Świat Białoruś


Centrum Europy na marginesie świata

Mińsk, piąta rano. Czekam, aż miasto się obudzi. W hali dworca kolejowego industrialnie: szkło, metal, czyściutko, puściutko. Część poprzedniej nocy spędziłam na twardej ławie pod czujnym okiem kamer na dworcu w Grodnie. Takiego zagęszczenia kamer nie widziałam nigdzie na świecie. I takiej czujności mundurowych. Podreptali za mną nawet w krzaki, gdzie resztkami kanapek karmiłam wygłodzonego kota.

 

Tekst i fotografie Anna Koniecka

 

Obudzona mińska ulica mówi po rosyjsku. Nie dlatego, że ludzie białoruskiego nie lubią, ale dlatego, że nie znają - lata Związku Radzieckiego zrobiły swoje - zrusyfikowały naród. Albo dlatego, że się boją - po białorusku mówi ostentacyjnie opozycja. I inteligencja. – Białoruski to język elit – powie mi zaprzyjaźniony socjolog, który bywa w Polsce na sympozjach naukowych; prywatnie raczej rzadko, bo nie chce podpaść zwierzchności, która wszelkim zachodnim kontaktom przygląda się podejrzliwie. Dlatego prosi o anonimowość.

Prezydent Aleksander Rygorowicz Łukaszenka mówi po białorusku jedynie wtedy, gdy musi, np.  składając przysięgę na kolejną kadencję prezydencką. Wg niego istnieją na świecie tylko dwa wielkie języki – rosyjski i angielski, białoruski uważa za język ubogi.

W dziesięciomilionowym kraju, gdzie Białorusini stanowią prawie 80 proc. obywateli, a Rosjanie tylko 14 proc., urzędowymi językami są rosyjski i białoruski. Tyle że w narodowym języku wychodzi bodaj jedna państwowa gazeta i uczy się (wg oficjalnych danych) 20 proc. dzieci. Za to po rosyjsku wykłada się nawet historię i geografię Białorusi. A po łukaszenkowskiej „reformie językowej” z 2006 roku, polegającej na tym, że jest mniej miękkich znaków i inna interpunkcja, słowo „prezydent” pisze się zawsze z dużej litery. Ta cała „reforma” była po to, żeby jeszcze mniej młodych chciało się uczyć białoruskiego.

Gleb Malinowski, działacz Młodego Frontu z Grodna: - Edukacja w szkołach jest prorosyjska. Pierwszy raz podpadł władzy, gdy stał w tłumie na ulicy z narodową flagą biało-czerwono-białą – symbolem opozycji. – Milicja dała nam 3 minuty na rozejście się, potem była łapanka. Mnie przetrzymali trzy godziny, ale wtedy mi się upiekło, bo byłem nieletni. Zagrozili, że wyrzucą ze szkoły. I wyrzucili. U nas ni sądu, ni prawdy. Nasz naród jeszcze jest radziecki, tymi kategoriami myśli. A starych trudno nauczyć demokracji w totalitarnym kraju.

Białoruś carewicza Koli

Łukaszenka rządzi już 15 lat i zanosi się na to, że będzie rządził wiecznie. Prezydent już lansuje na następcę tronu swojego najmłodszego (nieślubnego) synka Kolę. Jeździ z nim na oficjalne wizyty. Pięcioletni malec uczestniczy w oficjalnych rozmowach; ostatnio był z tatką u papieża w Watykanie. W zeszłym roku, w czasie ćwiczeń wojskowych generałowie składali raport prezydentowi oraz małemu Koli, któremu na tę okazję Batk’a  sprawił  specjalny mundur. - To jest paranoja. Prezydent chce sobie poprawić wizerunek kosztem własnego dziecka, któremu odbiera dzieciństwo i wypacza charakter – oburza się znajomy socjolog.

Najstarszy syn prezydenta, Wiktar, jest jego doradcą ds. bezpieczeństwa i jako najbardziej zaufana osoba w państwie kontroluje interesy gospodarczej nomenklatury. Mówi się, że jest gwarantem łukaszenkowskiego porządku i układów na wypadek, gdyby Bat’ce jakimś cudem powinęła się noga. Ale opozycja jest wciąż podzielona i słaba. A większości obywateli demokracja kojarzy się z bałaganem i niepewnością, dlatego większość woli sojusz z Rosją niż z UE.

- My chcemy tylko spokojnie żyć – mówi starsza kobieta, emerytowana tancerka, spotkana w środku lasu w Kuropatach ( dziś peryferie Mińska). Przychodzi tu „odetchnąć od miejskiego zgiełku”. Mieszka w pobliskim osiedlu Zielony Ług.

