Ukraina, rejon Czarnobyla


21 szczęśliwych dni

 

W sześciotysięcznym Iwankiwie najszybciej rozrasta się cmentarz, a ludzie dzielą czas na ten sprzed i po katastrofie. Ale już bez emocji czy pretensji. Taki los – mówią. Trzeba było jakoś nauczyć się z tym wszystkim żyć. Z poczuciem zagrożenia, chorobami, niedostatkiem. To jest martwa strefa, skażona piętnem Czarnobyla, kto wie czy nie gorszym niż sama radiacja. Nie buduje się szkół, obiektów sportowych ani zakładów. Żaden inwestor tu nie przyjdzie. Nieraz są cztery pogrzeby dziennie. W niektórych wsiach nie ma już mieszkańców.

Iwankiw leży 30 kilometrów od zamkniętej czarnobylskiej zony, gdzie w ’86 doszło do wybuchu reaktora w elektrowni. Jedną z pierwszych ofiar był młodziutki strażak z Iwankiwa -Kibinok, który gasił pożar reaktora. W miejscowej szkole do dziś żaden uczeń nie siada w jego ławce. Poruszający widok: zatłoczona klasa i ta jedna pusta ławka.

Bohaterski chłopak ma swój pomnik w miejskim parku. Jego młodsi koledzy uczą się na lekcjach o Czarnobylu. – Kto z waszych rodziców tam pracuje? Podnosi się las rąk. Dzisiejszy Czarnobyl to jedyny zakład w rejonie (powiecie) iwankiwskim zatrudniający 400 ludzi. Było ich dużo więcej, ale wiadomo – kryzys.

Likwidatorzy

Raisa Muraszko, emerytowana nauczycielka z uniwersyteckim dyplomem literaturoznawcy, też jest likwidatorką w Czarnobylu. Likwidatorami nazwano ludzi usuwających skutki katastrofy.  I tak zostało, bo skutków nie zlikwiduje ani to pokolenie, ani następne. Popękany sarkofag na reaktorze wciąż trzeba łatać, na obudowanie go nowym zabezpieczeniem Ukraina nie ma pieniędzy a społeczność międzynarodowa pomaga coraz mniej. Nie rozwiązano w dalszym ciągu problemu magazynowania skażonych odpadów z zamkniętej elektrowni, ani utylizacji sprzętu, który był używany do gaszenia reaktora. Przy olbrzymim składowisku  ciężarówek, spychaczy, helikopterów i autobusów dowożących likwidatorów w czasie katastrofy,  dozymetr wskazuje napromieniowanie takie jak przy sarkofagu, dlatego wolno tam przebywać zaledwie kilkanaście minut. A atomowi lobbyści przekonują świat, że w Czarnobylu właściwie nic się nie stało, zaś skażenie nie jest większe niż w Warszawie czy Nowym Jorku.

Raisę Muraszko, chociaż pracuje w administracji, obowiązuje ten sam reżim, co wszystkich likwidatorów.  Praca w Czarnobylu jest jak wachta na okręcie. Cztery dni w zonie, potem trzy dni przymusowego odpoczynku poza zoną. Specjalne autobusy, które przywożą pracowników, po skończonej wachcie zabierają ich najpierw do punktu kontrolnego - na granicę dwóch światów, odgrodzonych od siebie drutem kolczastym i posterunkami milicji, która bez przepustki nikogo nie wpuści do skażonej strefy. Ani nie wypuści bez zbadania stopnia napromieniowania osobistego. Kontrolowane są również autobusy odwożące likwidatorów do Iwankiwa. Stamtąd już sami jadą do domów na trzydniowy „atdych”.

Jak tu żyć?

Z powodu skażenia radioaktywnego rejon iwankiwski objęto tzw. trzecią strefą dobrowolnego wysiedlenia. Przymusowo ewakuowano w wyznaczone „czyste” rejony ówczesnego ZSRR pobliskie miasto Prypeć, Czarnobyl oraz wsie leżące w promieniu 30 km od samej elektrowni. Z Iwankiwa  wyjechał wtedy mało kto. Teraz, choćby chciał, nie ma dokąd.

