Szkatułka kosztowności …
50 lat festiwalu w Łańcucie
Czy to nie cudowne, że oboje obchodzimy w tym roku 50-te urodziny? Szczerze mówiąc - On jest ode mnie kilka miesięcy starszy i…. o wiele piękniejszy. Ale myślę o Nim z wielkim sentymentem i wdzięcznością, że dzięki Jego istnieniu, istnieje moje poczucie piękna i wartości absolutnych.
Tekst Elżbieta Lewicka
Fotografie i reprodukcje Tadeusz Poźniak
W czerwcu 1961r. odbyły się pierwsze w historii polskiego życia koncertowego Dni Muzyki Kameralnej w Łańcucie. Pomysłodawcą tej- jak historia pokazała- nadzwyczaj pięknej i potrzebnej naszemu regionowi imprezy był ówczesny dyr. Państwowej Orkiestry Symfonicznej w Rzeszowie, Janusz Ambros, który przez wiele lat sprawował opiekę nad swoim nowonarodzonym i niezwykle obiecującym dzieckiem. We wstępie do programu Dni Muzyki Kameralnej' 62 pisał: "…koncert kameralny jest unikatem na naszych estradach, a pożyteczne, wspólne muzykowanie rodzajem należącym prawie do przeszłości".
Dwie pierwsze edycje festiwalu miały charakter ogólnopolski, brali w nich udział nie tylko profesjonalni artyści, ale też uczniowie szkół muzycznych i studenci. W 1963r. pojawili się na afiszu pierwsi wykonawcy zagraniczni. W programie festiwalowym napisano wówczas: "Należy mocno żałować, że czasy, kiedy muzyka kameralna była często integralną częścią spotkań towarzyskich bezpowrotnie minęły". Rzeczą godną uwagi jest fakt, że już trzecią edycją festiwalu interesowały się ambasady Finlandii i Austrii, czego dowodem są pisma kierowane przez te instytucje do organizatorów festiwalu z prośbą o przysłanie szczegółowych programów. Czyniono /bezskuteczne/ starania o przyjazd na festiwal światowej sławy pianisty, zamieszkałego wówczas w Szwajcarii Witolda Małcużyńskiego. Jak na ironię losu… festiwal nie odbył się, a w archiwach festiwalowych nie znajdujemy żadnej wzmianki dotyczącej przyczyny odwołania III edycji festiwalu. Dopiero w programie z r. 1965 Józef Kański nadmienia, że w/w edycja festiwalu nie doszła do skutku z powodu epidemii tyfusu /sic!/. Rok później czytamy: „Inicjując ten festiwal Dyrekcja Państwowej Orkiestry Symfonicznej w Rzeszowie powodowała się troską o rozwój i upowszechnianie kultury muzycznej na ziemi rzeszowskiej, bardzo pod tym względem przed wojną zaniedbanej".
Mimo deklarowanego rozwoju repertuarowego i wykonawczego, na festiwal nadal /z małymi wyjątkami/ przyjeżdżali tylko artyści polscy i reprezentujący państwa tzw. bloku socjalistycznego. Starano się, aby byli to najlepsi z najlepszych.
Słynny Jerzy Waldorff w słynnym Łańcucie
Zachowały się pisma informujące o organizowaniu wycieczek na festiwal uczniów szkół muzycznych spoza regionu Rzeszowszczyzny, pisma do Polskiej Kroniki Filmowej oraz Polskiego Radia z prośbami o zainteresowanie się „jedyną tego rodzaju imprezą w Polsce". Podczas trwania kolejnych edycji festiwalu zaczęto organizować sesje naukowe, wystawy instrumentów, starodruków, sympozja. Artyści, którzy raz wystąpili w Łańcucie słali listy z propozycjami ponownej współpracy. LOT oferował zapraszanym gościom zagranicznym swoje usługi, bo do łańcuckiego pałacu przyjeżdżało coraz więcej przedstawicieli zachodnich korpusów dyplomatycznych. Programy festiwalowe mają coraz lepszą szatę graficzną, festiwal jest progresywny pod każdym względem, choć z relacji naocznych świadków wiem, że na przykład zdarzały się spore opóźnienia w rozpoczęciu koncertu, ponieważ czekano na jakąś ważną personę, która właśnie kierowała się ze swoją świtą w stronę Łańcuta specjalnie wyczarterowanym samolotem.