W weekendy do Kuropat zjeżdżają całe rodziny na piknik. Piją, jedzą, palą ogniska. Tymczasem kuropacki las to nie tylko sosnowe zagajniki i polany pełne malin. To jest wielka zbiorowa mogiła, gdzie w „dołach śmierci” zakopano około  300 tysięcy ofiar stalinizmu - Białorusinów i Polaków. Łukaszenka chciał puścić tędy autostradę.

A teraz zapewnia Zachód, że nie chce na Białorusi niczego co by przypominało dawny Związek Radziecki. Chce jednak zachować z radzieckich doświadczeń to, co było udane. Ale to co mu się udaje najlepiej – twierdzą jego przeciwnicy - to utrzymywanie ludzi w strachu i wzajemnej podejrzliwości. Bo KGB rządzi państwem, kontroluje każdą sferę życia: naukę, kulturę, zakłady pracy.

Białoruś inwalidy Sławika

- Wszystko jedno, gdzie pracujesz – jedna sitwa, narzekał Sławik, inwalida wojskowy, który jeździł ze mną trochę po Białorusi, żeby sobie dorobić do renty. – Inwalidztwa nabawiłem w wojsku, więc mnie prędko odesłali do cywila. Poszedłem do kołchozu, bo tam zawsze ludzi brakuje. Łukaszenka ściąga pracowników aż z Kazachstanu, domy im buduje, byle chcieli robić. Nasi nie chcą, bo kołchozy płacą albo miesiącami zalegają. Wszystko zależy od kierownika. Znałem jednego takiego. Syn aparatczyka, łeb w chmurach, na ludzi bluzga, a sam na niczym się nie zna. Ale nie do ruszenia. Jak mu podskoczysz, to cię załatwi po linii politycznej, a z opinią politycznego wichrzyciela nie znajdziesz roboty. Uciekłem stamtąd dość prędko. Dojarka zarabiała trzy razy tyle co ja: jako kierowca, traktorzysta i mechanik - trzy w jednym. A jak trzeba to i karawaniarz. Ale nie w tym rzecz, ktoś przecież musi wywieźć nieboszczyka z kołchozu. Tyle że cmentarz, dajmy na to, jest 20 kilometrów od kołchozu, a ksiądz jeden na parę wsi. Nieboszczyk czeka w izbie, aż przyjdzie jego kolej na pochówek. Czasem parę dni tak czeka. A że jest zwyczaj wieźć go w odkrytej trumnie, to kładzie się na ciężarówkę stary dywan, ustawia trumnę i rusza powolutku, żeby ksiądz nadążył iść. Za nim kondukt, krok za krokiem, idzie, kto żyw, bo pogrzeb, ślub i chrzciny to jedyne towarzyskie wydarzenia na wsi. A tu lato, słońce piecze, z otwartej trumny śmierdzi, że najbardziej krepką łozowką (białoruski samogon) smrodu nie zabijesz. A ja, cholerka, nie mogę pić! Inwalida przecież jestem.

Białoruś Dzierżyńskiego

Znajomy socjolog z Mińska uważa, że system policyjnego państwa ma swoje dobre strony. Jeśli obywatel nie zajmuje się polityką, może spokojnie żyć. - Białoruś jest bezpiecznym krajem, bo Łukaszenka zrobił porządek nie tylko z mafią, ale także drobną żulię wziął za pysk. I patrz, pani, nie ma u nas chuligaństwa na ulicach, ani kradzieży samochodów.

Patrzę. Wielopasmowym traktem suną bryki, każda warta co najmniej pięć pensji prezydenta (zarabia równowartość tysiąca dolarów; średnia krajowa – 100). A ulica paraduje w ślubnych sukniach. Istny wysyp nowożeńców, a przecież to piątek, roboczy dzień. Na Prospekcie Niezależności milicja wstrzymuje co trochę ruch, żeby kolejna młoda para mogła się bezpiecznie przeprawić pod strzelisty pomnik zwieńczony czerwoną gwiazdą i złożyć tam ślubną wiązankę. W parku ślubna sesja zdjęciowa, jedna za drugą. W tle pomnik Lenina. Jakaś para właśnie stamtąd odchodzi, złożywszy uprzednio kwiaty.

Na ławeczkach przy starym pomniku Feliksa Dzierżyńskiego, w samym centrum Mińska, młodzież popija piwo, mundurowym to nie przeszkadza. Spiżowy Feliks Edmundowicz, szef CzK, stoi naprzeciwko kwatery tajnej policji.  Chichot historii? Białoruska rzeczywistość: pomniki Dzierżyńskiego i Lenina stoją w każdym mieście, a ulice noszą imiona bolszewickich bohaterów. I przybywa nowych pomników.

