Świat Gagauzja - Pamięć

Na świecie żyje się nie pięknem, ale szczęśliwym losem. Tak mawiają Gagauzi. Chociaż są najbiedniejszym narodem Europy, własną miarę szczęścia wyznaczają niezachłannie.

Tekst i fotografie Anna Koniecka

 BESALMA             

 Marija Kasap z wioski Besalma  pragnie tylko, żeby córka wreszcie wróciła z Turcji, gdzie pracuje kilkanaście lat, i zajęła się dorastającymi dziećmi. –  Ja już nie daję rady, szósty krzyżyk mi bije plus nadciśnienie – skarży się, przepijając do każdego z gości młodym winkiem, zgodnie z obyczajem – pije się z jednej szklanki.   

Dla baszkana (prezydenta) Autonomicznej Republiki Gagauzji Michaila Formuzala najważniejsze jest, żeby ludzie pracowali i nadal żyli bezpiecznie, zwłaszcza że 15- letnia niezależność od Mołdawii nie wszystkim w Kiszyniowie była w smak. Ani to, że Gagauzi wolą mówić po swojemu, czyli po turecku. Albo po rosyjsku – sentyment do dawnego Sojuza wzmacnia fakt, że to Moskwa a nie Kiszyniów jest rynkiem pracy dla dramatycznie bezrobotnych, choć robotnych z natury Gagauzów.

Na naszej ulicy – opowiada Marija - oprócz mnie nie ma żadnej baby. Wszystkie w Turcji, więc mężczyźni musieli sami szykować cały poczęstunek na wesele. Ale wielu młodych emigruje, a rodziny idą w rozsypkę. Ja też szczęścia w życiu nie zaznałam. Całe moje szczęście to są moje córki – wzdycha zawiązując czarną chustę wokół głowy. Idzie czuwać przy trumnie profesor Ludmiły Pokrovskiej.

MOSKWA                      

Marzeniem Pokrovskiej był pogrzeb w gagauskiej ziemi, więc w swej ostatniej woli, którą złożyła u notariusza, kazała się przywieźć z Moskwy tutaj. Było wielkie zaskoczenie, gdyż profesor, sierota wychowana w domach dziecka, nikogo bliskiego także w Besalmie nie miała. Ale to Gagauzom, zwłaszcza badaniu ich współczesnego języka poświęciła całe zawodowe życie, więc czuła się jakby jedną z nich. I dlatego dom, który udzielił jej schronienia zanim wyruszy w swoją ostatnią drogę, nie mógł być inny niż miejscowe muzeum najcenniejszych pamiątek kultury materialnej i intelektualnej Gagauzów. Jedyny budynek we wsi, gdzie dzisiejszej nocy nie zgasną światła.

KOMRAT                 

   Każdy powinien znać swoją tożsamość. – Doktor Włodzimierz Jandulski przeprasza, że mówi tylko po rosyjsku. – Po polsku rozumiem, ale nie śmiem kaleczyć. Byłem, starając się o Kartę Polaka, trzy razy na kursie w Kiszyniowie, mam polskie książki, czytam...

 Głos mu się łamie. Próbuje ukryć wzruszenie, krzątając się po gabinecie. Przeszło trzydzieści lat jest stomatologiem w Komracie (stolica Gagauzji), specjalista II stopnia, ceniony przez pacjentów, którzy jak skarb przekazują adres Jandulskiego także zagranicznym znajomym. - Leczymy na europejskim poziomie, tylko dużo taniej – zauważa sarkastycznie doktor.

 Naprzeciwko gabinetu kipi komracki bazar, obok drzemie cerkiew.

Ggauzi wznają prawosławie. Kościół katolicki co drugą niedzielę urządza u siebie w mieszkaniu Luda Wolewicz, szefowa gagauskiej Polonii, którą jakimś cudem odnalazła i konsoliduje. Cieszy się jak dziecko, gdy ktoś chce się dowiedzieć czegokolwiek o Polsce, o polskich korzeniach. Ale wiedzieć, a udokumentować swoje pochodzenie to zupełnie inna sprawa. Bolesna. Doktor Jandulski próbował.

