Przy grobie Elimelecha
Leżajsk. 21 dzień Adaru. Dla ortodoksyjnych Żydów niezwykle ważne miejsce i data. Nagle nieduże podkarpackie miasteczko zmienia się zupełnie i przenosi w czasie. Ulicami spacerują chasydzi w kapeluszach, głośno rozmawiają, impulsywnie gestykulują, a wiatr rozwiewa poły czarnych chałatów, w które są odziani. I gdyby nie drobne oznaki nowoczesności, można by sądzić, że jesteśmy w przedwojennym Leżajsku.
TEKST ANNA OLECH
FOTOGRAFIE TADEUSZ POŹNIAK
Każdego roku do ohelu Elimelecha pielgrzymuje ponad 10 tysięcy chasydów, ponad połowa przybywa do Leżajska w rocznicę śmierci cadyka. Przemierzają tysiące kilometrów, aby móc uczcić jego pamięć i prosić go o wstawiennictwo u Boga. W tym roku 21 dzień Adaru przypadł w niedzielę, 7 marca według kalendarza katolickiego. Dla ortodoksyjnych Żydów odwiedzenie tego miejsca, szczególnie w tym czasie to nie tylko zwyczaj, ale wielkie marzenie. I choć mieszkańcy już przywykli do widoku tłumów ortodoksyjnych wiernych, to wciąż wielu przychodzi im się przyglądać, robią zdjęcia i z podziwem patrzą, jak po szabasie Żydzi spontanicznie tańczą na ulicy.
Jak za dawnych lat
Leżajsk dla Żydów to wyjątkowe miejsce. To tu w XVIII wieku za sprawą osiadłego w mieście w 1775 roku rabiego Elimelecha, rozkwitał ruch chasydzki. Chasydzi wierzą, że w każdym kolejnym pokoleniu żyje 36 sprawiedliwych. Cadyk Elimelech należał do tego grona i dzięki łasce Najwyższego mógł wstawiać się o dostatnie życie, miłość, pomyślność dla siebie i rodziny, spokojną śmierć. Chasydzi swoich próśb nigdy nie przekazywali osobiście, ale na karteczkach zwanych kwitełe. Po śmierci cadyka zwyczaj ten przetrwał i pielgrzymi nadal pozostawiają przy ohelu swoje prośby na małych karteczkach. Nawiedzenie tego miejsca i nawet krótka modlitwa są pragnieniem każdego chasyda, a ten, któremu uda się odwiedzić to miejsce więcej niż jeden raz, jest uznawany za szczęśliwca. I choć Żydzi pielgrzymują tu przez cały rok, to największe grupy przyjeżdżają w rocznicę jego śmierci. W ciągu trzech dni Leżajsk staje się zupełnie innym miasteczkiem, przenosi się w czasy, gdy dwie kultury, polska i żydowska, mieszały się. Najwyraźniej widać to w okolicach Rynku i ulic przyległych do kirkutu. To tam kłębią się tłumy chasydów z charakterystycznymi pejsami, w czarnych chałatach i kapeluszach lub futrzanych czapach. Wprawdzie mieszkańcy są przyzwyczajeni do tego widoku, ale osób, które przyglądają się Żydom, nie brakuje.
Po II wojnie światowej przyjazd tak licznej grupy Żydów do miasteczka był czymś niewyobrażalnym i niemożliwym do zrealizowania. Sytuacja zmieniła się niewiele ponad dwadzieścia lat temu, gdy ruch chasydzki w Leżajsku zaczął się odradzać. Od tej pory z każdym rokiem do miasteczka zjeżdżało coraz więcej pielgrzymów pragnących pomodlić się przy grobie wielkiego rabiego. Początkowo mężczyźni odziani w czarne szaty z charakterystycznymi pejsami byli niezwykle egzotycznym zjawiskiem, a władze przydzielały do ich pilnowania kordony milicjantów. Dziś wszystko wygląda zupełnie inaczej. Przyjazd chasydów do Leżajska cieszy miasteczko i region.
