Polował król Kazimierz Wielki, polują lekarze, bezrobotni i księża

Towarzystwo Myśliwskie

Świt, kryształowe od mrozu powietrze, my na polach, w dali uśpiony Leżajsk. Przestępuję z nogi na nogę próbując zrozumieć, w czym tkwi magia polowania na zwierzynę, czemu człowiek z takim upodobaniem oddaje się od tysięcy lat. „Zwierzę widziane, polowanie udane” - śmieje się do mnie Eugeniusz Gwiazdowski, prawdziwy gwiazdor Koła Łowieckiego „Dzik” z Leżajska i twardo daje do zrozumienia, że nie o krwawy sport tu idzie, a o uzależnienie homo sapiens od bliskości przyrody. „Darz Bór”… i las obficie darzyć nie musi. Nas nie rozpieszcza, na 10 miotów padają 4 lisy. Dwa spod ręki kobiety.

Tekst Aneta Gieroń

Fot. Tadeusz Poźniak

Polowanie? Jerzy Perec, przedsiębiorca z Rzeszowa, prezes Koła Łowieckiego „Dzik” z Leżajska, nie od razu odpowiada na pytanie. Wiele lat temu jako młody chłopak spod Nowej Dęby chodzi w nagance. Potem jest długa przerwa i od 16 lat polowania na stałe wpisane w kalendarz. Perec uwielbia łowy na ptactwo; bażanty, kaczki, dzikie gęsi, kuropatwy.

- Łowiectwo, to historia, tradycja, dbanie o zwierzynę, samego strzelania jest może jeden procent - opowiada Perec. - W naszym kole jest ponad 60. członków. Towarzystwo w każdym wieku, różnych profesji; są prawnicy, lekarze, przedsiębiorcy, leśnicy, nauczyciele, celnicy, emeryci i jedna jedyna kobieta, ale jaka - Teresa Sibiga, najsłynniejsza sygnalistka na Podkarpaciu.

Gdy  w styczniowy poranek meldujemy się na obrzeżach Leżajska, pani Teresa już czeka. Jest sygnał „zbiórka myśliwych” i prowadzący polowanie rozpoczyna odprawę. Koło celebruje najlepsze tradycje, nie ma pośpiechu, bylejakości, jest ciągłość z przeszłością. Naganiacze kierują się na pierwsze pola miotów, myśliwi z kartkami, gdzie mają wyznaczone pozycje na kolejnych miotach, ruszają bezdrożami. Jest zaskakująco cicho i aż trudno uwierzyć, że w grupie prawie 20 mężczyzn i tylko jednej kobiety, panuje taka harmonia.

Strzał kobiety, pierwszy upolowany lis

Myśliwi zajmują pozycje na pierwszym kwadracie i … od razu szczęście sprzyja Teresie Sibidze.  Pierwszy strzał, pierwszy lis upolowany. Jest sygnał „rozładuj broń” i myśliwi przemierzają do następnego kwadratu na polach wokół lasu, by znów zająć pozycje i znów … czekać.  Tak przez kolejne godziny przy wtórze opowieści i śmiechów, w trakcie miotów - absolutnej ciszy.

Polowanie na zwierzynę było jednym z pierwszych zajęć, jakiemu oddawali się ludzie; polowali by mieć, co jeść i móc przetrwać. Przez wieki obowiązywały monopole łowieckie, prawo polowania na grubego zwierza; żubry, niedźwiedzie, łosie, jelenie, rysie, sarny były wyrazem łaski i nagrody, która przysługiwała niewielu. Na drobną zwierzynę i ptactwo polować wolno było każdemu.

- Nasze koło ma ponad 70-letnią historię - opowiada Perec. W 1936 r. w Leżajsku powstało Towarzystwo Myśliwskie im. „Św. Huberta”.

- Sroce spod ogona  nie wypadliśmy - kwituje Eugeniusz Gwiazdowski, niczym żywy sarmata z „Pana  Tadeusza”, polowaniami żyje od dziecka.  Od lat organizuje polowania komercyjne,  w jego myśliwskim pensjonacie, trofea nie mieszczą się na ścianach.

- My tu w domu i Leżajsku polowaniami żyjemy. Od 10 lat jako jedyni w Polsce organizujemy Festiwal Kultury Myśliwskiej - opowiada Gwiazdowski i przed polowaniem, bladym świtem sączy kawę z filiżanki - a jakże - z myśliwskimi motywami.

Myśliwy niczym panisko

- Myśliwy, to nie jest byle kto; patrzy na mnie Gwiazdowski spod kapelusza z piórkiem, niczym bawarski szlachciura i wylicza: kandydat na myśliwego musi mieć pełnię praw obywatelskich, zaliczony staż w kole łowieckim, zdany egzamin z łowiectwa i umiejętności strzeleckich.

No i rozczaruje się ten, kto myśliwym zamierza zostać, by do woli strzelać do zwierzyny. Współczesne myślistwo więcej wspólnego ma z ochroną przyrody, dokarmianiem zwierząt, niż krwawym safari.

- Miałem może 5 lat, jak ustrzeliłem pierwszego zająca - Emil Siuzdak śmieje się do wspomnień i siostry, Teresy  Sibigi. - Bo i jak mogło być inaczej, skoro wychowaliśmy się w środku lasu, w leśniczówce, a ojciec był zapalonym myśliwym. - Moje pierwsze trofeum było w dojrzalszym wieku - żartuje pani Teresa. - Miałam 25 lat.  Bo u Siudaków polowali wszyscy, czterech synów i jedna córka, od strzelby z daleka trzymała się tylko Siuzdakowa.

