmudnej pracy jakiegoś gremium. Ale w przypadku Parlamentu Europejskiego zadziałała, w moim przekonaniu, zasada, że ta „koszula” nie jest tak bliska ciału jak np. polski parlament…
Ma Pan sporo racji, chcę jednak zwrócić uwagę na konieczność zachowania proporcji między ową sensacją a rzetelną informacją o faktycznej, acz nie zawsze widowiskowej pracy. Poza tym, my jesteśmy nowicjuszami w Unii Europejskiej w porównaniu z krajami starej „piętnastki”. Często zżymam się, gdy ktoś mówi o nas, że jesteśmy „nowymi państwami członkowskimi”. Pytam wtedy: to kiedy będziemy tymi „starymi”, w pozytywnym tego słowa znaczeniu - jak dobre, stare wino.
Pewnie nie prędzej, jak do Unii przyjmą Ukrainę (śmiech)…
Rzeczywiście, za mało jest informacji, jak ważne są działania struktur unijnych w kreowaniu prawa. Tego prawa, które - stanowione w Brukseli czy Strasburgu - obowiązuje bezpośrednio państwa członkowskie. Nie pisze się o mrówczej pracy w komisjach parlamentarnych. Co się zaś tyczy Ukrainy, to kraj ten musi najpierw sam rozwiązać swe wewnętrzne problemy. Zgoda, nie udało się pokazać, że to, co się dzieje w PE, jest ważne dla nas wszystkich. Ale tu winą mogą podzielić się i dziennikarze i politycy.
To prawda. Weszliśmy w struktury, w których trzeba być zakorzenionym, by zrozumieć te wszystkie mechanizmy, zwłaszcza te, które mają przełożenie na finanse. Proszę zauważyć, że liczba naszych posłów - 54 - jest równa liczbie posłów z Hiszpanii. Ale skuteczność Hiszpanów jest o wiele większa.
Dlaczego?
Dlatego, że oni są w PE o wiele dłużej, działają też w silniejszych grupach politycznych. Grupa polskich posłów jest mocno podzielona. Część (mówię o posłach PO) działa w Europejskiej Partii Ludowej, lewica poszła do Europejskiej Partii Socjalistycznej, a osoby wybrane z listy PiS są w Unii na Rzecz Europy Narodów, która ma średnie znaczenie w PE. Czasami jesteśmy języczkiem uwagi. Przy rozdziale funkcji działa jednak metoda d’Hondta. A tam - kto mocniejszy, ten ma więcej funkcji kierowniczych w komisjach.
Druga sprawa: liczba naszych urzędników w strukturach unijnych jest nieproporcjonalnie mniejsza niż liczba urzędników z innych krajów. To wynika z tego, że nie potrafiliśmy jeszcze się przebić. Że za mało jest też wspólnego działania rządu (niezależnie jakiej orientacji), polskiego parlamentu i polskich eurodeputowanych. Nie było do tej pory ani spotkania premiera Tuska, ani prezydenta Kaczyńskiego (nie spotkał się z nami też prezydent Kwaśniewski) z posłami do Parlamentu Europejskiego. Tu nie chodzi o to, by sobie nawzajem bić brawo, tylko by powiedzieć: to są ważne sprawy, działajmy razem. Takie właśnie współdziałanie można zaobserwować na przykładzie posłów niemieckich. Jeden z nich, pochodzący z obszarów b. NRD i zasiadający, tak samo jak ja, w Komisji Rozwoju Regionalnego, powiedział kiedyś do mnie: „Dla nas nie ma spraw nieważnych. Są sprawy ważne i bardzo ważne. Jeżeli potrzebujemy skontaktować się z panią kanclerz, czy jakimś ministrem, to dzieje się to prawie natychmiast”.
Co przez te prawie 5 lat uważa Pan za swoje największe sukcesy?
Mocno chcę podkreślić, że działalność w Parlamencie Europejskim, to praca zespołowa. Można mieć świetne pomysły, ale jeśli nie znajdzie się dla nich poparcia większości parlamentarnej, to zostają one jedynie w sferze życzeń. Moje wystąpienia i działania można
Więcej w VIP B&S nr 2(3) marzec-kwiecień 2009r.