Parę przecznic od starego pomnika Dzierżyńskiego znajduje się Klub Oficerski jego imienia. Z dachu filuje na przechodniów kamera. Kiedy chciałam sfilmować potężny socrealistyczny gmach, jakaś kobieta ostrzegła mnie trwożnym szeptem: „Nielzja!” i przeszła prędko na drugą stronę ulicy. Od sprzedawczyni z delikatesów też usłyszałam: „Nielzja”, gdy próbowałam uwiecznić bogaty asortyment wędlin na wystawie. Naprawdę bogaty – Mińsk jest świetnie zaopatrzony, i tańszy niż prowincja, nawet kartofle są tańsze, bo prezydent tak zarządził.

Białoruś polska

- Żeby temu Łukaszence Bóg dał zdrowie – błogosławiła prezydenta babcia Rufina Benderowicz za to, że daje emerytury „regularnie jak w zegarku”. Bo to prezydent daje, takie jest powszechne przekonanie wśród starych ludzi – Pani wie? On powyrzucał urzędników, którzy nam, starym, zamiast emerytur, gołe zaliczki dawali – zachwycała się babcia Rufina, gdyśmy siadywały wieczorkiem na ławce opodal muzeum Dzierżyńskiego, gdzie kagiebiści całymi latami przyjeżdżali, a potem ruszali do pobliskiego Dzierżynowa, bo tam urodził się Krwawy Feliks. Dziś już muzeum w Iwieńcu nie ma. Łukaszenka kazał je przenieść do Dzierżynowa, do specjalnie w tym celu odbudowanego rodzinnego folwarku Dzierżyńskiego.

A sam Iwieniec nazywa się teraz Iwianiec.

Teresie Sobol, przewodniczącej miejscowego oddziału Związku Polaków i szefowej Domu Polskiego, bodaj jednego z dwóch na Białorusi, jeszcze nie zaanektowanych przez władzę, wcale się to nie podoba. – Ludzie zaczynają pisać nawet swoje nazwiska po białorusku, a co gorliwsi  przerabiają też tablice na grobach – mówi, gdy idziemy na cmentarz, ale nie po to, żeby to zobaczyć, tylko żeby swobodnie porozmawiać. – W Domu ściany mają uszy.

Po drodze pani Teresa opowiada, jak NKWD spaliło na stosie cały polski księgozbiór znaleziony w miasteczku. Ludzie ledwo zdołali ukryć dzwon z Białego Kościoła. - Już straciliśmy nadzieję, że go kiedykolwiek odnajdziemy, aż tu przy okazji remontu i przekopywania podwórka przykościelnego łopata o coś zgrzytnęła. Patrzymy, a to nasz dzwon! Ocalał od bolszewików i od Niemców.

W Iwieńcu nie ma już księdza Walerego Sokołowskiego, Białorusina po łódzkim seminarium, który zaczynał remont. Przenieśli go, bo ponoć uparł się odprawiać msze po białorusku, a nie po polsku, co się ludziom się nie spodobało. Gdyśmy się spotkali kilka lat temu, miał piękny plan, żeby Iwieniec nie kojarzył się tylko negatywnie - z Dzierżyńskim i z kagiebistami. Sokołowski chciał sprowadzić relikwie błogosławionego Achillesa Puchały. - On pochodził z waszych stron, z Kosiny pod Rzeszowem. We wsi Pierszaje w czasie okupacji, gdzie był proboszczem, oddał życie razem z drugim księdzem Hermanem Stępniem z Grodna, żeby ocalić ludzi prowadzonych na rozstrzelanie.

W kościele w Pierszajach, przy złoconej trumience z relikwiami błogosławionych o. Walery wymodlił zdrowie dla dziecka znajomych z Polski, chorego na białaczkę. Potem dla jeszcze jednego.

Byłby Iwieniec cudami słynący?

Maria Mazanik z wioski Ciesowaja chętnie by jeździła do pobliskiego Iwieńca, ale na zakupy. Gdyby był autobus. – Na nogach już nie pójdę, bo jestem za stara. Ile dokładnie mam lat, nie jestem pewna, bo wciąż mi w papierach zmieniali. Raz ja była ruska to znów białoruska, a ja Polka z dziada pradziada -  mówi z dumą.

Pani Maria zapewnia, że jest szczęśliwa. Dzieci mieszkające w Mińsku mają pracę, wnuki się uczą. – A we wiosce kościół nam pobudowali i modlimy się po polsku. Trza więcej?

Polaków jest na Białorusi około milion. To najliczniejsza, po Rosjanach diaspora w tym kraju. Aleksander Łukaszenka uważa ich za element najbardziej podatny na wichrzycielstwo.

 

VIP B&S Numer 4(5) Lipiec-Sierpień 2009

 

 

Galeria zdjęć