ZAKAZANA ZONA

25 lat po Czarnobylu, cztery dni po Fukushimie...

 

Brudna wojna o czystą energię

 

 

- Jest bezpiecznie, czy nie?

- Myślisz, że nie mówią nam całej prawdy?

Japończycy, a z nimi cały świat, pytają dziś o to samo co mieszkańcy Iwankiva na Ukrainie, gdy przez uśpione miasteczko pędziły wozy strażackie w stronę odległego o 30 kilometrów Czarnobyla.  Był 26 kwietnia ’86. - Jest pożar w elektrowni – tyle nam powiedzieli. Poczułam w sercu trwogę – wspomina Nina Jankowska.

Tekst Anna Koniecka

Fotografie Anna Koniecka, archiwum VIP B&S

 

Gdy  się poznałyśmy, pracowała w piekarni w Iwankivie, a w wolnych chwilach, czyli jak obrobiła przydomowe gospodarstwo ze świnkami, warzywnikiem oraz stadem drobiu, smażyła do późnej nocy wielkie puchate pierogi z mięsem i sprzedawała nazajutrz pod lecznicą. Czasem w „wolnych chwilach” szłyśmy na cmentarz.

Nina opłakiwała najstarszego syna.

  - Pawlik miał 16 lat, gdy nagle zmarł na zawał. Dużo jest u nas podobnych przypadków. Lekarze mówią, że to są skutki małych dawek radiacji, na jakie wciąż jesteśmy narażeni. Ale to są skutki również stresu, strachu i biedy.  Nie ma pracy. Nie ma pieniędzy na jedzenie, na chorowanie. Ledwo starcza na wódkę.  Gorzkie? Prawdziwe. Wiesz, Czarnobyl po ukraińsku znaczy „piołun”. Baby zbierały go na tamtych mokradłach zanim stanęła elektrownia. Teraz tam zielsko wysokie jak drzewa. Ale zbierać nie wolno: zapreszcziona zona (zakazana strefa).

 

O tym, że w Czarnobylu rozpętało się piekło, Nina dowiedziała się od męża. Anatol woził razem z setkami innych kierowców ściągniętych naprędce z okolicznych rejonów gruz, piach, glinę i co tylko przyszło do głowy zrozpaczonym ludziom.  Helikoptery zrzuciły do płonącego reaktora ponad 10 tysięcy ton materiałów, nawet bor i ołów . Piloci wykonali 1800 lotów z narażeniem życia. Nie pomogło.  Pożar trwał dziesięć dni. Aż rdzeń reaktora sam przepalił betonową „poduchę” i zapadł się pod nią. Chmura radioaktywna (ok.50 mln curie substancji radioaktywnych) poszła tam, gdzie wiatr. Najpierw na Homel...  U tamtejszych dzieci odnotowano (10 lat po awarii czarnobyskiej) 39- krotny wzrost zachorowań na raka tarczycy. Na Ukrainie – podobnie.  

 

Strażacy próbowali gasić pożar w reaktorze wodą. Wielu nie miało pojęcia na jakie promieniowanie są narażeni. Ani co to jest ta „radiacja”. Podnosili gołymi rękami bryły grafitu wyrzucone podczas wybuchu.

  Na dach sąsiedniego reaktora, zasypany rozżarzonym gruzem posłano ochotników - żołnierzy. Z powodu śmiertelnie wysokiej radiacji mogli tam przebywać po 20 sekund, nie dłużej niż minutę. W nagrodę obiecano im skrócenie służby wojskowej. Dwie minuty na dachu – dwa lata wojska.

Szli na ten atomowy dach z łopatami. Bezimienni bohaterowie. Nikt później ich specjalnie nie szukał, nie liczył ilu przeżyło. Rozpłynęli się w niebycie? Nie wierzę. Gdy przygotowywałam na dwudziestą rocznicę katastrofy dokument dla telewizji o ludziach Czarnobyla, udało mi się znaleźć krótki fragment archiwalnego filmu o tamtej akcji.  Kim był operator, który go nakręcił, nie wiadomo. Musiał wyjść na dach tuż za ochotnikami, bo z początku widać tylko ich plecy.  Potem widać, jak dwaj ludzie biegną pochyleni w stronę krawędzi dachu. Podnoszą coś spod nóg i zrzucają do wraku sąsiedniego reaktora.  Raz, dwa, odwrót. Gdy wracają, widać maski gazowe na ich twarzach. Cholernie dobre zabezpieczenie.