Dyrektor Andrzej Rozmarynowicz czynił wielkie starania o przyjazd do Łańcuta najznakomitszych przedstawicieli świata muzyki, nie tylko artystów, ale też m.in. publicystów muzycznych. Długo musiał prosić słynnego Jerzego Waldorffa o przyjazd na festiwal, ale w jednej z wielu korespondencji datowanej na 15.02.1978r. czytamy nareszcie: „List Pański… ujął mnie i zniewolił". W dalszej części korespondencji J.Waldorff wyszczególnia mnóstwo warunków, po spełnieniu których zgodzi łby się na przyjazd do Łańcuta. Ostatecznie ustalono datę pobytu słynnego krytyka muzycznego od 02.05 do 01.06 - a więc miesiąc! Dyr. Rozmarynowicz spełnił wszystkie warunki podane przez J.Waldorffa, oddał do dyspozycji samochód z kierowcą, apartament pałacowy na I piętrze, a pan Jerzy regularnie odbywał podróże z Łańcuta do hotelu Rzeszów, aby dokonać stosownej toalety, albowiem w apartamencie chińskim, który ponoć zamieszkiwał, nie było oczywiście łazienki.
Z wielkim sentymentem patrzę na program z roku 1969. To był mój pierwszy festiwal. Będąc wówczas uczennicą łańcuckiej Szkoły Muzycznej I St., poprosiłam o bilety na wszystkie koncerty i w ten sposób stałam się najszczęśliwszym dzieckiem na świecie! Obcowanie z tak olbrzymią ilością dzieł sztuki i muzyki, dedykacje i autografy artystów, bazylika w Leżajsku / od 1968r. tam też organizowano w ramach festiwalu koncerty/, pałacowy teatrzyk Lubomirskiej, sala balowa, biblioteka zamkowa- czarowne miejsca, dzięki którym ukształtowało się moje poczucie piękna i estetyki. Słuchając dzieł wielkich kompozytorów wykonywanych na żywo, obserwując artystów, nabierałam szacunku i podziwu dla najbardziej metafizycznej, ulotnej ze sztuk- muzyki. Atmosfera podczas koncertów była niepowtarzalna nie tylko z powodu miejsc, w jakich się odbywały. Niepisaną tradycją, która niestety po latach ustąpiła „nowemu" było obsypywanie /dosłownie!/ artystów bukietami i bukiecikami wiosennych kwiatów. Melomani, zwłaszcza łańcuccy, pamiętali o zabraniu ze sobą na koncert bukiecików konwalii, czy tulipanów, które po występach rzucali pod nogi kłaniającym się na scenie artystom. To było urocze i jedyne w swoim rodzaju. Przede wszystkim spontaniczne i nie na pokaz- dziś trudno o takie zachowania. A czy ktoś z Państwa pamięta, jak pachniały te ciemnoróżowe kwiaty magnolii rozkwitające naprzeciw Zamku zawsze podczas trwania festiwalu?
W 1978r. Krystyna Świerczewska podsumowując 17 lat istnienia festiwalu- już o zasięgu stricte międzynarodowym- pisała: „Dni Muzyki Kameralnej … przełamały mit kameralistyki jako muzykowania dla elity. Po raz pierwszy w tym roku przeniesione zostaną niektóre koncerty do Mielca, w Robotnicze Centrum Kultury".
