Kto wypuścił te wściekłe diabły?!
Góry zielonoszklistej wody walą w bezbronny brzeg, którego uczepił się nieroztropnie lichy pomost na palach. Garstka ludzi wypatruje z niego rybaków. Mimo silnego sztormu wypłynęli o świcie z portu Santa Maria. Dochodzi południe, a ich wciąż nie ma i nie ma. Napięcie rośnie. Czarnoskóry święty Mikołaj przyjechał na rowerze, ubrany w kąpielówki i służbową czerwoną czapkę. Stanął koło mnie i prosi, żebym przypaliła mu papierosa. Sam ma zajęte obie ręce – jedną przytrzymuje czapkę, którą zdziera mu wiatr, a drugą ratuje wyślizgujący się rower.
Tekst Anna Koniecka
Za każdym razem, gdy fala załamuje się na jakiejś niewidzialnej przeszkodzie, w naszą stronę tryska kilkumetrowy pióropusz piany. Niesamowity widok. „Uwaga: wejście na molo jest na własne ryzyko!” – taką kartkę ktoś przybił do kawałka żerdzi udającej poręcz. Na końcu pomostu, gdzie żaden człowiek nie ma odwagi stanąć, kuli się rudy psiak, oślepły od zalewającej go słonej wody. Jest przywiązany sznurkiem do dziurawej deski.
Młodzi z konieczności
Jest szósty grudnia i z nieba leje się żar. Gdyby nie wietrzysko tnące piaskiem jak biczem, najpiękniejsza na wyspie Sal plaża miasteczka Santa Maria byłaby pełna turystów. Po to przecież przyjeżdżają ze swoich zamożnych światów do naszego egzotycznego dziadostwa – z przekąsem zauważa święty w kąpielówkach. Prywatnie licealista, lat siedemnaście. Taka jest mniej więcej średnia wieku trzech czwartych obywateli Wysp Zielonego Przylądka. Miejscowi mówią: Cabo Verde, co znaczy dokładnie tyle co Zielony Przylądek.
Młodość króluje na archipelagu z konieczności. Odkąd w 1975 roku przestał być portugalską kolonią, brakuje jeszcze bardziej pracy, więc z każdego domu ktoś wyemigrował albo wyemigruje – starsi bracia, ojciec, matka, często wszyscy naraz. Problem narastający: samotnych starych rodziców i porzuconych dzieci. Z tego powodu w szkołach organizujemy stałe dożywianie – mówi nauczycielka z Pedra de Lume. Za panowania Portugalczyków eksportowano stamtąd tony soli do Europy, ale po odzyskaniu niepodległości cabowerdyjska sól nagle przestała wszystkim smakować. Saliny zamknięto. Jedyny zakład pracy w mieście!
Słone jeziora w olbrzymim kraterze nieczynnego wulkanu, skąd pozyskiwano sól, poszatkowane licznymi tarasami, służą teraz z rzadka leczniczym kuracjom. Nie tak słynnym jak w Morzu Martwym, chociaż zasolenie wody jest większe, a temperatura niektórych jeziorek dużo wyższa. Wprost czuć pod stopami, że stąpa się po wulkanie. Tarasy mają bajeczne kolory. Od turkusu po róż i śnieżną biel.
Bajeczny świat kończy się za drewnianymi wrotami dawnej kopalni. Słupy nieczynnej kolejki, którą wywożono sól, sterczą jak szubienice. Przed barakiem koło kościoła schnie połatane pranie, a kobieta z niemowlęciem w płachcie na plecach prosi: - Daj choć kilka eskudos dla dzieciaka. Albo kup papierosy. Już nie palisz? Co z ciebie za kobieta?!
Szkoła w Pedra de Lume, jak każda, pachnie zupą. Na biurku przed tablicą stoi wielki gar. Dzieci odsuwają zeszyty i książki na skraj ławek i jedzą, stukając głośno łyżkami. Woźna siedząca na progu klasy pobiera drobne opłaty – co łaska – od turystów, którzy przychodzą podziwiać cabowerdyjski system edukacji.