A tutaj coraz trudniej żyć. Jedyną fabrykę w miasteczku, gdzie przerabiano len, zamknięto, bo nie wolno go uprawiać z powodu skażenia gleby. Ale na łąkach pasą się krowy, ludzie zbierają grzyby w lasach, najbiedniejsi kłusują. Z innych rejonów Ukrainy już się żywności nie przywozi, więc każdy skrawek ziemi jest obsiany, choć  wiadomo, że poziom  radiacji jest wysoki -  obowiązkowemu badaniu podlega mięso, woda, mąka, z której piekarnia piecze chleb dla całego powiatu.

W polu pracują nawet dzieci. U Birjukowów trzy sieroty po córce wychowuje schorowana  babcia - dwóch chłopców i ich upośledzoną siostrę.  Młodszy ma 13 lat, starszy kończy podstawówkę. Obaj zajmują się całym gospodarstwem, a jest pole, krowa, świnia, drób. Nie ma studni w obejściu, więc chłopaki dźwigają wodę. Babusia ledwo chodzi, ale chociaż ugotuje i dopilnuje kalekiej wnuczki. 

- Co będzie jak mnie zabraknie? – płakała Birjukowa, gdyśmy z Władkiem Borowcem, redakcyjnym kolegą, opuszczali z ciężkim sercem tamten dom. Bo co można pomóc? Takich rodzin gdzie bieda goni nieszczęście, spotykamy coraz więcej za każdym przyjazdem w rejon Czarnobyla.

Tam właśnie narodził się pomysł zapraszania na Podkarpacie sierot i półsierot – najbiedniejszych z biednych, które ślepa pomoc humanitarna czasami omija, a na wakacje np. do Hiszpanii (takie też się zdarzają) jeżdżą inne dzieci. Niechby, więc chociaż u nas pooddychały zdrowym powietrzem, jadły zdrową żywność, a co równie ważne, odpoczęły od „czarnobylskiego syndromu”. To byłby dla nich zastrzyk zdrowia na cały rok - lekarze z Iwankiwa nie znają lepszej recepty.

Z powodu napromieniowania dzieciom z rejonu iwankiwskiego przyznano 4. kategorię zdrowia, zezwalającą na miesięczny pobyt poza miejscem zamieszkania.

Człowiek jest tyle wart, ile pomoże drugiemu

 Dwa lata temu udało się zorganizować pierwszą kolonię dla czterdzieściorga dzieci. Większość nigdy wcześniej nie opuszczała skażonej strefy. Bagaż przywiozły w reklamówkach, niektóre nie miały i tego. Po zjedzeniu zupy wstawały od stołu, bo nie wiedziały, że je się drugie danie. Kucharki kroiły z początku góry chleba.

Drugą, 35-osobową grupę przywiozła w lipcu br. do Jarosławia Raisa Muraszko razem z lekarką Olgą Wasiliewą.  -  Dostałyśmy  urlopy! – cieszyła się Raisa. Opowiadała jak ukraiński kierowca, całkiem obcy człowiek, który wiózł ich do polskiej granicy, policzył sobie tylko za benzynę, i to w jedną stronę. Obiecał czekać na granicy, żeby zabrać z powrotem dzieciaki do Iwankiwa. - Ludzie są  dobrzy i u nas, i u was. A ten wasz ksiądz Boho, który nas tu przyjął – złoty człowiek, i pani Teresa Krasnowska - prezes Jarosławskiego Stowarzyszenia Oświaty i Promocji Zdrowia, nauczycielka przyrody Szkoły Podstawowej nr 6., nie żałuje swoich wakacji, jest z nami cały czas jak opiekuńczy anioł, urządza wycieczki, organizuje spotkania. Aż brakuje słów, co nas tu serdeczności spotyka na każdym kroku – Raisa miała łzy w oczach.

 Od Kuchni

 Jak poprzednio, tak i tym razem cały ciężar zorganizowania wypoczynku dla pięćdziesięciorga kolonistów - 15 przyjechało z Niżu - wziął na siebie ksiądz Marian Boho, proboszcz parafii Bożego Ciała w Jarosławiu, opiekun Stowarzyszenia Kulturalno - Wychowawczego im. Piotra Skargi. Patronat nad kolonią objął kolejny raz Mirosław Karapyta, wojewoda podkarpacki. Dyrektor jarosławskiego gimnazjum nr 3 dał dach nad głową - dzieci zamieszkały w salach lekcyjnych. Jarosławska jednostka wojskowa pożyczyła łóżka, bursa międzyszkolna - pościel. A potem, z każdym dniem powiększało się grono ludzi, często anonimowych, którzy pomagali, gościli, obdarowywali.

