Leszek Waliszewski

GDY ZACZYNAM CZUĆ SIĘ BEZPIECZNIE I KOMFORTOWO, MYŚLĘ O KOLEJNYM WYZWANIU

 

Aneta Gieroń i Jaromir Kwiatkowski rozmawiają z Leszkiem Waliszewskim,

prezesem zarządu FA Krosno

 

 

Leszek Waliszewski, rocznik 1953, pochodzi z Gdańska, tam skończył politechnikę. Po studiach wyjechał za pracą na południe. Ostatecznie na początku 1977 r. trafił do Fabryki Samochodów Małolitrażowych w Tychach. W 1980 r. zaangażował się w tworzenie NSZZ „Solidarność”. Rok później został wybrany na szefa największego regionu związku – Śląsko-Dąbrowskiego (1,4 mln członków). 13 grudnia 1981 r. internowany, m.in. w Uhercach (tam siedział od sierpnia do grudnia 1982). Po wyjściu na wolność, na początku 1983 r. zdecydował o wyjeździe wraz z rodziną za granicę. Przez Niemcy trafił do USA. W 1994 r. wrócił do Polski.

 Uważa, że „Solidarność” z 1980 r. nie ma nic wspólnego z obecną. – My walczyliśmy o niepodległość Polski, oni – jak każdy związek zawodowy - walczą o przywileje socjalne – podkreśla. - Wałęsa, przy wielu swoich wadach, miał kilka razy dobre wizje: gdy został prezydentem, proponował, by rozwiązać „Solidarność”. Wtedy było to dla mnie niezrozumiałe. Dziś uważam, że byłoby to genialne posunięcie, bo tamta „Solidarność” jednoczyła naród, świat się nią zachwycał, było to coś pięknego. Teraz to się rozmyło.


Aneta Gieroń, Jaromir Kwiatkowski: Pańska nauka biznesu zaczyna się w 1983 r., kiedy – niedługo po zwolnieniu z internowania - zdecydował się Pan na stałe wyjechać z Polski…

Leszek Waliszewski: - Z rodziną trafiłem na dwa tygodnie do Niemiec, do obozu dla uchodźców pod Frankfurtem. W czerwcu 1983 r. byłem już w USA.

Wyjeżdżał Pan z szarej, komunistycznej Polski. Pamięta Pan swoje pierwsze zetknięcie z Zachodem?

W 1981 r. byłem we Francji na zaproszenie tamtejszych związków zawodowych, tak więc Zachód widziałem i nie odbierałem go z niemym zachwytem. Niemcy oczywiście były inne niż Polska, bogatsze, uporządkowane, kolorowe, bardziej rozwinięte technologicznie. Ale moje postrzeganie Europy Zachodniej było filtrowaniem tamtej rzeczywistości przez własne przemyślenia. Ciekawsze spostrzeżenia miałem szanse poczynić około 1990 r., kiedy w ramach podróży służbowej z General Motors przyjechałem z kilkoma Amerykanami do Niemiec. Przeżyłem wówczas szok: dostrzegłem, że Niemcy są dużo bardziej – charakterologicznie, mentalnościowo - podobni do Polaków niż do Amerykanów.  Dostrzegłem wtedy przepaść pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi. Tak samo czuli to Niemcy, bo często liczyli na to, że będę tłumaczył moim kolegom pewne niuanse. A już najzabawniejsza historia podczas tamtej podróży miała miejsce w hotelu, gdy pani w recepcji, rodowita Niemka, zapisywała nasze dane osobowe i przy prostym amerykańskim nazwisku; James, krzywiła się, co to za nazwisko. Przy moim, Waliszewski, które jest niebywale trudne do wymówienia dla obcokrajowca, uśmiechnęła się i wykrzyknęła bez zająknięcia; o, Waliszewski. Tak jak w 1983 r. myślałem, że pomiędzy Polską a Niemcami jest przepaść kulturowa, tak wtedy uznałem, że w Europie jest nam bardzo blisko do siebie.

Wyjeżdżając za granicę nie miał Pan jeszcze 30 lat. Nie obawiał się Pan, jak odnajdzie się w amerykańskich realiach?

