Diamenty jak łzy, błoto jak złoto - Jakucja… ostatnie miejsce na ziemi
Wody rzek jakuckich zaczynają gęstnieć jak kisiel już w połowie października. Lada dzień ustanie wszelki ruch. Promy, barki i łodzie zostaną unieruchomione przez lód prawie na siedem miesięcy. Tyle trwa tutaj zima. Mostów nie ma. Lena – królowa Północy - rozlewa się miejscami na jedenaście kilometrów. Drugiego brzegu nie widać. Kto nie zdąży się przeprawić, musi się gdzieś przytulić, przeczekać. Aż ruszą „zimniki”.
Tekst Anna Koniecka
Fotografie Anna Koniecka, Władysław Borowiec
Poszukiwacze złota z Artelu Bamskaja zaczynają zwijać obóz i póki się da, chcą uciekać do cywilizacji. Do Moskwy, do Kijowa, pod Charków. Załoga jest mieszana – Ukraińcy i Rosjanie. Czasem się trafi ktoś spoza układu. Ale musi być polecony i to przez kogoś zaufanego. Warunek: końskie zdrowie, odporność psychiczna. Bezkonfliktowość. Załoga musi być zgrana jak na okręcie podwodnym. To jest ciężka robota. Specyficzna. Zaczyna się, gdy „schodzi czarna woda”, czyli gdy puszcza lód na rzekach. A kończy, gdy przed lodem znów trzeba uciekać.
Anatol Tarnawski, szef Artelu Bamskaja, do której należy kopalnia, zimy na tym odludziu nie zaryzykuje. No way! Jest doświadczonym staratielem - tak się nazywa tutejszych poszukiwaczy złota. Jak zresztą w całej Rosji.
Tarnawski został staratielem przez ożenek. Ożenił się z córką poszukiwacza, teść przeszedł na emeryturę, więc zięć objął po nim szefostwo trzech arteli Bamskaja głęboko na południu Jakucji. - Zaczynałem w 1972 roku jako prosty geolog – opowiada Tarnawski.
Czerwono czarno
Jakucja oficjalnie nosi nazwę Republika Saha. Ale nikt z miejscowych tej nazwy nie używa. Chyba że jest to osoba urzędowa.
Im dalej na południe tym rzadziej spotyka się ludzkie osady. Jakucja jest prawie tak ogromna jak Indie, ale żyją tu niespełna dwa miliony ludzi. Żyją na ogół biednie w tym bogatym kraju, w wiecznej prowizorce. Płot się chyli – a niech tam! Jak się przewróci to zgnije. Albo się go spali i postawi nowy. Ale płot musi być. Normalny widok: nowy dom a’la pałac w Carskim Siole. Dookoła płot ze sztachet. Albo z jaskrawo pomalowanej blachy. Dynda ze ściany kabel od czegoś tam - urwać! Na klatce schodowej jakiś tęgi gryzoń zeżarł brzeg co drugiego betonowego schodka. Trzeba skakać. W mieszkaniu głównego inżyniera, wynalazcy (urządzenia sanitarne), kapie z kranu żółta woda. Taka jest w Lenie i taką się pije. Założyć filtr? A po co tyle dodatkowej pracy.
Z drugiej strony – precyzja jubilerska. Godna bogactw tej ziemi: a wydobywa się złoto, diamenty, węgiel, uran. Matiuszka Rosija bierze czynny udział w podziale tych dóbr.
Byłam kiedyś w sortowni diamentów w Jakucku, stolicy republiki. To najpilniej strzeżony budynek w mieście. Bezszelestne windy, sterylna czystość, milczący sortowacze – młode dziewczyny i mężczyźni. Szkiełka w wielkiej misce. Tysiące diamentowych łez. Wydzieranych ziemi z olbrzymim trudem i przywożonych jedynie do oceny i oszlifowania w Jakucku.
Sortowacze diamentów są elitą. Oni i emeryci dostają regularnie pensje. Spotykają się na... bazarze. Bazar wyżywi bogatych kawiorem, biednych świńskim łbem i cebulą. Nadciągającą zimę zapowiada wysyp lisich czapek wielkich jak przetaki. I rękawic ze skór renifera. I futer wyszywanych na wierzchu w przepiękne wzory czerwono- czarno- niebieskie. Czerwień symbolizuje radość, Słońce, siłę. Czarny – Matkę Ziemię. Niebieski – Niebo. To są tradycyjne symbole, które wśród ludów Północy znaczą więcej niż dla nas pacierz.
Czwarty wymiar
Najpiękniejsze miasto Jakucji – Nierungria. Zaprojektowana przez Nadię Fiodorową, żonę mojego przyjaciela, Dymitra. To dziwne uczucie, chodzić po mieście, które ktoś, kogo znasz, narysował najpierw na papierze, a potem zostało zbudowane. I chociaż dookoła tajga, w środku miasta zbudowano park. Nazwano go imieniem Nadii.