Od końca lat 70' starano się o udział w festiwalu wyjątkowych osobowości polskiego życia muzycznego, m.in. Bogusława Kaczyńskiego, czy Wojciecha Dzieduszyckiego. Obaj panowie zapisali się na trwałe w historii festiwalu, ale nie wszystkie plany dotyczące wykonawców, zaproszonych gości, czy imprez towarzyszących kolejnym edycjom festiwalu udało się zrealizować. Najczęstszą przyczynę stanowił brak dostatecznej ilości pieniędzy. Bo chęci i ambicje były zawsze, nie mówiąc o olbrzymim zaangażowaniu ludzi pracujących przy organizacji łańcuckiego festiwalu. Jednak nie wszyscy - zwłaszcza nie biorący w nim bezpośredniego udziału- umieli docenić wagę tego cyklicznego przedsięwzięcia. Należy wciąż podkreślać i pamiętać, że był to pierwszy w Polsce festiwal muzyki kameralnej! Słynny publicysta muzyczny, Jerzy Waldorff zignorował jednak ten fakt, ponieważ w wydanych 14 lat po powstaniu naszego festiwalu „Dziejach muzyki polskiej”, w rozdziale „Festiwale" wspomniał jedynie o festiwalu organowym w Leżajsku /sic!/ pisząc, że przy okazji jazdy tamże można zajrzeć też do Łańcuta, aby obejrzeć kolekcję starych fortepianów. Andrzej Rozmarynowicz, który został kolejnym po J.Ambrosie i Stanisławie Michalku dyrektorem, czynił wielkie starania o udział w łańcuckich festiwalach przedstawicieli uczelni muzycznych i środowisk opiniotwórczych. Wspomniany J. Waldorff najpierw odmawiał przyjazdu do Łańcuta, ale w kolejnej korespondencji na ten temat z 15.02.78r. czytamy: „List Pański… ujął mnie i zniewolił". W dalszej części listu J.Waldorffa do dyr. A.Rozmarynowicza następuje wyszczególnienie warunków, po spełnieniu których J.Waldorff zgodziłby się na przyjazd do Łańcuta. Ostatecznie ustalono datę od 02.05 do 01.06 /sic!/ A.Rozmarynowicz spełnił wszystkie warunki podane przez zacnego gościa, m.in. oddał do jego dyspozycji samochód z kierowcą i wybrany przez pana Jerzego apartament pałacowy. Jak wieść gminna niesie J.Waldorff szczególnie upodobał sobie pokoje chińskie, a w celu odbycia codziennej toalety wożony był do hotelu Rzeszów zaopatrzonego w bieżącą wodę i inne pożyteczne wynalazki.
Bogusław Kaczyński i Festiwal Muzyki Łańcut
Lata 80' przyniosły niezwykłe ożywienie i prestiż naszemu Jubilatowi. Przez 10 lat, do 1991r. kierownictwo muzyczne festiwalu sprawował Bogusław Kaczyński. Impreza otrzymała nowy szyld: „Festiwal Muzyki Łańcut", a nowy dyrektor artystyczny sprowadzał do Łańcuta największe nazwiska polskich i światowych scen, oraz śmietankę towarzyską. W programach festiwalowych znajdujemy informację dla publiczności: „Z uwagi na transmisje radiowe i telewizyjne koncertów prosimy o zajmowanie miejsc na sali 20 minut przed rozpoczęciem koncertu. Obowiązują stroje wieczorowe".
Owe koncerty transmitowała TVP, oraz TV Polonia, a Rozgłośnia Polskiego Radia w Rzeszowie realizowała nagrania.
Do udziału w festiwalu zaproszono też dzieci. Specjalnie dla nich w Sali Łańcuckiego Domu Kultury odbywały się przedstawienia, a w programie umieszczano dyspozycję: „Uwaga: na widownię wchodzą dzieci bez rodziców i opiekunów".
Łańcuckie święto muzyki co roku wzbudza wielkie emocje, ale też wspomnienia- nie tylko melomanów. Kiedy rozmawiam z pracownikami Podkarpackiej Filharmonii, którzy przez wiele lat z „urzędu" towarzyszyli festiwalowi, zawsze widzę na ich twarzach uśmiech i wzruszenie. Uważają, że Łańcut to wyjątkowe przedsięwzięcie i są dumni, że mogą w nim uczestniczyć.