Z wykształcenia jestem inżynierem elektronikiem i to było dobre wykształcenie. Dlatego, mimo że byłem na początku kariery zawodowej, uważałem, że mam na tyle dobre studia i trochę praktyki, iż sobie poradzę.  Przed wyjazdem dużo czytałem o Stanach. Jedną z ciekawszych informacji była ta, że emigranci awansują szybciej niż rodowici Amerykanie. Dlaczego? Bo nie są przywiązani do miejsca, do otoczenia i ciągle szukają lepszych możliwości, są mobilni, otwarci na zmiany. To mnie dopingowało. Jednak największym moim ograniczeniem była bardzo kiepska znajomość języka. Po roku w USA przełamałem frustrację wynikającą ze złego mówienia po angielsku, skończyłem bardzo intensywny kurs językowy i powoli zacząłem przełamywać tę barierę. Oczywiście, jeszcze kilka lat zajęło mi, by język dobrze podszkolić, ale najtrudniejsze było za mną.

 Na ile słaba znajomość angielskiego była przeszkodą na początku pobytu w USA?

Była dużą przeszkodą. Gdy przyjechaliśmy do USA, zamieszkaliśmy w Chapel Hill w Północnej Karolinie. Tam przez półtora miesiąca pisałem CV i szukałem pracy. Moim pierwszym zajęciem było malowanie dachów za najniższą stawkę. Po trzech miesiącach od przylotu do USA znalazłem zatrudnienie w lokalnej amerykańskiej gazecie „News and Observer”, gdzie jako informatyk przepracowałem 2 lata. Przez ten czas na tyle podszkoliłem język, że mogłem szukać czegoś lepszego.

Fakt, że w Polsce w 1981 r. był Pan ważnym człowiekiem w „Solidarności”, ułatwił Panu start w USA?

Dla Amerykanów to było ważne, ciekawe. Zaraz po przyjeździe miałem wiele spotkań z politykami, dziennikarzami, byłem w Białym Domu, gdzie spotkałem się z otoczeniem prezydenta Reagana, rozmawiałem z Janem Nowakiem-Jeziorańskim, prof. Zbigniewem Brzezińskim, ale na spotkaniach wszystko się kończyło. Było ogromne zaciekawienie, ale jednocześnie nie miało to żadnego znaczenia dla mojej pozycji społecznej i zawodowej w Stanach.

 Po 2 latach spędzonych w gazecie trafił Pan do dużej korporacji – General Motors. Na ile była ona otwarta na ludzi z zewnątrz?

W czasie, gdy trafiłem do General Motors, koncern był w pełni otwarty. Proszę jednak pamiętać, że GM, podobnie jak inne spółki motoryzacyjne, po wojnie niesamowicie się rozwijał, podbijał rynki światowe. W latach 80. GM ciągle miał mocną pozycję, duży udział w rynku światowym. Dziś ten rynek mocno się skurczył - do około 25 proc. W GM zacząłem pracować jako inżynier w Arlington w Teksasie. Pamiętam, że Amerykanie szukali unowocześnień, by lepiej konkurować z Japończykami. Starali się przejść do sytemu pracy zespołowej, złagodzić ostry podział pomiędzy robotnikami a kadrą menedżerską.

Jak rozwijała się Pana kariera w GM?