To był dobry pomysł. Nadii wśród nas już nie ma. Odeszła. Cicho. Niespodziewanie. Pustka. Więc ten park w Nierungrie zapełnia trochę tę pustkę. To jest taki żywy pomnik dla architektki, która ten niepiękny, surowy świat chciała uczynić ładniejszym, lepszym.
W pobliżu miasta znajduje się największa na świecie kopalnia węgla. Tę okolicę nazywano miejscem dobrej śmierci. Legenda mówi, że tutaj schodziły się wszystkie zwierzęta z tajgi, żeby umrzeć.
Tajga sprawia, że wkracza się w inny wymiar. Inaczej liczy się czas i odległości. Z obozu staratieli do Nierungrie jedzie się bite pół dnia. Do Ijengry, najbliższej wsi, prawie pół dnia. We wsi jest sklepik, gdzie sklepowa sprzedaje „na zeszyt”. I martwi się, że zbankrutuje.
Jest sowchoz, gdzie czasem można kupić „okazyjnie” trochę ropy – rzecz bezcenna, bowiem najbliższa stacja benzynowa, zdaje się w Nierungrie, albo w Ałdanie.... Niby blisko, 150 kilometrów, ale też cholernie daleko. Ale jest punkt sanitarny. Bez lekarza, bo nikt tu nie chce pracować. Izbę porodową zlikwidowano z tego samego powodu. Dentysta przyjeżdża. Kiedy ostatnio był? Nikt nie pamięta. Tak żyją tutaj Ewenkowie - rdzenni mieszkańcy tej ziemi rodzącej diamenty i złoto. Ewenkowie płaczą, że w tradycji blokowisk to nie jest życie. Chorują, piją, umierają przedwcześnie. Tęsknią za stojbiszczami, a tych coraz mniej, bo oleni (reniferów) jest coraz mniej, więc nie ma po co iść głęboko w tajgę, rozbijać namiotów i w nich żyć, wypasając oleni.
Za Sojuza dzieci pasterzy, gdy kończyły szkoły w miastach, na wakacje na stojbiszcza woził helikopter. Teraz może lecieć tylko wtedy, gdy trzeba gasić pożar.
Przez te sakramenckie błota, niekończące się lasy i pustkowia odcięte odnogami rzeki niczym wyspy, zwyczajnym autem nie ma szans się przedrzeć. Ułaz, kamaz – też są do niczego. Najlepszy byłby czołg. Albo coś podobnego, byle na gąsienicach. Takim łunochodem o nazwie Ural (buda z blachy, podwozie - tankietka z demobilu) w duszącym smrodzie spalin jechałam robić film o kopalni Tarnawskiego. Polaka z pochodzenia, który po polsku ani słowa, ale to tutaj normalne.
W Ałdanie, najszczerszy Polak jakiego spotkałam kiedykolwiek na Wschodzie, a jeżdżę tam bardzo często, nazywał się Anatol Kulikowski. Przepraszał mnie ze łzami: „Pa polski ja nie mówie, ali ja Paljak, i maja żona Paljaczka. I dieti Paljaki”.
Na tym swoim najdalszym Wschodzie, gdzie odległości nie liczy się w kilometrach, ale w dniach, które zajmie podróż, założył z garstką rodaków własną organizację polonijną. Żeby chociaż w ten sposób przybliżyć się do Polski, której do nich za daleko. Tak daleko, że całkiem o nich zapomniała.
Tańczący z witką
Z jakucką zimą nie ma żartów. W połowie listopada potrafi być już minus 20. Najniższą temperaturę (poniżej 70 stopni Celsjusza) odnotowano w Ojmiakonie, małej miejscowości na północy. Tam jest światowy biegun zimna.
Cała Jakucja leży na wiecznej zmarzlinie. Podczas krótkiego lata rozmarza tylko półtora metra ziemi. Głębiej – lód. W Jakucku i w innych miastach bloki stoją na szczudłach, a cała instalacja wodna, gazowa, elektryczna i ciepło – idą rurami podwieszonymi ze trzy metry nad ziemią. Wygląda to koszmarnie – plątanina rur, z których zwisa jak potargana broda, brudna izolacja. Pod budynkami uniesionymi na palach - bajora śmierdzącej wody. I komary. Miliony komarów, muszek zwanych meszki, a niech je szlag. Chodzisz i drapiesz się. Tną nawet przez dżinsy. Nic nie pomaga, ani miejscowa mikstura robiona w aptece. Prędzej spali skórę niż odstraszy komara. Zwyczajny widok – człowiek idzie i „tańczy”, to znaczy ogania się od komarów brzozową witką. „Tańczący z witką” – synonim mieszkańca Jakucji. Z kimkolwiek rozmawiam, tęskni za zimą. Za siarczystym mrozem – powietrze jest suche, więc się tak mocno mrozu nie odczuwa. A śnieg zakrywa litościwie wszystkie śmieci, nielegalne wysypiska, dziury w drogach. No i nie ma tych kąsających potworów! To nic, że ubrania w szafie przymarzają do ściany.