Zdążyć przed szabasem
Gdy zbliża się 21 dzień Adaru wszystkie drogi chasydów prowadzą do Leżajska. Aby złożyć przy grobie cadyka swoją prośbę, przyjeżdżają tu z najróżniejszych stron świata, z Izraela, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Francji, Wielkiej Brytanii. Niektórzy przemierzają tysiące kilometrów, by tylko przez chwilę móc pomodlić się przy ohelu zmarłego przed 224 laty cadyka Elimelecha Wienbluana i natychmiast wracać do domu. Jednak zdecydowana większość pobożnych Żydów przybywa do Leżajska w piątek po południu i zostaje tu nawet do niedzieli.
W piątek 5 marca tuż po godzinie 15 do miasta dotarło już kilkanaście autokarów z chasydami, którzy przylecieli samolotami na najbliższe Leżajskowi lotniska. Jednak z każdą godziną w okolicach Rynku i ulic w pobliżu kirkutu robi się coraz tłoczniej. Z kolejnych podjeżdżających autobusów wychodzą mężczyźni z długimi pejsami i ubrani w charakterystyczne czarne szaty, białe pończochy i kapelusze lub ogromne futrzane czapy. Ci, którzy przyjechali wcześniej spokojnie spacerują, rozmawiają, palą papierosy, niektórzy robią zakupy w pobliskich sklepach spożywczych, zaopatrując się m.in. w piwo. Ale chasydzi, którzy na miejsce dotarli później, szybkim krokiem, ciągnąć za sobą walizki na kółkach i dzierżąc w dłoniach plastikowe reklamówki, zdążają do miejsc, gdzie mają umówiony nocleg. A ponieważ w mieście nie ma ich zbyt wiele, więc bez wcześniejszej rezerwacji mogą mieć spore problemy ze znalezieniem go w ostatniej chwili. Przekonał się o tym chasyd, który do Leżajska przyjechał z nastoletnim synem. Przed kilkoma tygodniami umawiał się z właścicielem domu w pobliżu kirkutu, że będzie mógł się u niego zatrzymać, niestety kartkę z adresem zostawił w domu w Nowym Jorku. A ponieważ zbliżał się zmrok, stara się znaleźć coś „na szybko”. Niestety próby porozumienia się po angielsku ze straszą kobietą mieszkającą w domku oddalonym o kilkadziesiąt metrów od bramy żydowskiego cmentarza, nie przynioszą żadnego skutku. Na przeszkodzie stają nie tylko problemy ze słuchem staruszki, ale też całkowita nieznajomość angielskiego. – Przepraszam, czy może pani zapytać, czy wynajęłaby nam pokój na jedną noc – zaczepia nas szczupły chasyd. – Proszę powiedzieć, że daję 100 dolarów za noc. Ale kobieta nie przejawia chęci przyjęcia pielgrzymów do swojego domu. – Nie jestem przygotowana, w domu mam bałagan, a poza tym córka jeszcze nie wróciła z pracy i sama decydować nie będę. Niech przyjdzie za jakieś dwie godziny – proponuje. Jednak taka opcja nie odpowiada Żydowi. Za dwie godziny zapadnie już zmrok, rozpocznie się szabas, więc nie będzie mógł się przemieszczać. Jednak nie poddaje się. – Może któryś z sąsiadów? Proszę powiedzieć, że jeśli ta pani zapyta kogoś z sąsiadów czy nas przyjmą, to dam jej 10 dolarów – prosi nas chasyd. Sąsiadka również nie chce przyjąć mężczyzn pod swój dach. Tłumaczy, że ma w domu awarię, nie ma wody. – A poza tym przed rokiem miałam takiego lokatora i kazał mi ściągać obrazy Pana Jezusa i Matki Boskiej ze ścian. Nie, nie mogę ich przyjąć – stwierdza kategorycznie i zamyka drzwi.
Okazuje się, że choć mieszkańcy nie mają nic przeciwko chasydom, to jednak ze znalezieniem noclegów są coraz większe trudności. Nie przekonują ich nawet pieniądze, bo niektórzy z pielgrzymów nie tylko żądają ściągania obrazów świętych, ale też nie dbają o higienę i zostawiają po sobie bałagan.
