Jesteśmy Polakami. Polakami z Litwy. Tylko taka odpowiedź jest pełna.
Wilno - miasto cudów
Sobota, 18 kwietnia. W sześć osób stoimy na Górze Trzech Krzyży w Wilnie i żartujemy, że nie wyniesiemy się ze wzgórza, dopóki nie doczekamy się spotkania z prezydentem Litwy, Valdasem Adamkusem. Szaleńczy pomysł? Niby dlaczego? Kilka godzin wcześniej udało się nam spotkać i porozmawiać z premierem Litwy, Andriusem Kubiliusem, dzień wcześniej przez godzinę podyskutować z Michałem Mackiewiczem, szefem Związku Polaków na Litwie i jednym z trzech polskich posłów w litewskim parlamencie. Wilno wydaje się nam miastem cudów. Czy cudów z Polską w tle? Gdy ten numer dotrze do Państwa rąk, będzie już wiadomo, jaki wynik w wyborach prezydenckich na Litwie osiągnął Polak, Waldemar Tomaszewski. Szef Akcji Wyborczej Polaków na Litwie i poseł do litewskiego parlamentu od kilku tygodni jest oficjalnym kandydatem.
Tekst Jaromir Kwiatkowski, Aneta Gieroń
Fotografie Tadeusz Poźniak
Litwa dziś, to ponad 3-milionowe państwo, a w nim 250 tys. Polaków stanowiących największą mniejszość narodową. Setek, tysięcy wspomnień z czasów, gdy przed II wojną światową Wilno należało do Polski, statystyki nie sumują. Czy mamy tego świadomość? Nasza przyjaciółka, Ania Makowska, nauczycielka w polskim Gimnazjum im. Adama Mickiewicza, jednocześnie przewodniczka po Wilnie, opowiada, że turyści z Polski, gdy mówi, że jest Polką, często pytają, skąd się wzięła w Wilnie. Są bardzo zdziwieni, gdy odpowiada, że jej rodzina mieszka tu od pokoleń. Taki analfabetyzm historyczny.
Od kilku miesięcy o Polakach mówi się na Litwie bardzo dużo. Zaczęło się od Karty Polaka, dokumentu potwierdzającego polskość mieszkających tu Polaków. W finale był polityczny skandal. Awantura wybuchła, gdy Gintaras Songaila, poseł rządzącej partii konserwatywnej, poddał w wątpliwość lojalność polskich posłów wobec Litwy. Trzech parlamentarzystów z Karty Polaka rezygnować nie zamierza.
Wiosną tego roku Waldemar Tomaszewski zgłosił swój start w majowych wyborach prezydenckich. Polak prezydentem Litwy? Szanse są niewielkie, ale… Rubikon został przekroczony. W razie niepowodzenia, gotowy jest plan „B”. Tomaszewski zamierza być pierwszym Polakiem, który zostanie europosłem z Litwy.
Serce Piłsudskiego i polska starowinka
Swojsko, jak u siebie - tak czuje się prawie każdy Polak przyjeżdżający do Wilna. Bo też ślady polskości widać tu niemal na każdym kroku. Może najbardziej przy Ostrej Bramie. Najsłynniejszy skrawek Wilna z cudownym obrazem wydaje się być wiecznie otoczony wiernymi. Na kolanach, wózkach, zdrowych nogach, dzień w dzień setki osób proszą o łaski. Samo miejsce, porównywane do Częstochowy, jest dużo bardziej kameralne, a obraz Matki Bożej Ostrobramskiej wydaje się być na wyciągnięcie ręki.
Przy Ostrej Bramie wyłącznie polskie staruszki z dewocjonaliami. Obraz jak zatrzymany w kadrze powtarza nam się na Rossie, przy grobie Marszałka Józefa Piłsudskiego, usytuowanym z lewej strony bramy, w którym spoczywa Maria z Billewiczów Piłsudska, matka Marszałka, oraz urna z jego sercem. Wpatrujemy się w napis „Matka i serce syna”. Prostujemy szarfy z kwiatowego wieńca z napisem „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński”. Głowa państwa była tu dwa dni wcześniej.
Za nami Irena Bołędź klepie polskie wierszyki. Starowinkę od dziesiątek lat znają wszyscy odwiedzający Cmentarz na Rossie.
Gdy tak chodzimy po jednym z najpiękniejszych cmentarzy w Europie, trudno nam nie zażartować, że polskie przedwojenne elity naukowe, kulturalne i polityczne jak jeden mąż mieszkały w Wilnie. Mijamy groby historyka Joachima Lelewela, prezydenta Wilna, Adama Piłsudskiego, Euzebiusza Słowackiego, pisarza Władysława Syrokomli i wiele innych. Długo stoimy przed aniołem z brązu, odrywającym się od ziemi. To pomnik 24-letniej Izy Salmonowiczówny, najpiękniejszy na Rossie.