– Za te pieniądze, plus oczywiście dotacje rządowe, kupowana jest żywność dla uczniów – wyjaśni mi szeptem, żeby dzieci nie usłyszały, Alphin. Sam niedawno skończył szkołę, a że nieźle mówi po angielsku, zarabia na życie jako tłumacz. - Dla wielu dzieci ten talerz zupy jest jedynym posiłkiem w ciągu dnia – dodaje znowu szeptem, jakby zawstydzony. Bo dotąd, gdziekolwiek byliśmy, starał się pokazywać swój kraj, z którego jest taki dumny – od najlepszej strony: hotelowe inwestycje oddawane w imponującym tempie mimo światowego kryzysu. Apartamenty wystawiane na sprzedaż - całe w marmurach i chromach (nadal po przystępnych cenach, jak działki budowlane, chociaż w ciągu ostatnich trzech lat ceny wzrosły, i to bardzo!). I wreszcie ekskluzywne restauracje, gdzie kelner w białych rękawiczkach rozbiera delikatnie kraba z mięska.
Na Wyspach zostało niecałe pół miliona Cabowerdyjczyków. Drugie pół miliona żyje w USA. Około 200 tysięcy w Portugalii, Holandii, a także Brazylii, oddzielonej od Wysp1200 kilometrami oceanu. – Tam jest najbliższy szpital na jakim takim poziomie, więc lepiej u nas nie chorujcie – radzi cynicznie rezydentka odbierająca turystów z lotniska w Espargos - stolicy wyspy Sal. Bliżej niż do Brazylii jest do Senegalu – tylko 450 kilometrów, ale tam kryzys w lecznictwie jeszcze gorszy niż w Polsce. Odległej o 7 godzin lotu.
W sezonie, czyli od listopada do marca, samoloty z Europy lądują w Espargos na okrągło. Sal jest najmniejszą spośród dziewięciu zamieszkałych wysp archipelagu, ale najlepiej przygotowaną dla turystów, których wabi 330 słonecznymi dniami w roku, kilometrami piaszczystych plaż i pięciogwiazdkowymi hotelami. Ale nikt nie napomknie o diabelskich wiatrach, które nie przestają duć. Ani o zbyt zimnym, wiecznie zagniewanym Atlantyku. Sytuację ratują baseny z podgrzewaną morską wodą i hotelowe plaże odgrodzone od brzegu wysokimi ekranami z przeźroczystej pleksy. Turyści siedzą tam jak ryby w akwarium. Wybrzeże, zwłaszcza wokół Sal, a także na pobliskiej Boa Vista, gdzie dolatuje się w pół godziny małym samolotem (z rosyjskim pilotem, potrafiącym wystartować nawet gdy na świeżo otwartym lotnisku nie działają światła), to jest raj dla winserfingowców i amatorów ekstremalnego żeglowania. Niedzielni pływacy raczej niech nie ryzykują.
Wołanie o deszcz
Mikołaj, którego poznałam czekając na powrót rybaków do portu w Santa Maria, urodził się na wysepce malutkiej jak okruszek: Sao Nicolao – czyli też po sąsiedzku. W przeciwieństwie do pustynnej i płaskiej Sal, kraina świętego Mikołaja jest górzysta, przeorana głębokimi wąwozami. Jedyny port nazywa się, oczywiście, św. Mikołaj. Ale na tym kończą się niebiańskie paralele. Cały archipelag cierpi na tę samą, ziemską przypadłość – biedę. PKB na osobę w 2008 roku - niespełna 3500 USD. Nauczyciel – szczęściarz (ma pracę) zarabia ok. 200 euro miesięcznie. Mniej więcej tyle co lekarz, więc nie ma się co dziwić, że medycy nie garną się do leczenia w szpitalu w Espargos.