W akcji gaszenia reaktora i usuwania skutków awarii brało udział około 600 tysięcy ratowników. Nazywają ich likwidatorami. Najmłodszy likwidator, osiemnastoletni strażak Władimir Kibinok z Ivankiva, był jedną z pierwszych ofiar. Jego samotny pomnik stoi w parku w rodzinnym miasteczku.  Dzieci ze szkoły, gdzie się uczył i gdzie nikt do tej pory nie śmie usiąść w jego ławce, raz do roku, w rocznicę Czarnobyla zanoszą mu kwiatki.

 

Anatol Jankowski też był likwidatorem. Pamięta, jak wzdłuż drogi do elektrowni wyrąbywano drzewa, żeby było mniej wypadków, bo kierowcy ciężarówek wyładowanych do granic możliwości, gnali jak wariaci. – Dostawialiśmy po 100 gram wódki - jedyne dostępne wówczas lekarstwo na radiację. Kto pił - przeżył.  Kobietom i dzieciom zalecano pić czerwone wino...

Dlaczego doszło do katastrofy porównywanej z wybuchem stu bomb atomowych, jakie spadły na Hiroszimę i Nagasaki, obywatele ówczesnego Związku Radzieckiego nie mieli prawa się dowiedzieć. Taki był system. 

Czegoś nauczyła nas tamta lekcja?

 

 Ciszej nad  Fukushimą!

Gdy piszę ten tekst, telewizje całego świata transmitują na żywo czwarty dzień apokalipsy w Japonii. Po rumowisku, które było prawie milionowym miastem Sendai, błąkają się ludzie – cienie. Ktoś podnosi ramkę z zdjęciem jakieś roześmianej rodziny. Odkłada. – Szukam brata, był niepełnosprawny – mówi. Próba identyfikacji: w kieszeni szarego palta miał garść orzeszków.

 

 Nad elektrownią Fukushima unosi się gęsty dym. Znów musiało dojść do wybuchu. Helikoptery zrzucają tony wody i natychmiast odlatują.

Nie widomo, ilu z pięćdziesięciu ochotników wróciło - poszli naprawiać uszkodzone podczas trzęsienia ziemi zasilanie systemu chłodzenia reaktora, nad którym teraz unosi dym. Nasi samurajowie - mówią z dumą o ochotnikach rodacy.

- Ja przed wami, ratownicy z elektrowni Fukushima padam na kolana – mówi do kamery, nie kryjąc łez, Rosjanin w futrzanej czapce.  Podobno był ratownikiem w Czarnobylu.

Czarnobyl staje się punktem odniesienia dla Fukushimy.

Eksperci targują się o skalę zagrożenia dla Japonii i dla świata. Japońscy eksperci, zwłaszcza rządowi - są powściągliwi, co budzi wątpliwości, czy mówią całą prawdę o sytuacji. Skutek: panika na lotniskach, dworcach – byle dalej od Fukushimy.

Polscy eksperci od energetyki jądrowej – okazuje się nagle, że mamy ich zdumiewająco wielu – zdają się być często sami na granicy eksplozji. Ciśnienie rośnie szczególnie podczas występów przed kamerami. A skrajność ocen daje do myślenia.

 

„W Fukushimie mamy do czynienia z usterką b u d o w l a n ą, bo się ściana reaktora zawaliła. Mało to budynków się wali?”

„To jest katastrofa na miarę Czarnobyla”.

 „Czarnobyl przy Fukushimie może się okazać małą myszką” (jeśli nie zostanie naprawiony system chłodzenia w elektrowni, gdzie jest nie tylko 11 reaktorów, ale także składowisko odpadów atomowych nagromadzonych przez ostatnich 20 lat).

Więc komu wierzyć? Profesorowi, który twierdzi, że energia atomowa jest niebezpieczna i... „To jest tak, jakbyśmy do gry zaprosili diabła, a stawką było nasze życie.”

Czy innemu, który zapewnia, że „nie ma bezpieczniejszych elektrowni niż atomowe.” A przy dzisiejszej technice i kulturze prawdopodobieństwo katastrofy takiej jak w Czarnobylu jest mało prawdopodobne.

  Gdzieś w tym tumulcie przemykają cienie z japońskiej ulicy: Zziębnięci ludzie przed sklepem. Wpół zgięty w drzwiach sprzedawca przeprasza, że fatygowali się na darmo. Półki sklepowe są puste, żywność, woda – racjonowane.

 Telewizja japońska pokazuje wychudłego żółtego psa, któremu w akcie miłosierdzia ktoś daje kawałek herbatnika.

