Z dr. n. med. Leszkiem Czerwińskim, chirurgiem, dyrektorem Szpitala Miejskiego w Rzeszowie, rozmawiają Aneta Gieroń i Jaromir Kwiatkowski
Aneta Gieroń, Jaromir Kwiatkowski: 30 lat temu zgodził się Pan przyjechać do Rzeszowa i budować od zera oddział chirurgii w Szpitalu Miejskim. Pamięta Pan jeszcze ten Rzeszów sprzed 30 lat?
Leszek Czerwiński: Rzeszów pamiętam bardzo dokładnie, i to nie tylko ten sprzed 30 lat, ale jeszcze z lat 60. Wtedy jako student przejeżdżałem przez to miasto w drodze z Warszawy do Gorlic. W Rzeszowie miałem przesiadkę. Wysiadłem z pociągu, i może to przypadek, ale przeszedłem szarą, ponurą, kolejową kładką na ulicę Kochanowskiego, czyli w okolicę, gdzie potem wybudowano Szpital Miejski. Minęły lata od tamtego zdarzenia, w międzyczasie pracowałem w klinice w Zabrzu u prof. Stanisława Szyszko. To właśnie od niego dowiedziałem się, że w Rzeszowie jest otwierany nowy szpital. Prof. Szyszko był wówczas konsultantem krajowym ds. chirurgii i powiedział do mnie, że w Rzeszowie potrzebują zdolnego chirurga ze zmysłem organizacyjnym. „Pojedźcie tam i zobaczcie” – to były jego słowa. Wówczas nie pracowałem już w jego klinice, lecz byłem dyrektorem i twórcą Zespołu Opieki Zdrowotnej w Kędzierzynie-Koźlu. Na szczęście, nie zrezygnowałem z bycia chirurgiem, bo wiedziałem, jak szybko można znaleźć się poza zawodem. Prof. Szyszko też zdawał sobie z tego sprawę, a że uważał mnie za zdolnego chirurga, chciał mnie wyrwać z „fatum” administrowania.
Wyruszył Pan do Rzeszowa i…
Pojechałem, bo powiedział mi o tym prof. Szyszko, którego bardzo ceniłem. Ale byłem przekonany, że na pewno tu nie zostanę.
Do jakiego Rzeszowa Pan przyjechał?
Pamiętałem ten dworzec z lat 60. i tę kładkę kolejową. Rzeszów szary i smutny. Dlatego wziąłem na drogę tylko jedno jabłko i byłem przekonany, że zaraz wrócę. Jednak wtedy, w 1980 roku, wjeżdżałem do Rzeszowa już od innej strony niż kładka i ul. Kochanowskiego, i …to już był zupełnie inny Rzeszów. Natychmiast zadzwoniłem do żony: „Laluniu - bo tak ją nazywałem - nie jest to ani Kraków, ani Warszawa, ale nie jest to też czarny Śląsk. A poza tym jest to miasto pomiędzy Krakowem a Lwowem”. Moja żona była kresowianką, jej rodzice pochodzili z Podola i to miała być taka zachęta dla niej.
Co ostatecznie przesądziło, że chciał Pan zostać w Rzeszowie?
Oddałem się losowi i złożyłem papiery na konkurs na ordynatora. Te konkursy przebiegały wtedy trochę inaczej niż dziś. Przypuszczam, że zbierano informacje: kim jestem, jakie mam powiązania itd. Pewne osoby przyjeżdżały na Śląsk i wypytywały o mnie. Co ciekawe, decyzję odnośnie do Rzeszowa podjęła moja żona. Jej zostawiłem rozstrzygnięcie, czy wysyłać papiery na konkurs, czy nie, a ona zgłoszenie wysłała. Konkurs wygrałem i 8 marca 1980 roku drugi raz przyjechałem do Rzeszowa. Ale byłem na tyle ostrożny, że nie brałem z sobą rodziny. Przez półtora roku mieszkałem w Rzeszowie sam w szpitalu.
Nie do końca Pan wierzył, że to będzie Pana miejsce na wiele lat?
Gdy podejmowałem tamtą decyzję, miałem 40 lat i wiedziałem, że w tym wieku to jest decyzja ostateczna, zwłaszcza, że nazywałem siebie osiadłym tułaczem. Urodziłem się w Łowiczu, dzieciństwo spędziłem w Wilnie. Z Wilna z matką i siostrą przyjechałem transportem jako repatriant do Torunia. Potem była Warszawa i studia na Śląskiej Akademii Medycznej. No i w końcu Rzeszów, gdzie mieszkam najdłużej, bo aż 30 lat.
Dojrzewa Pan do myśli, by nazywać siebie rzeszowianinem, a nie wilnianinem?
Wilna nie potrafię się wyzbyć. To są zbyt głębokie związki rodzinne. Jestem szczęśliwy, że teraz mogę jeździć tam bez przeszkód, chodzić po Wilnie i płakać. Kraków to miasto królewskie, Wilno - książęce. Mieszkałem na Bernardyńskim Zaułku 7 mieszkania 5, to jest tuż koło bernardyńskiego kościoła św. Anny. Dwie kamienice dalej Adam Mickiewicz pisał „Grażynę”. W kościele bernardynów chrzczona była moja matka, tam brała ślub. Uczyła się w gimnazjum Orzeszkowej, ojciec skończył „Lelewela”, na Rossie mam groby dziadków i praprapradziadów.
Wracając do Rzeszowa. Jakie atuty miało w 1980 roku to miasto, że zdecydował się Pan tu osiąść?