-         Wiele lat temu, gdy jeszcze chodziłem do szkoły podstawowej, ciocia rozmawiała z ojcem. Spytała go: „Boria, czy twoje dzieci znają swoje korzenie? Papa odpowiedział: Luba nie wtrącaj się, im to nie jest potrzebne.” Ja wtedy tego nie rozumiałem, teraz wiem, że to były inne czasy. Nie można było całkiem się odkrywać i ujawniać kim się jest. Gdy podrosłem, zrozumiałem, że trzeba znać swoje korzenie i tak zacząłem szukać. Wówczas ciocia, która była starsza od ojca, powiedziała co wie o naszych przodkach. Ich dziadek  Franciszek Ignacy Jandulski, pochodzący z Polski, kupił ziemie na terenie Zachodniej Ukrainy. Zabudował ją i zagospodarował. I tam żyli sobie nieźle. Urodził im się syn, więc synowi, do rewolucji, kupili wioskę w Mołdawii – wioskę Michałaszany w rejonie ochnickim. I tam ja się urodziłem. Ojciec urodził się na terenie Zachodniej Ukrainy.

 Zacząłem szukać dokumentów. Krewnych już nie było, szukałem w komrackim archiwum. Pomogli co mogli, ale nic konkretnego. Poradzili szukać w Kiszyniowie. W Kiszyniowie kazali dostarczyć akt urodzenia, a gdy przywiozłem, orzekli, że nic z tego, bo archiwa spłonęły podczas wojny. I niestety na tym stanęło. Dlaczego tak? Nie wiem. Ciocia Luba wyszła za Polaka, on przyznawał się do polskości. Szczycił się tym. Nazywał się Januszewski. Ciocia Władzia z drugiej wsi też potwierdzała, że my z Polski, mówiła konkretnie z jakiego terenu, no ale ja nie mogę pokazać wam dokumentów potwierdzających, że jestem Polakiem. W świadectwie urodzenia mojego ojca, Franca Jandulskiego, syna Józefa, w rubryce „narodowość” jest kreska. W dokumentach babci Katarzyny Bielińskiej – tak samo. Papierów na to nie mam, ale w duszy, zapewniam, jestem Polakiem, chociaż mama była rdzenną Mołdawianką.

Swoim dzieciom pokazuję naszą historię. Mało tego, ja z polskiego Stowarzyszenia od pani Ludy Wolewicz wziąłem wszystko o Polsce, żeby pokazać Polskę swojej najmłodszej córce. Ona teraz studiuje w Turcji, ale marzy, żeby być w Polsce, tam pracować, żyć. Zna siedem języków. Starsza córka mieszka w Mołdawii przy ukraińskiej granicy. Jest po studiach malarskich i grafice – uczy w szkole. Średnia córka w Moskwie; obdarowała mnie trzema wnukami i dwoma wnuczkami. Starszy wnuk uczy się w moskiewskiej szkole kadetów.

Włodzimierz Jandulski uważa, że los dla jego rodziny jest bardzo łaskawy. - W Gagauzji teraz żyje się nieźle. Mówię o sobie – zastrzega. Mimo ciężkiej choroby wciąż pracuje. Żona Maria, pediatra – formalnie na emeryturze, ale który lekarz przyjmuje ten fakt do wiadomości?

 Żal mu, że do brata, który mieszka niedaleko - w Naddniestrzu, dodzwonić się nie można. Już prędzej do Australii. - To przykre. Przez politykę cierpią ludzie. [Z powodu oddzielenia się Naddniestrza od Mołdawii, od 2003 r. trwa izolacja telekomunikacyjna. – przyp. A.K.]

-         Dlaczego chce pan mieć Kartę Polaka?

-         W duszy czuję się Polakiem i chcę umrzeć jako Polak. W Polsce byłem już dwa razy. Polska jest piękna. Co zastałem? Porządek, kulturę, ciszę. No, Europa, nie może być inaczej.

-         Nie uważa pan, że wymaganie znajomości języka polskiego od ludzi starszych to przesada?

-         Nie chciałbym o tym rozmawiać. Myślę jednak, że przecież ci co mają tutaj emerytury, to nie pojadą do Polski, by tam szukać pracy, tylko żeby szukać swoich korzeni. Większość z nich nigdy nie była w kraju swoich przodków.

- Przyjedzie pan znów do Polski?