Chorzy na sztukę zostają w teatrze
- Mieszkam tuż obok Rossy. Mówią o nas: polska dzielnica ze starymi, często drewnianymi domami na wzgórzach - opowiada Teresa Samsonow, nauczycielka chemii w Gimnazjum im. Adama Mickiewicza, „po godzinach”, od prawie 30 lat, aktorka Polskiego Teatru w Wilnie. – Chorzy na sztukę zostają - śmieje się z tej „długowieczności”. Z panią Teresą spotykamy się w Domu Polskim, w sporej sali będącej siedzibą teatru, pełnej plakatów z przedstawień, elementów scenografii i pamiątek.
Teatr działa od 44 lat. W 1965 r. Irena Rymowicz, zawodowa aktorka, wystawiła „Damy i Huzary” Aleksandra Fredry w Pałacu Kultury Kolejarzy w Wilnie. Od tego czasu Teatr Polski co roku wystawia co najmniej jedną premierę w Wilnie (uzbierało się ich już ponad 50), a potem rusza do Polski w objazd. Polscy aktorzy z Wilna byli m.in. w Rzeszowie i Łańcucie, na dowód pani Teresa wyciąga zapiski z kronik, wyszukuje pamiątki na ścianach.
- Po klasyce przyszedł czas na coś współczesnego - żartuje Samsonow. - „Miłość i intryga” Pierra Sauvila to nasz ostatni sukces. Sztukę, zawsze przy pełnej sali, gramy w Domu Polskim.
- Tutaj jesteśmy u siebie - dodaje pani Teresa. - Brakuje nam tylko popularnych sztuk, filmów i książek, które - łatwo dostępne w Polsce - do nas trafiają z opóźnieniem albo wcale.
- Czy czujemy się zapomniani przez Polskę i polskich polityków? - zastanawia się. - Nie, nigdy tak o tym nie myślałam. Od zawsze jestem Polką, ale Polką z Wilna.
Z sąsiadem przy kawie po polsku, litewsku i rosyjsku
Iwona Czerniawska, nauczycielka z Gimnazjum im. Adama Mickiewicza, fenomen tego bardzo europejskiego dziś miasta tłumaczy krótko: - Dla mnie czymś tak naturalnym jak oddychanie jest świat, w którym trzy osoby witają się po polsku, by po chwili dyskutować po rosyjsku, a spotkanie zakończyć litewskim „do widzenia”. Mieszkam w bloku, gdzie obok siebie od dziesiątek lat mieszkają Polacy, Żydzi, Rosjanie i Litwini.
W Polsce, która wydaje się monolitem kulturowym, językowym i religijnym, czymś trudnym do wytłumaczenia jest świat, gdzie na jednej ulicy są szkoły: polska, rosyjska i niemiecka. Gdzie trójjęzyczność jest czymś powszechnym. Gdzie tolerancja jest słowem, o którym nikt nie mówi, bo i po co.
- Jestem Polką. Polką z Litwy. Tylko taka odpowiedź jest pełna - uśmiecha się Czerniawska. Uczy historii. Studiowała w Polsce, w Lublinie, ale nigdy nie uważała, że awansem społecznym będzie osiąść w Polsce na stałe.
- Nie wiem, czy Polska „odjechała” od Polaków na Litwie, nie postrzegam tak zdarzeń historycznych. Od dziecka mówię po polsku, skończyłam polskie szkoły i nie czuję się na marginesie litewskiego życia - mówi Czerniawska.
Od przedszkola do matury w polskiej szkole
Nam jednak nie daje spokoju, czy aby na pewno posyłanie dzieci z polskich rodzin do polskich szkół jest dobrym pomysłem, bo przecież może on izolować polską młodzież od litewskich elit i najlepszego wykształcenia w Uniwersytecie Wileńskim.
Czerniawska jest pewna, że o marginalizacji Polaków nie może być mowy: - Młodzież tak samo dobrze mówi i pisze po polsku i litewsku. Bez problemu dostaje się na litewskie uczelnie wyższe - przekonuje. - Wielu młodych ludzi, tak samo jak w Polsce, przez ostatnich kilka lat wyjechało do pracy w Anglii, Irlandii, Francji. Ci, którzy pozostali, nie są gorszą, biedniejszą grupą społeczną w stosunku do Litwinów czy Rosjan.
Mówić po litewsku bez akcentu
Nieco inne podejście do edukacji swoich córek ma Ania Makowska. Starszą, 15-letnią dziś Ewelinę, posłała do litewskiego przedszkola. Podobnie jak młodszą, 5-letnią Kamilę. Po to, by perfekcyjnie nauczyły się języka litewskiego. Z wymową, która nie będzie ich różnić od rodowitego Litwina. - Gdy się nie opanuje tej umiejętności, zamyka to wiele dróg - tłumaczy.