Anna Hetmańska przez 21 lat była kierownikiem Biura Koncertowego i Festiwalowego. Ten czas porównuje do szkatułki kosztowności, do nieustającego poczucia szczęścia z powodu możliwości obcowania z wielkimi osobowościami świata muzyki. Pani Anna z rozmarzeniem opowiada jak śpiewała Olga Kondina, której dźwięczny, czysty głos przyprawiał o drżenie nie tylko słuchaczy, ale i kryształowe wisiorki kandelabrów. Attila Pasztor po koncercie w sali balowej odwiedził biuro koncertowe będące jednocześnie miejscem spotkań i dyskusji o muzyce i tak się „zasiedział", a raczej „zagrał", że jego nieplanowany, nocny recital wiolonczelowy skończył się nad ranem. Często zdarzało się, że pochłoniętych dyskusjami o muzyce /np. na temat, jak grać Chopina, jak powinna brzmieć orkiestra/ gości biura koncertowego zastawał świt, a wtedy wszyscy nie czując zupełnie zmęczenia wychodzili na spacer do pałacowych ogrodów, gdzie właśnie swój występ zaczynały słowiki. Kiedyś, półtorej godziny przed recitalem wybitnej sopranistki Emmy Kirby zjawili się u pani Anny studenci z Krakowa i Katowic w liczbie 46 i oświadczyli, że oni muszą być na tym koncercie! Osławiony Gilbert Becauld przyjechał do Łańcuta o drugiej w nocy, umierający z głodu i mocno zdziwiony, że po drodze nie było żadnych restauracji /1987 r./ Anna Hetmańska i tym razem nie zawiodła. Kanapki zrobiła z krakersów, bo tylko to było w biurze koncertowym. Zachwycony Becauld przez cały pobyt w Łańcucie prosił tylko o takie kanapki, a kiedy trzeba było wyjechać, powiedział, że nigdzie się nie ruszy, bo żaden ze słynnych zamków nad Loarą nie jest tak piękny, jak łańcucki!
Śpiewaczka, Katia, Ricciarelli, gdy przyleciała z Warszawy do Łańcuta totalnie zdezelowanym samolotem zaraz po wylądowaniu poprosiła o wizytę w kościele, aby pomodlić się za cud przeżycia koszmarnej podróży. Była też niezwykłą ozdobą festiwalu, jednego wieczoru wystąpiła aż w czterech toaletach, a walizek podobno miała 5. Zdaniem A. Hetmańskiej najpiękniejszy recital fortepianowy zagrał Grigorij Sokołow. Przyjechał ubrany w wygniecione spodnie, płaszcz z ortalionu i beret z antenką. Nic poza muzyką go nie interesowało. Był bardzo nieśmiały, ale kiedy wchodził na estradę okazywał się mocarzem fortepianu.
Jerzy Dynia, dziennikarz radiowy i telewizyjny, w latach 80' jeden z dyrektorów rzeszowskiej filharmonii tak wspomina spotkania z wielkimi osobowościami muzycznymi:
Ciekawy był kontakt z Kają Danczowską. Z pozoru chłodna, jakby daleka, ale jakże inna, kiedy się do kogoś przekonała. Nie udało mi się namówić jej na wywiad w dniu koncertu. Zwlekała, ale ja byłem uparty i nie odpuszczałem. Stanęło na tym, że rozmowa będzie w następnym dniu, co dla mnie nie było łatwe, bo ktoś w tv musiał mi podpisać zlecenie na ekipę, a to było w sobotę wieczorem. Ale wszystko przełamałem. Przyjeżdżam, spotykamy się, zaczyna się rozmowa. Coraz bardziej sympatyczna. Mam już to, co było mi potrzebne na antenę. Koniec rozmowy, dziękuję ekipie. A nasza rozmowa trwa. Spacerowaliśmy po parku, opowiadaliśmy sobie i o tym i o owym. Nawet dowiedziałem się, jaki znak zodiaku jest jej najbliższy. Wymieniliśmy adresy. I nagle okazało się, że za pół godziny odjeżdża jej pociąg do Krakowa. Ryzykowałem mandat, ale zdążyliśmy. Jeszcze potem jakiś czas korespondowaliśmy.
Jednym ze znaczących artystów był świetny skrzypek Vadim Brodski. Na swój występ przygotował ni mniej ni więcej, tylko zaaranżowane przez siebie utwory Beatlesów. No – szok. Pytam go z mikrofonem w ręce: jak do tego doszło. A Vadim na to: ech wy dziennikarze, ja nagrałem tyle pięknych koncertów, a wy tylko Beatlesi i Beatlesi!
Dyrektorem- rekordzistą jest Wergiliusz Gołąbek kierujący Rzeszowską Filharmonią, który pracował przy 25 festiwalach w Łańcucie, 16 razy jako dyrektor artystyczny. Był człowiekiem niezwykle ambitnym i zaangażowanym w dbałość o prestiż i rozwój tego przedsięwzięcia. Jednak z powodów, do ujawniania, których nie jestem upoważniona, dyr. Gołąbek od lat konsekwentnie odmawia rozmów na temat swojej wieńczonej wieloma sukcesami pracy. Mogę jedynie zacytować dewizę dyrektora, który za H.M Góreckim powtarza: „ Nie oglądam się wstecz, chyba że przy wyjeżdżaniu z garażu".