Zima dla tutejszych kierowców oznacza tłuste dni! Bo ruszają transporty „po zimnikach”, czyli po zamarzniętych rzekach, które są lepszymi drogami niż latem asfalt. Władze republiki naprawdę walą wielkie pieniądze na drogi, ale w tym klimacie każda technologia przegrywa z zimą.
Karna kolonia
- Kiedy rzeka zamarza, wydobywanie złota przestaje być możliwe i nie ma sensu tu siedzieć. A my siedzimy przez pięć miesięcy co rok na tym zadupiu dla złota. Jak mnisi. Bez kobiet, bez wódki. Ostry reżim. – Tarnawski mówi to takim tonem, że nie ma wątpliwości - nie żartuje.
Po jakuckim „Ałmaziku”, najtańszej miejscowej wódce (ałmaz po rosyjsku znaczy diament) dostaje się małpiego rozumu. „Oni chyba coś dosypują do tej wódki” – podejrzewał Adam, zaprzyjaźniony operator kamery realizujący zdjęcia do moich jakuckich filmów. Spróbował jej raz, w Jakucku. I chwatit. A zwyczaj jest tutaj wschodni – odmówić nie honor.
- Wypić, zakurzyć, a jak jest co – zakąsić – taka u nas kolejność i taka filozofia życia – mówi Dymitr Fiodorow, kuzyn Tarnawskiego. W tym sezonie na Bamskiej pracuje zięć Dymitra. Żona z dwojgiem dzieci siedzi w Taganrogu nad Morzem Azowskim. I tęskni. – Posłałem zięcia aż w tajgę, bo w Taganrogu, a nawet w Moskwie pracy mało – tłumaczy się Dymitr.
Tarnawski wydał zakaz nie tylko picia, ale także oddalania się od obozu w pojedynkę.
Dzień coraz krótszy, człowiek wyjdzie za obóz i zagubi się w tajdze. A tam - straszą mnie staratiele - niedźwiedzi i wilków więcej niż ludzi. Nie zdążysz wystrzelić – zresztą karabiny noszą tylko strażnicy pilnujący złotego urobku w skarbcu. I ci, co dwa razy dziennie objeżdżają dwoma ciężarówkami (jedna asekuruje drugą) poligony, żeby zabrać stamtąd złoto wypłukane z ogromnych hałd żwiru wydobywanego koparkami z koryta rzeki. Poligony są za zakolem rzeki, trzeba przeprawić się przez dość głęboką wodę, sięgającą do połowy kół.
Obóz wygląda jak karna kolonia. Niskie baraki mieszkalne z małymi okienkami. Naprzeciwko wiata dla maszyn i części zamiennych.
Wąski, drewnem wyłożony chodnik prowadzi do skarbca, który jest za chlewikiem. Skarbiec i chlewik zbudowano z takich samych, solidnych okrąglaków. Z tym, że skarbiec jest ogrodzony drutem kolczastym. Na ogrodzeniu tablica ostrzegawcza, żeby się nie zbliżać.
Chlewik jest niezbędny jak „lodówka”, czyli dziura wygrzebana w ziemi. Kopalnia musi być samowystarczalna pod względem aprowizacji na cały sezon. Ludzie ciężko pracują, muszą dobrze zjeść.
Poligon. Niczym wieża strażnicza sterczy na samym środku drewniana buda. To jest zadaszenie dla pompy wycelowanej jak armata w stronę hałdy złotodajnego żwiru. Robotnik kieruje tam pod ogromnym ciśnieniem strumień wody. System koryt, sit, mat gumowych podobnych do wycieraczek, jakie kładzie się pod progiem, wyłapuje wypłukiwany złoty piach. Mokro, hałas, ziąb. Robotnik obsługujący pompę nie może jej wyłączyć, więc kolega przynosi mu w misce jedzenie i ten je na stojąco. W tym czasie pompą kieruje kolega. Trzeba się spieszyć. Sezon się kończy.
- To ileście zarobili? – pytam, a Anatol Tarnawski na to, że dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają. Ale nie jest źle. Skoro tutaj od piętnastu lat przyjeżdża.
Potężne maszyny państwowych kombinatów rozorują rzekę bardziej na północ. Zostawiają po sobie pobojowisko. Prywatni poszukiwacze złota pracują z większym szacunkiem dla przyrody. Każdy jednak chce wydrzeć jak najwięcej kruszcu nim wszystko dookoła zamieni się w lodową pustynię.
Artykuł ukazał się w Numerze 5(13)VIP Biznes&Styl, wrzesień-październik 2010