-         Choćby jutro! Jeśli tylko zdrowie pozwoli.

 Luda Wolewicz nie potrafi ukryć irytacji. Ale bardziej żalu, że Karta zamiast jednoczyć Polaków, dzieli. – Przecież taki osiemdziesięciolatek nie jest w stanie nauczyć się języka, więc i egzamin, i ta cała procedura jest tylko koszmarnym upokorzeniem. Zresztą, nawet gdyby ktoś chciał się uczyć, to nie ma nauczyciela,  bo... kryzys i – jak słyszymy - konieczne są cięcia wydatków oświatowych akurat u nas. I jeszcze, że Polska to nie bankomat... 

 GRIGORÓWKA                    

Polina Statkiewicz, córka Janiny z d. Szklarskiej i Filipa Fukarewicza wyjmuje z szuflady niedużą kartkę. To ostatni list, jaki dostała jej matka od męża, zanim przepadł na wojnie. - Byłam małym dzieckiem, ale pamiętam jak odprowadzałam ojca gdy odjeżdżał na front. Niósł mnie na plecach polną drogą, a mama szła obok i płakała. Mieszkaliśmy wtedy w Nowych Izarienach. Chciałabym, żeby ktoś wskazał grób ojca, albo chociaż napisał, gdzie zginął.

   List z poczty polowej nosi datę: 1944 rok, 1 września. Zaczyna się tak: „W pieszych słowach moja żono Janiu piszę, że jestem żyw i zdrów, czego i tobie życzę. (...) jestem trochę rozżalony na ciebie, bo pisałem 5 listów, a otrzymałem dwa. Droga żono, jeżeli otrzymasz ten list to proszę, nie zwlekaj z odpowiedzią. Nie zapomnij mnie! Do widzenia dla Poli i Tolika. Czekam odpowiedzi.”

11 listopada ’44 najprawdopodobniej jeszcze żył, gdyż z taką datą  Dowództwo Jednostki, poczta polowa Nr. 65485 przysłało matce pani Poliny pismo, w którym dziękuje za to, że „Wasz mąż Fukarewicz Filip spełnia swój obywatelski obowiązek walcząc w obronie OJCZYZNY, okazał się wiernym synem swego kraju, mężnym, odważnym i sumiennym w codziennej pracy życia wojskowego i w trudnych momentach w boju.”  W podpisie można odczytać trzy nazwiska: Titow, Knieja, Jawor.

O matce pani Polina nie potrafi mówić, nie płacząc.

 – Było bardzo ciężko, gdy została z nami sama. Wojna, głód, strach. Tolik miał 4 latka gdy zachorował. Wojenni lekarze, którzy stali u nas w domu, ratowali go, ale nie zdołali.         

BIELCE             

  - Szkoła była we wsi tylko czteroklasowa. Na internat nie było nas stać, więc mama postanowiła jechać do Bielc, żebym się mogła dalej uczyć. Mama najęła się do budowania dworca kolejowego. Dźwigała równo z mężczyznami. Głównym naczelnikiem był 16-letni chłopak – zlitował się i pozwolił nam zamieszkać w składziku z deskami. Ależ tam był ziąb. Potem dostałyśmy klitkę w baraku. Mama zrobiła łóżko na pieczce (piec), tam my spały, żeby nie zamarznąć. To był 49-50 rok.

„Ciocia Nina – strojcie dom, wybierzcie sobie miejsce” – powiedział któregoś dnia młodziutki naczelnik. My? – nie mogłyśmy uwierzyć. To było takie nierealne. Cegły robiłyśmy same – glina ze słomą kiśnie, nogami się ubija. Ja byłam za mała i za słaba. Wracałam po szkole i napełniałam formy, o głodzie, bo jeść nie było co. Mama pracowała po nocach, i tak potichońku ulepiłyśmy cegły na cały dom. Nieduży, dwie komnatki i sień. Piecyk mama zrobiła i tak my tam żyły we dwie.