Danuta Mróz w tym roku pracować będzie przy festiwalu już po raz 39-ty. Jest osobą znaną przez kilka pokoleń rzeszowskich melomanów, którzy wiedzą, że do pani Danusi można zawsze iść „jak w dym". Zarezerwuje bilety, pamięta o stałych bywalcach, pomoże młodzieży dostać się na koncert. Wspomina historię pewnego mężczyzny, który przyjeżdżał na koncerty do Łańcuta autobusem podstawianym spod Filharmonii w Rzeszowie /tak było!/ i podczas koncertów siedział na ławce przed zamkiem. Zachęcany do darmowego wejścia na koncert zawsze odmawiał tłumacząc, że na sali balowej jest zbyt gorąco. Pewnego wieczoru spadł nagle ulewny deszcz, a pani Danuta w ostatniej chwili przed rozpoczęciem koncertu postanowiła sprawdzić, czy i tym razem ten niezwykły meloman znów się pojawił. Zastała owego pana skulonego, w strugach deszczu i niemal siłą „doprowadziła" do sali koncertowej.
Muzyka w zamkowych wnętrzach
Rozmawiam z kolejnym, wieloletnim obserwatorem i uczestnikiem festiwalu - przede wszystkim dyrektorem Muzeum- Zamku w Łańcucie, Witem Karolem Wojtowiczem. Dyrektor bardzo dobrze wspomina lata, kiedy festiwal był kameralny pod każdym względem, także ilości widzów na koncertach. Im większa ilość melomanów, tym większe zagrożenie dla zabytkowych wnętrz i eksponatów muzealnych, ale na szczęście nigdy nic się nie stało, bo uczestnicy festiwalu to specyficzna, wyjątkowa publiczność, ludzie kochający sztukę. Dyrektor Wojtowicz mówi otwarcie o swojej niechęci do rejestrowania koncertów za pomocą kamer na wysięgnikach, co miało miejsce przy niegdysiejszych transmisjach telewizyjnych. Publiczność zamiast delektować się muzyką, z obawą obserwowała krążące nad ich głowami kamery, a pracownicy muzeum drżeli o bezpieczeństwo kryształowych żyrandoli /niestety zdarzały się trafienia kamerą w żyrandol/.
W.K.Wojtowicz, jako historyk sztuki zwraca uwagę na coraz większą ilość kolorowych świateł używanych podczas koncertów. Są mrugające, nachalnie kolorowe, dyskotekowe wręcz, nie konweniują z wnętrzem. Podobnie światła w kolorze „trupich fioletów" skierowane na fasadę zamku, szpecą zabytkową architekturę. Dyrektor apeluje więc o większe poszanowanie substancji zabytkowej - wystarczyłoby oświetlić salę, czy fasadę pałacu światłem o temperaturze barwowej świecy, które optymalnie wydobyłyby urodę stiuków. W 2010 r. po długich negocjacjach z obecną dyrekcją festiwalu, W.K.Wojtowicz pozwolił na zorganizowanie koncertu plenerowego na wypielęgnowanych trawnikach przed pałacem. Trzeba wiedzieć, że ów trawnik uległby zniszczeniu, gdyby było zbyt mokro, lub zbyt sucho. Na szczęście parasole przygotowane dla widzów skutecznie odstraszyły złą pogodę, a po ubiegłorocznym koncercie inauguracyjnym zniszczeniu uległo tylko kilka dysz nawadniających trawę. Niestety bywalcy festiwalu i artyści będą nadal musieli cierpieć z powodu wysokiej temperatury panującej na sali balowej / zwłaszcza w czasie wiosennych upałów/. Nikogo bowiem nie stać na montaż kosztownych urządzeń klimatyzacyjnych dostosowanych specjalnie do zabytkowego wnętrza. Być może tego rodzaju montaż nie byłby w ogóle możliwy z powodu zbyt dużej dewastacji obiektu. Co roku dyrektor drży o bezpieczeństwo ścian i odrzwi, aby nie ucierpiały przy wnoszeniu ciężkiego fortepianu. Problemów i emocji jest mnóstwo, ale wszyscy pracownicy Muzeum- Zamku w Łańcucie nauczyli się żyć z nimi podczas festiwalu.
