BIESZCZADZKI MARATON
Stu ich na stacji narty dobywa,
Ślizgi dokładnie smarem pokrywa.
Praca cierpliwa.
Wokół nich zima bieszczadzka głucha,
Ktoś im powinien tu dodać ducha:
Och – jaka zima!
Uch – Słońca ni ma
Ech – mrozem trzyma!
Uff – i zadyma!
Z żądzy zwycięstwa już ledwie sapią,
W rozdęte płuca powietrze łapią
Kurtki puchowe wnet pościągali,
Stają na tory duzi i mali
„Lokomotywę” Julia Tuwima sparafrazował Edward Marszałek
Dyszała, sapała, ale wolno jechała, przed laty bieszczadzka ciuchcia. Od czterech lat na tym samym torowisku dyszą, ale gnają do przodu narciarze w Bieszczadzkim Biegu Szlakiem Kolejki Leśnej. Odepchnięcie kijkami, jeszcze jedno, i jeszcze jedno i coraz bliżej od „Niedźwiedzia”- Piotra Ostrowskiego z Wetliny do „Kija” - Wojciecha Gosztyły do Woli Michowej. Przez Smerek, Kalnicę, Strzebowiska, Przysłup, Krzywe, Dołżycę, Cisną, Majdan, doliną rzeki Solinka w kierunku pasma granicznego przez dawne wsie Solinka i Balanica, do Maniowej i dalej do Woli Michowej pędzą narciarze niekiedy szybciej niż przed laty bieszczadzka ciuchcia.
Tekst Aneta Gieroń
Fotografie Tadeusz Poźniak
Ostatni weekend stycznia, w Wetlinie zamieć, a na starcie bieszczadzkiego maratonu narciarskiego prawie 200 „wariatów z kijami”, każdy tak samo zadziorny na zwycięstwo jak Justyna Kowalczyk na złoto w Vancouver. Z numerem jeden na starcie Stefania Biegunówna.
I… prawie chciałoby się zapytać, czy mnie jeszcze pamiętasz? Minęło 40 lat, ale pamiętają wszyscy. Stefania Biegunówna była reprezentantką Polski w biegach narciarskich na trzech olimpiadach; w Squaw Valley 1960, Innsbrucku 1964 i Grenoble 1968.
- Od 12 lat na stałe mieszkam w Wetlinie – opowiada pani Stefania, gdy lekko zdyszana wbiega na metę pierwszego odcinka maratonu, z Wetliny do Przygłupia.
Dlaczego tylko 11 kilometrów? – Dość się już w życiu nabiegałam, dla 75-letniej pani taki dystans jest w sam raz – śmieje się najsłynniejsza Funia z Wetliny, bo tak tu wszyscy ją nazywają. Kilka łyków herbaty z miodem, dwie mandarynki, banan, garść rodzynek, by uzupełnić braki energetyczne po trasie i czuje się wspaniale
Znakomita sportsmenka po raz pierwszy w Bieszczady przyjechała w 1952 r., zaraz po maturze i chociaż zakochała się w połoninach, grzecznie wróciła do Wieprza k. Żywca, gdzie się wychowała. W następnych latach treningi, podróże, Tatry i Zakopane zdominowały jej życie. W latach 70. już była bliska kupienia ziemi w okolicach Baligrodu, ale na szczęście – jak sama mówi – na te piękne tereny udało się wrócić rodzinie wysiedlonej stamtąd w latach 50. a od zawsze mieszkającej w Bieszczadach.
Funia Biegunówna na starcie w Wetlinie
12 lat temu powiedziała sobie koniec, rzuciła życie „mieszczucha” z Zakopanego, i na stałe osiadła w Bieszczadach. I tak została w Wetlinie w pensjonacie pod numerem 91, który nawiedzają tłumy turystów z całej Polski. – Rekordziści gościli już u mnie 16 razy, zimą biegamy na nartach po cudnych bieszczadzkich dolinach, latem stajemy na połoniny i patrzymy przed siebie. Tylko tutaj jest takie miejsce, jedyne na świecie, gdzie przy dobrej pogodzie bezkres zielonych góry ciągnie się w kolejnych pasmach, daleko aż na Ukrainę.
Piotr Ostrowski i Wojciech Gosztyła, organizatorzy narciarskich zawodów, jeżeli czegoś żałują, to tylko tego, że Bieszczadzkiego Biegu Szlakiem Kolejki Leśnej nie wymyślili wcześniej. W końcu tradycja zobowiązuje, Piotr Ostrowski dla wszystkich po prostu „Niedźwiedź” należy do jednego z najstarszych rodów bieszczadzkich - Ostrowskich, którego mama przez prawie 30 lat gazdowała w Wetlinie, a teraz w on „Leśnym Dworze” gazduje z synami. Wojciech Gosztyła, bardziej znany jako „Kiju” od wielu lat prowadzi „Latarnię Wagabundy” w Woli Michowej. I tak jak kiedyś kolejka łączyła ludzi i miejscowości, tak teraz torowisko znów łączy ludzi i wspomnienia.
- Tego trzeba zakosztować, tego startu z Wetliny, gdy za plecami zostawia się Połoninę Wetlinską i Smerek i wyrusza się w najdłuższą w Polsce trasę narciarską „na wprost”, 41 kilometrów tylko przed siebie. Taka trasa, z takim widokami jest tylko Bieszczadach – tłumaczy Stefania Biegunówna.
Maraton od „Niedźwiedzia” do „Kija”
Skąd pomysł na bieg szlakiem akurat bieszczadzkiej ciuchci? „Kiju” i „Niedźwiedź” na jednym oddechu wyliczają; bo sami biegamy na nartach od lat, bo kochamy góry, bo kochamy ludzi i jak to wszystko zebraliśmy do kupy, to jak nic wyszedł z tego bieszczadzki maraton, o w mordę jeża.