Początek w Teksasie był wspaniały. Realizowaliśmy projekt za 600 mln dolarów, miałem dużo szkoleń. Ale nie minął rok i firma straciła projekt, musiała ograniczyć koszty. Ludzie przyjęci do jego realizacji, m.in. ja, byli przewidziani do zwolnienia. Okazało się jednak, że inne fabryki w ramach GM zatrudniają i tak w 1986 r. trafiłem do Saturn Corporation., gdzie przepracowałem do 1994 r. To była wspaniała przygoda w eksperymentalnej firmie, stworzonej od początku z nowym projektem samochodu, nowym systemem zarządzania produkcją i nowym systemem sprzedaży.   Byłem pracownikiem z numerem 200, czyli właściwie od samego początku spółki. Od prezydenta Saturna nauczyłem się czegoś, co potem stosowałem w Delphi. Mój szef mawiał: „ Jak się chce cokolwiek zrobić, zmienić, to nie idzie się do swoich szefów z prośbą o pozwolenie, tylko się robi, a potem idzie się z prośbą o przebaczenie. Gdyby bowiem prosić o pozwolenie, to można go nigdy nie dostać, albo dostać o wiele za późno”.  Saturn był znakomitym przykładem, że można konkurować z japońskimi samochodami. Firma zaprojektowała małe, jak na amerykańskie warunki, samochody z silnikiem o pojemności 1,9 l. Od pierwszych chwil produkcji i sprzedaży auto klasyfikowało się w rankingach satysfakcji klienta na III miejscu po Lexusie i Infiniti. Dwa pierwsze samochody to były luksusowe marki, kilka razy droższe. Saturn był ekonomiczny, nieduży, a okazał się sukcesem.

Miał Pan świetną pracę, mimo to uparł się Pan, by wrócić do Polski…

 Już w 1988 r. mówiłem, że w Polsce zaczyna się upadek komunizmu. Gdy w 1989 r. nastąpił przełom, zacząłem myśleć o powrocie. Nie pierwszy raz w życiu, gdy zaczynałem czuć się bezpiecznie i komfortowo, tęskniłem za wyzwaniami. Chciałem wrócić do Polski, ale wprowadzając tu GM. Ostatecznie do kraju wróciłem w 1994 r. jako Country Director firmy ACG, późniejszej Delphi, która była częścią General Motors. 

To był Pana pierwszy przyjazd do Polski po 1989 r.?

Nie. Po upadku komunizmu pierwszy raz byłem tu w 1990 r. To był rok wyborów prezydenckich, a ja w USA nawet nie głosowałem, bo miałem daleko do polskiego konsulatu i szczerze powiedziawszy było mi obojętne, czy wygra Tadeusz Mazowiecki, czy Lech Wałęsa. Uważałem, że w obu wypadkach będzie to dobry wybór dla Polski.  Ale kiedy do drugiej tury przeszli Lech Wałęsa i Stanisław Tymiński, to był szok. Pamiętam, że po I turze dzwoniłem do Wałęsy z gratulacjami, a w jego głosie wyczułem, że ma obawy, jaki może być wynik drugiej tury. Pytał, co wiem o Tymińskim. W tamtym czasie w Saturnie mieliśmy bardzo dużo szkoleń z psychologii zarządzania, które prowadził były doradca prezydenta Cartera. Kiedy się dowiedział, że jestem z „Solidarności”, dużo rozmawialiśmy o Polsce. On mi uświadomił rzecz dziś oczywistą, ale wtedy w Polsce nową, że w wyborach walka idzie o 1/3 elektoratu niezdecydowanego. Żeby być skutecznym w kampanii, trzeba znać powody, dla których ludzie głosują na konkretną osobę. On mi uświadomił, że sukces Tymińskiego wynikał z tego, że spora część Polaków miała dość polityki, sporów, chciała dobrego menedżera, a Tymiński obiecywał im lepsze zarządzanie krajem. I sztuka polegała na tym, by przed drugą turą przekonać Polaków, że – gdy wygra Wałęsa - kraj będzie dobrze zarządzany, ściągnie więcej inwestorów. Nieżyjący już Hubert Romanowski, wtedy konsul generalny Polski w Chicago, uparł się, że muszę polecieć do Polski i podzielić się tą wiedzą z doradcami Wałęsy. Poleciałem, odbyłem wiele spotkań. Później jeszcze kilka razy przyjeżdżałem.

Jaka Polskę Pan zobaczył na początku lat 90.?

Dla mnie wszystko było rewelacyjne. Tamte przyjazdy ostatecznie przesądziły o chęci powrotu do kraju na stałe. W Saturnie wszystko było dobrze poukładane, trudno było dokonać rewolucyjnych zmian. W Polsce tworzyło się nowe, wszystko było wyzwaniem.

(...)

Więcej w Numerze 4(18)VIP Biznes&Styl, lipiec-sierpień 2011

Galeria zdjęć