KALININGRAD                 

   Polina była bardzo zdolna, z wyróżnieniem skończyła studia inżynierskie. Mąż – inżynier, wysokiej rangi wojskowy, zabrał ją do Rosji. – Żyliśmy dostatnio (nareszcie), szczęśliwie, spokojnie. Najdłużej w Kaliningradzie, tam nasze dzieci Oksana i Saszka chodzili do szkół. Mama z nami była, ale tęskniła za Mołdawią. Tak i my wrócili. Był ’83 rok. Mołdawia nie uznawała rosyjskich emerytur ani pensji, nie dawali nic przez trzy lata. A trzeba było żyć. Bez mieszkania, każdy gdzie indziej – dzieci, mąż, ja.  Wysprzedaliśmy wszystko co wartościowego przywieźliśmy z Rosji, ale i tak brakowało na chleb. Były momenty, że byłam bliska załamania.

 Anatolij Statkiewicz, mąż Poliny, nie potrafi usiedzieć bezczynnie, więc w Grigorówce, w wiejskiej chacie gdzie mieszkają aż syn Saszka skończy budować wielki rodzinny dom w Kiszyniowie, najpierw poulepszał wszystko co trzeba, żeby poczuć się chociaż odrobinę bardziej komfortowo, do czego przywykł w Rosji. Jest też porządny wucet i umywalka z bieżącą wodą – rzadkość nawet w bogatszych domach Mołdawian. A na podwórku wojskowy porządek – też rzadkość.

 Teraz pomaga przy remoncie „Domu Polskiego”.  Ten dom, a konkretnie jedna izba użyczona przez merostwo, to kolejny pomysł pani Poliny, żeby się ludzie mieli gdzie spotykać. A wyszukuje w okolicznych wsiach Polaków coraz więcej (w samej Grigorówce znalazła 116). Opiekuje się też starymi samotnymi osobami, za własne pieniądze kupuje słodycze i okolicznościowe kartki w Polsce i potem wręcza je „od Koła Polskich Rodzin” na urodziny sędziwym jubilatom.

– U niektórych jest potwierdzenie polskiego urodzenia. Ale weźmy takie siostry Borotyńskie.  Marija ma zapisane: ojciec Polak. U Nadieżdy – Ukrainiec. Chciałam jej pomóc, ona inwalidka drugiej grupy, mąż też. Ona z padaczką. Biednie, ale bardzo godnie żyją. „Ja nie mogę chodzić po sądach, pani Polino. Ja w duszy Polka” – mówi mi. Ale jak nie masz potwierdzenia, toś nie Polak. Jest bardzo wiele osób, które nie otrzymują żadnej zapomogi, bo o ich polskim pochodzeniu może zaświadczyć tylko stare zdjęcie rodzinne albo polskie modlitewniki.

 

-         U nas trzeba mieć własny patent na wszystko. Mąż sam zrobił w „Polskim Domu” m.in. elektrykę, naprawił i oszklił okna. Obcemu musiałabym zapłacić, a z pieniędzmi „polonijnymi” jak zawsze krucho. A dzieci uczę polskich piosenek tak: najpierw wyszukuję teksty w książkach, potem tłumaczę i zapisuję ruskimi bukwami. Nie mam jednak słownika z rosyjską transkrypcją spółgłosek, więc zamiast „rzeka” dzieci śpiewały R- Z-E-K-A. Zresztą, słowników też brakuje. „Ciociu Polu, dajcie choć jeden” – proszą się jadąc do Polski. A ja, głupia, z Kiszyniowa dźwigałam książki , które są nieprzydatne (romanse, opracowania historyczne, bo tylko to dla nas mieli). Nam potrzebne podręczniki, które posłużą mi do nauki dzieci i dorosłych. Czemu śpiewnika nie mam, słownika z rosyjską transkrypcją? Taka jest potrzebna pomoc Polakom na Wschodzie. Rosyjsko – polski słownik. W twardej okładce, żeby się prędko nie rozsypał!

-         Ze śpiewnika cioci Poli:

Hej, wy Polacy , wy krwawe plemię/ stańcie w szeregi, podnieście głowy / ratujcie ród swój/ ojczystą mowę/

- Ten tekst  przysłali mi aż z Białorusi -  mówi, akcentując mocno słowo „aż”, Polina Statkiewicz, rocznik 1937. Polka potwierdzona urzędowo.

 

 

Reportaż ukazał się w VIP Biznes&Styl, wydanie maj-czerwiec 2010

 

 

 

Galeria zdjęć