Prawdziwy maraton, bo ledwie zimowe słońce w końcu stycznia dostrzec można na niebie, narciarze już wciskają się w kombinezony, smarują narty i ustawiają się do startu. Jednak mocny wiatr i śnieżyca trochę przestraszyły uczestników IV biegu, bo do mety w Przysłupiu, po 11 kilometrach biegu zdecydowało się wystartować najwięcej zawodników. Do stacyjki w Majdanie, na 23 km pobiegło kilkadziesiąt osób, najodważniejsi przebiegli 41 kilometrów, aż do finałowej mety w Woli Michowej. Gdzie Kiju czekał z bigosem, nagrodami i dyplomami.
- Piękna trasa, ale asekuracyjnie wystartowałam tylko na 11 kilometrów – śmieje się
Agnieszka Leszega z Ustrzyk Dolnych, zwyciężczyni pierwszego odcinka, na co dzień pracownica w oddziale Straży Granicznej w Stuposianach.- Przed laty biegałam w szkole podstawowej, niedawno znów wróciłam do biegówek i super się czuję. Takie bieganie „na wprost”, nie po pętli, jak to się dzieje na wszystkich biegach w Polsce, jest czymś fantastycznym. I jeszcze te bieszczadzkie widoki.
Po Agnieszce nie widać najmniejszego zmęczenia, lata spędzone w szkole sportowej zrobiły swoje, mimo że bieg torowiskiem dawnej kolejki do łatwych nie należy. Trzeba mistrzowskiej techniki, by umiejętnie pracować kijkami i nie zawadzać nimi o torowisko. Na specyficznej trasie, przez 4 lata zawodnicy zadbali nawet o specyficzne zwyczaje, gdy ktoś chce wyprzedzić konkurenta, na wąskim torowisku krzyczy: „hop, hop”, albo „wolny tor”.
- Świeży, mokry śnieg, trasa w tym roku była ciężka –jak zawodowiec tłumaczy mi najmłodszy uczestnik biegu, 10-letni Alan Ciborowski z Jasła, zdałoby się rzec weteran, bo już po raz trzeci uczestnik bieszczadzkiego maratonu. W 2010 roku z czasem na 11- kilometrowym odcinku; 1 godzina 23 minuty, w tamtym roku była 1 godzina 30 minut, a dwa lata temu 1 godzina i 50 minut.
- Taki miałem plan, pobicie wyników z poprzednich lat – kwituje Alan. Za rok w dalszą trasę, do Majdanu jeszcze nie pobiegnie, ale wynik będzie chciał poprawić.
Ambicje dziesięciolatka przestają mnie dziwić, gdy na mecie w Woli Michowej okazuje się, że zwycięzcą całego maratonu jest tata Alana, Damian Ciborowski z czasem 3 godziny 26 minut, czyli szybciej niż przed laty trasę z Wetliny do Woli Michowej pokonywała kolejka leśna.
Ciborowscy mistrzami na Szlaku Kolejki Leśnej
- Przez bardzo trudne warunku, w tym roku czas jest sporo gorszy niż dwa lata temu, gdy też zwyciężyłem - opowiada Damian Ciborowski. Wtedy wynik był prawie o pół godziny lepszy.
Gdy dowiaduję się, że w biegu startowała także Katarzyna Ciborowska, mama Alana, zastanawiam się, jak wielu podobnych do nich pasjonatów przyjeżdża co roku na start bieszczadzkiego biegu.
- Fantastycznych uczestników jest wielu – śmieją się Ciborowscy. - Mamy tu znajomych z całej Polski, ale historia naszej rodziny jest bardzo sportową historią.
Ciborowscy już dwukrotnie, przez prezydentów; Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Kaczyńskiego nagradzani byli pucharami dla najbardziej usportowionej rodziny w Polsce. Damian Ciborowski, pochodzący z Pisza na Maurach, ale od lat osiadły z rodziną w Jaśle, ma jeszcze trzech braci i wspólnie ze swoimi dziećmi stanowią rodzinną, 17 - osobową ekipę biorącą udział w sportowych zawodowych w Polsce i zagranicą. Zawsze z dużymi sukcesami.
- W tym roku na bieszczadzkim biegu wyprzedzili mnie moi obaj panowie – żartuje Katarzyna Ciborowska. – Ale ja już zapowiadam rewanż w przyszłym roku. Tym razem po krótkiej chorobie nie chciała nazbyt się forsować, i jako druga przekroczyłam metę w Przysłupiu. Za rok szykuję się na start z metą w Majdanie i zwycięstwo interesuje mnie najbardziej.
- Niech pani popatrzy, seniorzy w kombinezonach retro, młodzież w najnowszym, profesjonalnym sprzęcie, wszyscy ostro walczą o zwycięzco, a jednocześnie, jak dużo śmiechu mamy tu na trasie, gdzie od 10-latka po prawie 80-latnich uczestników biegu próbujemy rozreklamować narty biegowe i Bieszczady- mówi do mnie Stefania Biegunówna. – Fenomen Justyny Kowacze już zrobił swoje, na nartach jak Małysz nikt nie będzie skakał, ale na nartach jak Kowalczykówna biegać może każdy. Nie ma nic cenniejszego niż aktywny człowiek blisko przyrody.
I tak się przetoczył już po raz czwarty bieszczadzki maraton i przetoczy się jeszcze nie raz, bo „Kiju” i „Niedźwiedź” wspomagani przez Funię „lokomotywą” są mocną, za nimi już jest sznur ponad 200 „wagonów”, w kolejnych latach skład się powiększy.
Magazyn VIP Biznes&Styl numer 2(10); Marzec-Kwiecień 2010