Nie ma widać tyle szczęścia co pies porzucony przez ludzi wysiedlonych przymusowo z Czarnobyla. Nazywał się Bucza. Redaktor, który go przygarnął, napisał opowiadanie, do bólu szczere – z opisem jak Bucza zdycha na chorobę popromienną. Ludzie lubią szczęśliwe zakończenia, więc zaprotestowali. Redaktor musiał dopisać happy end. Tak powstało opowiadanie o psie mutancie... Może stąd się biorą nieprawdziwe opowieści o dwugłowych psach grasujących w czarnobylskich lasach. Nie wierzcie!

 Późną nocą wracałam kiedyś z Czarnobyla do Iwankiva na święto Paschy. W mijanych po drodze wsiach, wymarłych i pozarastanych zielskiem świeciły się oczy zdziczałych psów. Protoplaści Buczy. Jednogłowi, zapewniam.

        Pamiętaj, żebyś nigdy więcej nie wychodziła u nas sama po zmroku, bo watahy psów atakują ludzi – ostrzegały mnie likwidatorki pracujące w elektrowni. Właśnie kończyły czterodniową wachtę i nazajutrz miały wyjeżdżać poza zamkniętą zonę na przymusowy (z powodu radiacji) oddych. Zaprosiły mnie na pożegnalną, leciutko zakrapianą kolację.  Zagadałyśmy się.  Uparły się, żeby (dla bezpieczeństwa) odprowadzić mnie do hotelu.

Była tęga zima, moja kamera zamarzła i nie zarejestrowałam, jak pod eskortą dzielnych kobiet uzbrojonych w miotłę i w asyście harmonisty, maszerujemy przez nocny Czarnobyl. Bezludny, ponury, chwilami straszny, gdy popatrzy się w martwe okna. Ale to jest teraz ważne miejsce pracy dla 3 tysięcy likwidatorów. Wymarzonej pracy – żeby była jasność. Ludzie co miesiąc dostają zapłatę.

 

 

Z brytyjską kulturą

Awaria w Czarnobylu wydarzyła się w elektrowni, która ze względu na konstrukcję swoich reaktorów nigdy nie uzyskałaby licencji na Zachodzie. Poza tym elektrownia była eksploatowana w sposób niezgodny z brytyjską kulturą bezpieczeństwa – stwierdził Roger Hayes, dyrektor generalny British Nuclear Industry Forum. Moment na dokonanie oceny był fartowny. Mijało akurat 10 lat od wybuchu nieszczęsnego reaktora w Czarnobylu. Dwa wciąż jeszcze pracowały. Udoskonalone na tyle, ile to było możliwe, ale Zachód wszelkimi sposobami dążył, żeby elektrownię raz na zawsze zamknąć. I tak się w końcu stało. Koszt zamknięcia Czarnobyla i zastąpienie go alternatywnymi źródłami energii oszacowano wstępnie na 4,5 mld dolarów.

Czarnobyl, z którego wysiedlono wcześniej wszystkich mieszkańców, tak samo jak z innych miast i wiosek w promieniu 30 kilometrów od elektrowni, stał się zoną zamkniętą dla normalnego życia. Ale czy pozostanie zamkniętą kartą w tragicznej historii katastrof jądrowych?

Rektora nie można zgasić tak jak się gasi światło. Potrzebuje czasu na wytracenie swej aktywności. Zawsze też zostawia po sobie niebezpieczne atomowe śmieci, z którymi świat sobie od 60 lat nie potrafi poradzić.

Przychodzi mi to na myśl, ilekroć patrzę na łatany z coraz większym trudem sarkofag kryjący reaktor zrujnowany przez wybuch, ale także około 200 ton paliwa. Jakie reakcje tam zachodzą i czym grożą? Zapytałam o to samego profesora Pazuchina.  Popatrzył na mnie jakbym upadła na głowę. – Nikt tego nie wie. Wejść i sprawdzić się nie da, więc diabły harcują jak im się podoba. Radiacja, szanowna pani, chociaż jej nie widać, potrafi być groźna. A ludzie się z nią obchodzą jak dzieci z zapałkami...

 Stary sarkofag nad zburzonym reaktorem musi wytrzymać jakimś cudem do 2015 roku, bo wtedy ma być zakończona budowa ogromnej, szczelnej kryszy (dachu). Ukraina sama tej inwestycji nie udźwignie, podobnie zresztą jak dalszego utrzymywania w bezpiecznym stanie wygaszonych reaktorów. Dlatego świat pomaga finansowo, chociaż sarka. Jakby nie rozumiał, że inwestuje również we własne bezpieczeństwo.