Przeglądał festiwalowe programy- ich szata graficzna zmieniała się wielokrotnie. Dla mnie najpiękniejsze były te w tonacji czarno- złotej i obecne, z reprodukcją obrazu Wiesława Grzegorczyka. Wspominam koncert słynnej orkiestry St.Martin In The Fields i ubiegłoroczny recital nadzwyczajnej Barbary Hendrix. Genius loci łańcuckiego pałacu sprawia, że tu podczas każdego koncertu dzieją się rzeczy niezwyczajne. Przez otwarte okna sali balowej przenika wieczorny śpiew ptaków- często budzący zaskoczenie, ale i radość na skupionych twarzach artystów.
Ten artykuł trafia do Państwa w czasie trwania naszego Festiwalu. Oczywiście nie napisałam w nim o wielu ważnych momentach i projektach, jakie w ciągu minionych lat budowały atmosferę i rangę tej imprezy, która zawsze miała doskonałe recenzje i wspaniałą publiczność. W tym roku do Łańcuta zawita po raz 50-ty sam Józef Kański, będzie Bogusław Kaczyński, Krzysztof Jakowicz i wiele innych osobistości. Bo kto raz przyjechał na ten festiwal, ten zawsze chce tu wracać. Czy to snobizm? Być może, ale najlepszego rodzaju!
Z prof. Martą Wierzbieniec, dyrektorem naczelnym Podkarpackiej Filharmonii w Rzeszowie i dyrektorem Muzycznego Festiwalu w Łańcucie, rozmawia Elżbieta Lewicka
Elżbieta Lewicka: - Przed rozpoczęciem jubileuszowej edycji festiwalu, lokalne gazety pisały o szczupłości środków finansowych, którymi dysponowali organizatorzy. Z czego wynika ten problem?
Prof. Marta Wierzbieniec: - Nie ukrywam, że mimo jubileuszowej edycji Festiwalu pozyskanie środków nie było łatwe, choć koszty tegorocznej imprezy nieznacznie tylko przewyższają te z ubiegłego roku. Podkreślam jednak, że wsparcie finansowe otrzymaliśmy od prawie 50. firm z Podkarpacia. Wkład finansowy wniósł Samorząd Województwa Podkarpackiego, oraz władze Rzeszowa i Łańcuta. Po raz pierwszy współorganizatorem Festiwalu jest Instytut Muzyki i Tańca z siedzibą w Warszawie - okaże się, czy będziemy współpracować w przyszłości. Mamy mecenat PGE Polskiej Grupy Energetycznej S.A, oraz patronat honorowy Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdana Zdrojewskiego.
Słychać głosy, że może należałoby skrócić czas trwania festiwalu …
Niewykluczone, że w przyszłości będzie to konieczność, jeżeli nadal będziemy mieć kłopoty ze zgromadzeniem odpowiednich funduszy. W tym roku jednak doszliśmy do wniosku, że edycja jubileuszowa powinna być niezwykła, obfitująca w ważne wydarzenia muzyczne. Większa ilość koncertów to też większa liczba ich odbiorców, nie wszystkie bowiem wieczory ujęte są w karnecie festiwalowym.
Koncerty plenerowe są niezwykle spektakularne, ale też bardzo ryzykowne ze względu na kapryśną pogodę. Czy gra jest warta przysłowiowej świeczki?
Zdecydowanie TAK!
Repertuarowo Muzyczny Festiwal w Łańcucie odszedł od konwencji stricte kameralnej, więc są przeciwnicy takiej koncepcji, ale stuprocentowa frekwencja publiczności na koncertach z muzyką „niepoważną" świadczy o tym, że słuchacze są zainteresowani tą poszerzoną formułą muzyczną festiwalu…
Moim zdaniem, nie ma koncertów z muzyką „niepoważną", tylko podczas wieczorów festiwalowych prezentowana jest różnego rodzaju muzyka. Mimo olbrzymiego zainteresowania, jakie wzbudzają np. koncerty plenerowe, w kościele, w Starej Ujeżdżalni, czy filharmonii, w centrum uwagi były i są nadal występy w sali salowej. I charakter koncertów, które się tam odbywają, jest właśnie kameralny.
Artykuł ukazał się w Numerze 3(17)VIP Biznes&Styl, maj-czerwiec 2011