Dzieci, które na trzy tygodnie przyjechały do Jarosławia, pochodzą z Iwankiwa i ośmiu wiosek leżących w promieniu 30 km od zamkniętej zony. Z miejscowości, które powoli wymierają. – To nie tylko radiacja zabija i choroby, także marazm i beznadzieja, życie bez jutra – zauważa Raisa.

Młodszy wnuk Birjukowej w ostatniej chwili musiał zrezygnować z przyjazdu na kolonie. Babusia ciężko zachorowała i na niego spadł dodatkowy obowiązek opiekowania się siostrą.

Przyjadą jeszcze?

Teresa Krasnowska: Pobyt ukraińskich dzieci pokazał kolejny raz, ile w Jarosławiu, i nie tylko tutaj, jest ludzi dobrej woli. Pomagało nam wiele instytucji, organizacji i różnych osób, które przynosiły owoce z własnych sadów, wspierały dobrym słowem. Może za rok dzięki temu uda się zaprosić  kolejną grupę dzieci z rejonu Czarnobyla. 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich proponuje, żeby nie czekać do lata i zorganizować ferie zimowe dla małych sąsiadów z Ukrainy. SDP deklaruje pomoc.

Teresa Krasnowska uważa, że trzeba ten cały spontaniczny ruch zebrać,  włączyć organizacje pozarządowe, a także opracować wspólnie ze stroną ukraińską program stałej pomocy. I kontaktów. W tym celu wybiera się z grupą dobrowolców do Iwankiwa na rekonesans we wrześniu.

Socjolog, doc. dr Halyna I. Shcherba z Uniwersytetu Lwowskiego zwraca uwagę w swych publikacjach, że współpraca transgraniczna Ukrainy i Polski to nie tylko wspólne działania w dziedzinie gospodarki, to również rozszerzanie stosunków kulturowych oraz innych stosunków między społecznościami regionalnymi.

Raisa Muraszko: Przyjaźń sąsiedzka jest jak drzewo, jeśli je pielęgnujemy od maleńkości, nasze dzieci będą zbierać owoce. A potem ich wnuki...

Raisa zabrała ze sobą stos karteczek na pamiątkę, na których dzieci anonimowo wypowiadały się o kolonii. „Było super”, „Kochamy Was!” – to najczęściej powtarzane słowa.  Na papierowej serwetce jakieś dziecko napisało: „To było 21 najszczęśliwszych dni w moim życiu”.

 

Z zapisków kolonijnych

Kamień Kościuszki

Dzieci są bardzo grzeczne, za wszystko dziękują. Mimo że w większości się nie znały, starają się opiekować sobą nawzajem. Pomagają w kuchni, obierają ziemniaki, nakrywają do stołu, nawet jak skończy się ich „dyżur”, zmywają po sobie naczynia(...)

Maluchy: Witalina, Tania, Wiktoria, Tolik w pierwszych dniach wieczorem popłakują za domem, potem już śpią spokojnie.(...)    Jedzą wszystko, co gotują im kucharki panie Dorotka Cicirko  i Krysia Stęchły. O zakupy dba pan Władek, intendent z Kolegiaty jarosławskiej.(...) Na przekąski są owoce,  ciastka od sponsorów: „San” Jan Pajda Jarosław, Lu Polska  od pani Anny  Drońskiej(...)

Na hasło „Dzieci z Czarnobyla” otwierają się coraz liczniej  serca. Codziennie za darmo dzieci chodzą na jarosławski basen. Mogą także korzystać z hali sportowej, której przecież u siebie także nie mają(...)

Dziś było ognisko z kiełbaskami upieczonymi przez pana Wasyla i Lube Dudczenko, nauczycieli wychowania fizycznego z gminy Wiązownica(...)