Ewelina chodzi już jednak do polskiej szkoły. - Nie było nawet dyskusji - podkreśla Ania. - Jesteśmy przecież Polakami. A poza tym w szkole jest dobry poziom nauczania języka litewskiego.
Przyznaje jednak, że choć w Wilnie polska oświata dorównuje litewskiej, to na prowincji jest gorzej. - Tam, gdzie mieszkają Polacy, szkoły litewskie są z reguły świetnie wyposażone, z basenami. Po to, by odciągnąć Polaków od polskich szkół. Po części to się udaje.
Po nieudanych próbach utworzenia w latach 90. polskiego uniwersytetu w Wilnie, od kilku lat w stolicy Litwy działa filia Uniwersytetu Białostockiego. Na jakim poziomie kształci? Za wcześnie oceniać, zwłaszcza, że na początek proponuje tylko kierunki ekonomiczne i informatyczne.
Masz głowę na karku, to sobie poradzisz
Ania Makowska uczy historii, literatury, polskiego i WOS-u w Gimnazjum im. Adama Mickiewicza. Zrobiła też papiery przewodnika po Wilnie i Trokach. Mąż Jurek przed laty pracował w warsztacie samochodowym. Ukończył studia wieczorowe, jest dyrektorem firmy produkującej styropian. Niedawno przeprowadzili się do dużego, nowocześnie urządzonego mieszkania w nowym bloku przy ul. Kalwaryjskiej. - Zarabia Jurek, zarabiam ja, pieniędzy nam wystarcza - śmieje się Ania. Zarabia w szkole, w przeliczeniu, prawie 3 tys. zł. - Ale na półtorej etatu - podkreśla. Nie są to kokosy, bo koszt życia na Litwie jest podobny, a może nawet ciut wyższy niż w Polsce.
Ania zaczynała jako dziennikarka w „Kurierze Wileńskim” - najpierw państwowej gazecie (dawnym „Czerwonym Sztandarze”), później sprywatyzowanej. - Nie było tam perspektyw. Wypłaty niskie, z opóźnieniem - wspomina. Przeniosła się do „Gazety Wileńskiej”, ale ta upadła. - W końcu dziennikarstwo przestało mnie „bawić” - opowiada. Była przez chwilę księgową, w końcu wróciła do wyuczonego zawodu pedagoga.
Ania uważa, że narodowość może mieć większe znaczenie na państwowej posadzie. Co innego w firmach prywatnych: tu liczy się przede wszystkim fachowość. - Jeżeli masz głowę na karku, to sobie poradzisz.
Z premierem Litwy na Antokolu
W sobotę, 18 kwietnia, rano, zwiedzamy niezwykły kościół Św. Piotra i Pawła na Antokolu - położonej nieco na uboczu dzielnicy Wilna. Kościół ufundował Michał Kazimierz Pac, herbu Gozdawa, hetman wielki litewski, jako podziękowanie za stłumienie buntu wojsk zaciężnych.
Wychodzimy z kościoła, gdy podekscytowana Ania Makowska woła: - Słuchajcie, to nasz premier!
- Jaki premier? - nie „załapujemy” od razu.
- No, premier Litwy!
Ania podchodzi i tłumaczy, że to dziennikarze z Polski. Andrius Kubilius podchodzi do nas, pozdrawia słowami „laba diena” (dzień dobry) i podaje każdemu z nas rękę. Premier jest z żoną i ochroniarzem, którzy dyskretnie usuwają się w cień. Okazuje się, że szef rządu, w ramach ekologicznej akcji Darom 2009 (Robimy 2009), właśnie przed chwilą posadził drzewko obok kościoła Św. Piotra i Pawła. Sam zresztą mieszka niedaleko stąd.
Andrius Kubilius jeszcze tylko staje między nami i pozuje do pamiątkowej fotografii, by po chwili wsiąść z żoną na rower-tandem, i skromnie, bezceremonialnie pojechać dalej. Za nimi „kręci” ochroniarz na rowerze.
Czyż życie w Wilnie nie jest pełne niespodzianek?
Polskie serce obywatela litewskiego
Rozmowa z MICHAŁEM MACKIEWICZEM, przewodniczącym Związku Polaków na Litwie, posłem na Sejm Republiki Litewskiej
Trzech Polaków zasiadających w parlamencie litewskim przyjęło Kartę Polaka. Posłowie-Litwini podnieśli wrzawę, że powinniście złożyć mandaty, bo - ich zdaniem - nie będziecie lojalni wobec państwa litewskiego…
Sprawa była rozpatrywana w Sejmie. Stanęło na tym, że musi ją rozpatrzyć Sąd Konstytucyjny, bo w konstytucji jest mowa, że członek Sejmu nie może być obywatelem innego państwa, ani nie może mieć wobec niego żadnych zobowiązań. A Karta Polaka jest - zdaniem tych posłów - zobowiązaniem względem Polski. Pytano nas, jak będziemy głosowali, gdy dojdzie do sprzeczności interesów Polski i Litwy.