 

 Piknik w cieniu reaktora

Manipulowanie danymi o skutkach katastrofy czarnobylskiej nie ustaje od lat. Jaka katastrofa? W Czarnobylu nic się nie stało.  Od napromieniowania zginęło raptem 28 –30 osób.  Czarnobyl to histeria. Czarna postsowiecka propaganda obliczona na wyłudzanie pieniędzy z międzynarodowej kasy.

 Nie jestem cyniczna, ja tylko powtarzam to, co NALEŻY mówić w polskich mediach, żeby być trendy i nie narazić się tzw. ekspertom, często utytułowanym, z szacownych instytucji naukowych. Wśród nich nie brakuje lobbystów oficjalnych i krypto pracujących na rzecz koncernów energetycznych oraz rozmaitych organizacji, które żyją z nimi w symbiozie.

Żeby powiedzieć całą prawdę o skutkach zdrowotnych awarii w elektrowni czarnobylskiej, potrzeba rzetelnych badań, czasu i odwagi pani profesor Idy Kinalskiej, która mówi wprost: „Z całą odpowiedzialnością twierdzę, że promieniowanie, jakie nastąpiło w 1986 roku, wywarło negatywny wpływ na ustrój człowieka. Mamy na to wiarygodne dowody w Polsce. Napromieniowanie spowodowało poważne zmiany w tarczycy, szczególnie u dzieci, które skutkują do dziś.(cyt. za Kurierem Porannym)

 

 

Skutki społeczne w mikroskali widać po wsiach i miasteczkach wokół zamkniętej zony.  Również w modelowej Sławucie, mieście zbudowanym naprędce za Sojuza, żeby mieli się gdzie podziać przesiedleńcy przymusowi z Prypeci, leżącej trzy kilometry od elektrowni.

 Polscy eksperci, którzy wszystko wiedzą najlepiej nawet zdalnie o katastrofie w elektrowni atomowej w Fukushimie, alarmują od lat, że ludzi z czarnobylskiej zony wysiedlono niepotrzebnie. Bo środowisko jest tam tak zdrowe, że sanatorium można by otworzyć pod sarkofagiem. Jeśli człowiek jest bardziej odporny na promieniowanie niż muszki drozofile, to zgoda. W Czarnobylu przeprowadzono eksperyment z napromieniowaniem tych, muszek i okazało się, że mutanty rodziły mutanty przez kolejnych 40 pokoleń.

 Wczasy w hotelu „Polesie” w Prypeci, obowiązkowo z widokiem na sarkofag - to może być większa atrakcja niż dotychczasowa ekstremalna turystyka do Czarnobyla.

Rząd ukraiński ostrożnie zapowiada na razie, że przebada obrzeża zamkniętej zony pod kątem możliwości przywrócenia upraw roślin przemysłowych, które by „odtruwały” gleby. A trzeba pamiętać, że Ukraina straciła 5 mln hektarów pól z użytkowania po utworzeniu zony.

Białoruś zapowiada, że na swoje wysiedlone tereny do 2000 wsi znowu sprowadzi ludzi.  Może powstaną tam gospodarstwa agroturystyczne?

 

Mimo tych dobrych wiadomości, główni gracze przy stole gdzie toczy się wielka międzynarodowa gra o niewyobrażalne dla zwykłego obywatela pieniądze płynące z energetyki jądrowej, przyhamowanej po Czarnobylu lecz będącej w dalszym ciągu alternatywą dla drożejącej ropy i gazu, są ostatnio mocno zaniepokojeni.

Ewidentne korzyści – energetyka jądrowa daje pracę milionowi ludzi na świecie i każdy następny reaktor to kolejne miejsca pracy – nie kusi. Ludzie protestują (ostatnio Włosi), nie chcą rozwoju energetyki jądrowej po tym, co się stało w Fukushimie.

 Co będzie z polskim projektem? Rząd zapowiada kontynuację. Za 9 lat ma popłynąć u nas pierwszy prąd „z atomu”. Jak dobrze pójdzie. Szkopuł w tym, że politykom podejmującym decyzje o budowaniu siłowni atomowych łatwiej przekonać obywateli do samej idei niż do tego, żeby zgodzili się na postawienie reaktora na podwórku. Zwłaszcza teraz. Niemcy sugerują, żebyśmy sobie odpuścili ambitny pomysł uzyskiwania „aż” 1,3 proc. energii z elektrowni atomowej. Sami Niemcy wycofują się z energetyki jądrowej. Szwajcarzy mówią zdecydowane – nie. A Chińczycy po cichutku inwestują w produkcję paneli słonecznych. Są największymi ich producentami na świecie. Znów są krok przed resztą świata.

 Artykuł ukazał  się  w Numerze 2(16)VIP Biznes&Styl, marzec-kwiecień 2011

 

Galeria zdjęć