Rycerze Św. Huberta

Emil i Teresa z domu Siuzdak do dziś pamiętają całe dnie spędzane przy ustawianiu karmników i doglądaniu zwierzyny zimą. - Ojciec, Paweł Siuzdak kochał las, myślistwo było dopełnieniem tamtej fascynacji. Po wojnie był jednym z kilku zapaleńców, którzy odbudowywali myśliwskie tradycje w Leżajsku jeszcze te z Towarzystwa Myśliwskiego im. Św. Huberta.  - wspomina pan Emil. - Świętością  były polowania; 3 listopada w dzień Św. Huberta, patrona myśliwych, kiedy zaczynał się sezon jesienno-zimowych łowów, w wigilię i sylwestra.  Te ostatnie łowy są bardziej piękną tradycją, niż faktycznym polowaniem, myśliwi idą na zaledwie kilka miotów. Czas przeznacza się na rozmowy, składanie życzeń, dzielenie się opłatkiem. Rzeczą świętą dla myśliwych są też święta; Boże Ciało, Wielki Piątek, Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. W te dni, uchowaj Boże, myśliwy strzelby do ręki nie bierze. Jesteśmy tradycjonalistami.

Czy także szaleńcami, by bladym świtem, w mroźne dni stawać na bezdrożach i jeszcze być absolutnie szczęśliwym.- A gdzie indziej człowiek znajdzie tyle radości, spokoju. Jesteśmy częścią natury. Zwierzę widziane, polowanie udane - myśliwi tłumaczą ze spokojem, ale patrzą na mnie z politowaniem.

Lis w pogoni za miłością

Tylko dlaczego człowiek jest takim cynikiem - prowokuję moich myśliwskich towarzyszy. Gdy w styczniowy poranek wyczekujemy na lisy goniące po polach, jesteśmy pewni kilku udanych miotów. Myśliwi doskonale wiedzą, że lisy gnane jednym z najsilniejszych instynktów, popędem płciowym rozpoczynają właśnie łączenie się w pary i wbrew wszystkiemu, opuszczą swoje nory. Lis, niby taki sprytny, ale o tej porze roku nie baczy na zagrożenie, tylko gna za miłością. W styczniowy poranek, na dziesięć miotów, cztery kończą się upolowanymi „rudzielcami”.

- Odkąd człowiek zaczął ingerować w przyrodę, jest za nią odpowiedzialny, nie może jej zostawić samej sobie. Co by się stało z polami i lasami, gdyby myśliwi zastrajkowali przez jeden rok? Proszę się nad tym zastanowić - tłumaczy Jerzy Perec. - Co roku wypłacamy kilkadziesiąt tysięcy odszkodowania rolnikom za straty, jakie zwierzęta wyrządzają w uprawach. Przyrost populacji lisów jest tak duży, że gdyby nie odstrzały myśliwych, mówilibyśmy o pladze lisów. Co roku też zasiedlamy nasze łowiska w bażanty i kuropatwy. Likwidujemy setki wnyków i zwalczamy kłusownictwo.

Nie myśliwy, tylko głupota człowieka prowadzi do wyginięcia gatunków

- Większość zwierząt nie wyginęła, czy nie jest zagrożona wyginięciem, bo zagraża im człowiek-myśliwy, tylko dlatego, że nie mają zapewnionych optymalnych warunków do życia. Człowiek tak bardzo niszczy środowisko naturalne, że dla coraz większej liczby zwierząt zaczyna w nim brakować miejsca - dodaje Teresa Sibiga i trudno się jej z tym godzić, gdy sama jest dzieckiem kniei. Sibiga gra na trąbce myśliwskiej, od ponad 30 lat poluje, myślistwem zaraziła syna i nie wyobraża sobie życia bez łowów.

W dodatku pani Teresie dziennikarze nie przynoszą pecha na polowaniu. Jako pierwsza ma upolowanego lisa na koncie, do wyniku dorzuca jeszcze jednego „rudzielca”. Jej koledzy mają  tylko po jednym lisie. Trzy samce przeszły bokiem i zagrały myśliwym na nosie.

- Pokornym, trzeba być pokornym - śmieje się Eugeniusz Gwiazdowski, gdy pakujemy się na wóz, wiozący myśliwych w dalej wyznaczony kwadrat kolejnego miotu. – Na miejscu, po wysiadce na redaktorów czeka niespodzianka.

- Jeden miot zawsze pewny - tłumaczy nam Gwiazdowski. Chodzi o posiłek, dobra kiełbaska i gorąca herbata. I trzeba przyznać, że nawet ortodoksyjny wegetarianin skusiłby się na zwierzęce białko, gdy tak na skraju lasu, przy mroźnej pogodzie, na ogromnym ognisku skwierczy kiełbasa. Smak i zapach niedający się porównać z żadnym przysmakiem.

W tym dniu myśliwym jeszcze tylko raz tak świecą się oczy. Gdy polowanie kończy się pokotem - starannie ułożoną, upolowaną zwierzyną. I tylko „Darz Bór” słychać, jak rozchodzi się po dzikich polach.

Galeria zdjęć