Dano wam ultimatum, że albo zrzekacie się Karty Polaka, albo mandatu posła?
Nie. To byłby impeachment. Z Kartą czy bez Karty, z woli Boga jesteśmy Polakami i Polakami umrzemy. Karta nie jest równoznaczna z polskim obywatelstwem, żadnych zobowiązań wobec Polski nie mamy. To raczej Polska ma zobowiązania wobec nas, bo odeszła od nas. A będziemy głosować tak, jak nam wskaże nasze polskie serce i polskie sumienie obywatela litewskiego.
Waldemar Tomaszewski został zarejestrowany w wyborach na prezydenta Litwy, a przecież też ma Kartę Polaka. Czy odbieracie to jako sygnał, że ta sprawa rozwiąże się po waszej myśli?
Jeszcze nie wiadomo, co będzie. Ale litewski Sąd Konstytucyjny nie ma kompetencji do analizowania, czy polska ustawa o Karcie Polaka nie przeczy konstytucji litewskiej.
- Dzień przed nami był w Wilnie prezydent Lech Kaczyński. Jak on widzi wasze problemy?
Po raz pierwszy wypowiedział się dość jednoznacznie, że nie rozumie tej sytuacji. Podobnie zresztą wypowiadali się Tusk, Borusewicz, Komorowski, który nawet w związku z przeciągającymi się problemami Polaków na Litwie, odwołał przyjazd do Wilna 11 marca na święto niepodległości Litwy. 15 lat temu został podpisany traktat między Polską a Litwą o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy. Jarosław Kalinowski, współprzewodniczący (ze strony polskiej) Zgromadzenia Poselskiego Sejmów polskiego i litewskiego powiedział, że nie widzi potrzeby, możliwości i sensu spotykania się i mówienia przez 15 lat o tym samym.
Czy 15 lat niemożności ustalenia czegokolwiek odnośnie poprawy losu Polaków na Litwie wynika ze zbyt miękkiego stanowiska kolejnych polskich rządów?
Raczej tak.
Macie poczucie, że Polska po raz wtóry wam „ucieka”?
Nie chciałbym tak powiedzieć. Polska to matka - kochana, droga i dobra. Wiele zależy od litewskich władz, które my też wybieramy. Trzeba pamiętać, że Litwa ma zobowiązania międzynarodowe, ratyfikowała przecież europejską konwencję ochrony mniejszości narodowych. Konwencja nakłada na kraje, które ją ratyfikowały, obowiązek niepodejmowania ani jednego kroku, który by pogarszał sytuację mniejszości narodowych. Może więc powinniśmy bardziej efektywnie wychodzić z naszymi problemami do Unii Europejskiej.
Jednym z punktów spornych jest pisownia nazw, nazwisk itd. Władze litewskie wykorzystują tu sprzeczność między dwoma ustawami: o języku urzędowym i o ochronie mniejszości. Bez ujednolicenia prawa będą was ciągle „rozgrywać”…
We trzech trudno wywrzeć taki nacisk na parlament, by zmienił prawo. Z drugiej strony, Litwini to naród mały, położony obok wielkiego sąsiada, z którym kiedyś dzielił historyczne losy i z którym jest „przemieszany”. Trudno nieraz powiedzieć, kto jest zlituanizowanym Polakiem, a kto spolonizowanym Litwinem. Bywa, że dziadkowie pamiętają, że są Polakami, ale ich wnukowie już nie. I oni ze sobą dogadać się nie mogą. Czy oni są rodziną, ale każdy innej narodowości? Najlepiej przyjąć tu status quo, to, za kogo dany człowiek się uważa.
Niektórzy często sięgają nam do XVII-XVIII wieku, mówią, że nas spolonizowano i że jesteśmy - przepraszam za wyrażenie - skurwionymi Litwinami, a nie żadnymi Polakami. Na portalach internetowych ci ludzie piszą, co myślą. A myślą w 80 proc. antypolsko. Ci antypolscy Litwini mogą mieć nazwisko Malinowski, Jabłonowski itd. Wśród ludzi o litewskich nazwiskach nie spotkałem takich, którzy byliby aż tak antypolscy.
Rozmawiali Aneta Gieroń i Jaromir Kwiatkowski
VIP B&S Numer 3(4) Maj-Czerwiec 2009