Atuty były takie, że szedłem na ordynatora – najwyższy szczebel zawodowy lekarza chirurga, i to niezależnie, czy zostaje on ordynatorem w szpitalu powiatowym, wojewódzkim czy w klinice. Nie miałem wątpliwości, że moja kariera zawodowa na tym nie ucierpi. Magnesem było też budowanie czegoś od zera. Czasami żartowałem, że gdyby mnie ktoś wysłał na Kamczatkę i kazał zakładać szpital, to ja bym go zorganizował.
Wiemy, że początki bywają trudne…
O tak! Na początku mieszkałem w pustym szpitalu. Do tego dochodził brak aparatury i tęsknota za rodziną. Codziennie o tej samej porze chodziłem na pocztę, by zadzwonić do domu. Ale jednej rzeczy żałowałem najbardziej: pięknego mieszkania w Kędzierzynie-Koźlu. To był lokal, który w 1928 roku wybudował sobie ówczesny architekt powiatowy. Stiuki na suficie, przepiękne parkiety, rozsuwane drzwi kryształowe, w ogrodzie fontanna. Z tamtego mieszkania przeniosłem się na niespełna 60 metrów kw. na parterze bloku na Baranówce w Rzeszowie. W 1982 roku otrzymałem niewielką szeregówkę przy ul. Heleny Modrzejewskiej. Mieszkam tam do dziś. I… nie żałuję już tego pięknego mieszkania w Koźlu. Powódź w 1997 roku doszczętnie je zniszczyła, a ja tylko mogę się cieszyć, że nie doczekałem tego nieszczęścia jako mieszkaniec tamtego domu.
Z perspektywy tych 30 lat: warto było przyjechać do Rzeszowa?
Błąd popełniłem nieco wcześniej: gdy ze Śląskiej Akademii Medycznej odszedłem na dyrektora w Kędzierzynie-Koźlu, bo dziś na pewno byłbym profesorem chirurgii serca. Ale coś za coś, w Koźlu poznałem swoją żonę. Uważam natomiast, że mój przyjazd do Rzeszowa był dobrą decyzją. Kocham Rzeszów i myślę sobie, że takiego drugiego miasta nie ma. Kiedy tu przyjechałem, miałam szczęście poznać Franciszka Kotulę, autora książki „Tamten Rzeszów”. Przestudiowałem tę książkę i dziś namawiam Państwa: napiszcie „Nie ten Rzeszów”.
Kto wie, może napiszemy… Czym Rzeszów tak teraz Pana zaskakuje?
Czystością, rozmachem. Mam nadzieję, że wkrótce powstanie Millenium Hall, że dziura po hotelu Rzeszów zostanie zabudowana. Rzeszów nie ma typowo miejskich przedmieść, wchodzi w piękne łąki, a przez to mamy przestrzeń i zieleń.
A wracając do Franciszka Kotuli: chwała mu za to, że udowodnił, iż Rzeszów nie jest miastem bez historii…
Przez te 30 lat tak w końcu nauczyłem się patrzeć na Rzeszów, że kiedy wchodzę na ul. 3 Maja, to tak jakbym wchodził na Nowy Świat, potem na Krakowskie Przemieście i Zamek Królewski. Może jestem fantastą, ale tak widzę moje miasto w mikroskali.
W Rzeszowie zdarzyło się wszystko co najlepsze i najgorsze w Pana życiu zawodowym i prywatnym. W tym mieście stworzył pan pierwszy na Podkarpaciu oddział chirurgii naczyniowej, który właśnie się rozpada. Tutaj dorosły Pana dzieci, z żoną spędził Pan prawie 30 lat, ale w Rzeszowie odeszły też najbliższe Panu osoby….
Tak, tutaj zmarł mój syn i moja druga żona. W Rzeszowie przeżyliśmy z nią 29 szczęśliwych lat. Moje małżeństwo trwało w sumie 37 lat.
Państwa historia jest dość nietypowa…
No tak. Kiedy poznałem moją drugą żonę, Grażynę, byłem mężczyzną „po przejściach”, bo moje studenckie małżeństwo szybko się rozpadło. Miałem wtedy 34 lata, byłem chirurgiem, dyrektorem i - jak na owe czasy - byłem dosyć uposażony. Tak poznałem przepiękną dziewczynę, która miała 21 lat.
Nie „przestraszył” się Pan?
Nie. Jak to mężczyzna „po przejściach”, parę lat byłem samotny i znałem kobiety, ale odrzucałem myśl o małżeństwie. Kiedy jednak Grażyna weszła do mojego gabinetu w sprawie pracy, to choć nie wierzę w przeczucia, pojawiła się w mojej głowie myśl, że ta dziewczyna mogłaby zostać moją żoną. Nawet zaryzykowałem i zaproponowałem jej randkę, lecz ona dała mi wtedy kosza. Ale - jak to kobieta - dała mi też pewną nadzieję. Zacząłem delikatnie wypytywać w swoim otoczeniu, dlaczego odmówiła. Okazało się, że w owym czasie odwiedzała ją ciotka z Austrii. A ja sobie pomyślałem: „no nie, wszystko przez >>szwabrę<<” (śmiech). Ciotka była wywieziona do Austrii w czasie wojny na przymusowe roboty, pochodziła z Podola.
Praca w tej samej instytucji, kilkanaście lat różnicy wieku – nie obawiał się Pan, że to może być niezręczna sytuacja?
Nie. Ja plotek się nie bałem. Uważam, że kobieta może być dumą, albo hańbą mężczyzny.
To chyba tak samo jak mężczyzna dla kobiety...
Nie, na pewno nie. Rola kobiety jest większa. W końcu jednak umówiliśmy się na randkę. Zaproponowałem jej wycieczkę do Głuchołaz.
(...)
Więcej w Numerze 6(14)VIP Biznes&Styl, listopad-grudzień 2010