– Kobiety często rodzą po drodze, zanim zdążą dojechać tam z odległych wiosek – opowiada wolontariuszka przysłana ze Starego Kontynentu przez jakieś zgromadzenie zakonne. Ubolewa, że bóg Cabowerdyjczyków (ponad 90 proc. wyznaje katolicyzm), nie dość, że nasłał na nich wszystkie diabelskie wiatry, to jeszcze skąpi wody. Mieszkańcy Boa Vista latami nie widzą deszczu. Ostatnio nie padało tam sześć lat pod rząd. Straszą opuszczone farmy - widma. Ludzie musieli uciekać. Słońce wypaliło wszystko, od zagajników palmowych po zagrody pełne kóz. Dookoła walają się wciąż pobielałe kości. A pustynia zagarnia domostwa farmerów.
Brak wody jest przekleństwem, hamulcem rozwoju i przyczyną drożyzny – wszystko, oprócz ryb, trzeba przywieźć samolotem. Mimo to miejscowe władze mają ambicje rozwijać turystykę. Plaże Boa Visty są przecież równie piękne i dzikie jak na Sal. A piaszczyste diuny do złudzenia przypominają Saharę. Rozwój turystyki i związana z nim infrastruktura są jednak pod kontrolą. Wolno budować tylko w wyznaczonych miejscach i ze ściśle określonych materiałów. Dach nowej restauracji w Sal Rei - głównym mieście na wyspie, gdzie podają najlepsze carpaccio ze świeżo złowionej ryby, zrobiono z trzciny. Rozległy taras schodzący wprost na plażę okala równie ekologiczny bambusowy płot.
Mer z Sal powinien wpaść tu na delegację. Może udałoby mu się powstrzymać ekspansję hoteli- gargameli na jedyne już na Cabo Verde tereny lęgowe żółwi morskich. Mordowanych najpierw z powodu mięsa, leczącego ponoć trąd (co okazało się wierutną bzdurą) , a teraz ponoć impotencję. Na Sal wciąż można pokątnie kupić żółwie mięso, a całkiem świeże skorupy zalegają żółwie cmentarzysko. Mimo rządowych zakazów i programów edukacyjnych.
Grog z kapustą
Tubylcy z kurortu Santa Maria żyją w cieniu wielkiego biznesu. Bez kanalizacji w domach. Piją szkodliwą dla zdrowia odsalaną morską wodę, która, jak na miejscowe możliwości zarobkowania, kosztuje drogo - 5 eskudos za litr. Częsty widok: kobieta z usmolonym garnkiem idzie kupić tylko tyle wody co na zupę. 100 eskudos to ok. 1 euro. Tyle trzeba zapłacić za butelkę wody importowanej z Francji.
- Cabowerdejczyk zawsze był, jest, i będzie za biedny, żeby dorobić się własnego hotelu, albo chociaż swojej własnej łazienki – uważa Mikołaj, dorabiający raz do roku jako święty, a w pozostałe dni jako pomocnik na zmywaku, pucybut, sprzedawca etnicznej biżuterii. – Inwestuje u nas cały świat: Włosi, oczywiście Portugalczycy, Niemcy, Holendrzy. Nawet Irlandczycy, tylko nie my!
Alphin za wszelką cenę pragnie ratować wizerunek kraju. Przypomina, że rząd już jakiś czas temu zaczął rozwiązywać problemy socjalne: stawia domy (baraki) dla najuboższych, publiczne ubikacje i prysznice. Alphin wierzy, że Wyspy mają szanse stać się drugą Tunezją. Dlatego ani myśli emigrować. – Mam portugalski paszport, ale jestem Cabowerdyjczykiem.
Patriotyzm Alphina ma ekonomiczną kotwicę: matka z ojcem pracują na lotnisku. Starszy brat też. - Pewna robota. Ludzie zawsze chcą latać w stronę słońca!