Pani Beata Cieras i inni członkowie Stowarzyszenia Miłośników Koni Arabskich "Arbian" oswajają dzieci z końmi, te młodsze przytulają się do kucyków, większe dosiadają wierzchowców. Nie byłoby tej wyprawy gdyby nie pomoc pani prezes MZK w Jarosławiu Barbary Stec(...)

Członkowie Rotary Club w Jarosławiu spotykają sie z dziećmi, oferują pomoc w sfinansowaniu części programu wyjazdowego i zapraszają do odwiedzenia trasy podziemnej(...)

 

 

Anna Jelonek, higienistka szkolna, pomimo kartki na drzwiach zaimprowizowanego gabinetu, że pracuje od 7.00 do 15.00,  towarzyszy kolonistom we wszystkich wyjazdach. A prawie codziennie gdzieś jadą. Przemyśl, Łańcut, ciuchcią do Dynowa, do Sieniawy - tu lody od właściciela pałacu. Szczególną uwagę dzieci przykuwa kamień na którym siadywał Tadeusz Kościuszko. Ponoć spełniają się marzenia każdego kto na nim usiądzie – więc każde siada. O czym marzą? (...)

Jarosławska Fundacja „Pomocna Dłoń”  urządziła dzieciom konkurs pod hasłem „Mam talent”. Ośmioletnia Wiktoria, najmłodsza laureatka, po otrzymaniu głównej nagrody podchodzi do prowadzącej pani Alicji Zając i mówi, że chce przekazać nagrodę Andrejowi, bo on nie ma. Dzieci wiedzą, że tuż przed wyjazdem zmarł mu ojciec, teraz Andrej jako najstarszy z rodzeństwa pomaga  mamie w polu(...)

Hetman gra na gwizdku

Mateusza Wójtów, wolontariusza, który zgłosił się do pomocy, dzieci nazwały hetmanem i wręczyły mu buławę. Uzasadniając, że hetman jest mądry, sprawiedliwy, dba o swoje wojsko i ludziom daje bezpieczeństwo. I taki ich zdaniem jest Mateusz. Mateusz to student, członek Stowarzyszenia Kulturalno - Wychowawczego im. Piotra Skargi, niedawno zawiązanego przy parafii pw. Bożego Ciała. Najbardziej lubi fotografować, gra na gitarze, zna wiele zabaw grupowych. To on zaprosił do pomocy swoich kolegów jeszcze ze szkoły średniej Michała Macha i Pawła Wawrzkiewicza. Dołączyły: siostra Michała - Ola Mach, która   przejmowała kierownictwo np. podczas wypraw na basen. Maleńka Wiktoria o Oli: To moja mama w Polsce(...)Dzień na kolonii rozpoczyna pobudka urozmaicana np. grą Mateusza na gitarze,  gwizdkiem lub dzwonkiem od roweru(...)

 Prędko się męczą

Kiedy zelży upał chłopcy chętnie grają w piłkę, ale  niezbyt długo, szybko się męczą. Dzieci  mają mało siły, po dłuższym spacerze, po basenie, po obiedzie same kładą się do łóżek, żeby troszkę wypocząć. Dużo śpią, cisza nocna czasem zaczyna się wcześniej niż przed 21.00. Szczególnie maluchy chętnie zasypiają przy świetle. (...)

 

 

Bardzo chcą się nauczyć czegoś po polsku, pytają o różne słowa, o polskie przysłowia. Pan Zenon Skrzypek, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 7 w Jarosławiu,                      z akompaniamentem akordeonu uczy ich polskich piosenek(...)

Panie Renata Majkut – Lotycz i Agnieszka Świst z Powiatowej Stacji Sanitarno - Epidemiologicznej w Jarosławiu, prowadzą zajęcia ze zdrowego stylu życia i uczą dzieci papieroplastyki - powstają piękne róże  i krokusy z krepiny. Na koniec turnusu dzieci zabierają ze sobą papierowe kwiaty. Troskliwie przywiązują je do bagażu, aby cało dowieźć do domu.

Anna Koniecka

Fot. Władysław Borowiec (zdjęcia z Czarnobyla)

Fot. Archiwum kolonijne



VIP B&S Numer 5(6) Wrzesień-Październik 2009


 

Galeria zdjęć