Płyną! Nareszcie! Na pomoście w Santa Maria wybucha radość. I zaraz gaśnie. Dwie łódki, które pojawiły się na horyzoncie, nie mają szans przycumować przy tak wysokiej fali. Roztrzaskałyby się. Rybacy muszą kierować się wprost na plażę, licząc, że przypływ sam wypchnie łódki na brzeg. Pierwszej rzeczywiście się udaje. Jest mniejsza, lżejsza. Wypluta przez siódmą, najsilniejszą falę, ląduje bezpiecznie na piachu. Ale z drugą jest kłopot. Utknęła na mieliźnie i tony wody zatapiają ją na naszych oczach. Chcąc ratować rybaków i ich cenny połów, kilkunastu najsilniejszych mężczyzn bez wahania wskakuje do spienionej wody. Płynąc, a chwilami brnąc po szyję w kipieli, pchają łódź na plażę. Potworny wysiłek. Pośpiech. I strach.
Połów jest mizerny – tylko kilka ryb przypominających naszego szczupaka. Po zważeniu na ręcznej wadze pośrednik wiezie je czym prędzej na taczkach do najbliższego hotelu. Ale i tak wszyscy są szczęśliwi. Nawet rudy psiak, po którego wrócił jeden z uratowanych rybaków.
Pierwsi na Cabo Verde zaczynają świętować Boże Narodzenie - jak zawsze - Portugalczycy. W dzielnicy ekskluzywnych bungalowów, obok mojego hotelu, gdzie wszystko jest otoczone wysokim murem, a prywatności pilnują strażnicy w liberii, choinki już stoją. Czarnoskóre służące biorą nadgodziny. Zjeżdżają powoli goście.
Moja najbliższa sąsiadka ubiera lampkami nawet winorośl na tarasie. Zaprasza na (przed)świąteczny grog. Ten słynny, cabowerdyjski. Pijemy go z weneckiego szkła... do miejscowej zupy biedaków - katchupy, tyle że ugotowanej na bogato, z wielozwierzęcym i międzykontynentalnym wkładem mięsnym: od bawarskiej świniny i hiszpańskiego choriso, po australijską strusinę i licho wie, co jeszcze. Tradycyjnej, rozgotowanej kukurydzy, białego grochu i kapusty – podstawowych składników zupy, jest tyle co kot napłakał. Ale i tak smacznie, choć przyciężko dla wątroby.
Katchupę w ubogiej wersji, jadaną na śniadanie, obiad i kolację, rozsławiła w świecie pieśniarka Cesaria Evora - bosonoga królowa Wysp.
Alphin mówi, że starsi mieszkańcy wciąż lubią słuchać tęsknych pieśni Evory. Pobrzmiewa w nich – twierdzą ci, co się znają na mornach - oceaniczny blues.
Blues narodził się wśród czarnych niewolników.
Porty Cabo Verde służyły jako przeładunkowe, wyprawiono z nich ponad 400 tysięcy niewolników, w tym do rezydencji angielskich dżentelmenów, do amerykańskich plantatorów bawełny, brazylijskiej kawy... Smród od statków wiozących żywy towar rozchodził się w promieniu ośmiu kilometrów, dlatego miały zakaz zbliżania się do portów na taką odległość. Niewolnik żył średnio 4-5 lat. Żeby zaoszczędzić na kosztach transportu siły roboczej, pewna pomysłowa Amerykanka z Południa – nazwiska nie pamiętam - zajęła się hodowlą na miejscu „ze starannie wyselekcjonowanego materiału”.
- Dziś istnieją współczesne formy niewolnictwa – ucina dyskusję Mikołaj, po czym wsiada na rower i prędko odjeżdża. Nawet nie ma czasu, żeby się spytać, czego słucha cabowerdyjska młodzież.
Wydanie specjalne Grudzień - Boże Narodzenie 2009 VIP B&S