Spotkanie z cadykiem
Z roku na rok wśród przybywających do Leżajska chasydów jest coraz więcej młodych ludzi, choć na pierwszy rzut oka trudno określić ich wiek. Młodsze pokolenie, oczywiście nadal ściśle przestrzega zasad wiary, ale jest znacznie bardziej otwarte niż starsi. Większość chasydów, których głowy przyprószyła siwizna, nieufnie patrzy na obserwujących ich Polaków, a szczególnie niechętnie traktują kobiety. Bardzo trudno z nimi nawiązać kontakt i choćby zamienić kilka słów. Zupełnie inaczej jest z młodymi ludźmi. Ci nie mają problemów z rozmową, są otwarci i chętnie pozują do zdjęć. Tacy właśnie są Abraham Silber (21 lat) i Yehuda Eidelstein (23 l.). Abraham mieszka w Nowym Jorku, Yehuda w Jerozolimie, obaj studiują na uniwersytecie w Jerozolimie i tam się też poznali. W tym roku do Leżajska przyjechali z dużą grupą znajomych. Dla Yehudy to pierwszy raz, Abraham był tu już wcześniej i to właśnie on namówił przyjaciela na pielgrzymkę. – Dla nas to miejsce jest bardzo ważne, więc przyjazd tutaj jest marzeniem każdego chasyda – podkreśla Abraham. – Wciąż pamiętam chwilę, gdy byłem tu pierwszy raz i mogłem pomodlić się w tym świętym miejscu. To mistyczne przeżycie. Duchowo odczuwa się wszystkie, co się tu działo za życie Elimelecha i co dzieję się dzisiaj. Kiedyś był tu mój ojciec i to on opowiadał mi, co się czuje w trakcie modlitwy przy ohelu. Miał rację, to ogromne przeżycie. Podobne wrażenia ma jego przyjaciel Yehuda, choć na razie jeszcze jest oszołomiony wszystkim, co się dzieje wokół. – Z niecierpliwością czekam na chwilę, gdy pójdziemy modlić się przy ohelu cadyka. I już wiem, że kiedyś tu wrócę, bo to wyjątkowe miejsce za ziemi – podkreśla młody chasyd.
Ale zanim Żydzi udadzą się na modły, muszą odwiedzić mykwę, rytualną łaźnię, która powstała w 1990 roku na miejscu dawnej łaźni miejskiej. Przed wejściem do budynku tłoczno i gwarno. Jedni wchodzą, inni wychodzą. W tym samym budynku działa też koszerna stołówka, kilka osób przygotowuje potrawy dla ortodoksyjnych wiernych. Po rytualnym obmyciu się chasydzi mogą udać się na modlitwy do grobu Elimelecha. Sznur czarnych postaci wchodzi na wzniesienie, na którym jest kirkut i ohel cadyka. Rozstawiony wzdłuż drogi prowadzącej na górę „parawan” dzieli ją na część dla kobiet i mężczyzn. Mężczyźni idą lewą stroną do głównej części niewielkiego budynku na wzniesieniu, kobietą kierują się na prawo, do pomieszczenia dla nich wydzielonego. Nagle po lewej stronie drogi podnosi się krzyk. To któraś z miejscowych kobiet próbowała wejść na cmentarz stroną przeznaczoną dla mężczyzn. – Myślałam, że uda mi się zrobić jakieś zdjęcie – próbuje tłumaczyć ściągając z głowy kaptur kurtki, który miał sprawić, że chasydzi nie rozpoznają w niej kobiety.
Lekcja tolerancji
Jeszcze w latach 90-tych widok ludzi w czarnych długich płaszczach był sensacją. Teraz mieszkańcy już się do nich przyzwyczaili. – Są częścią naszego miasta i tradycji – uważa Wojciech Wilk, leżajszczanin z dziada pradziada. – Ich przyjazd jest stałym punktem w kalendarium Leżańskich wydarzeń. I choć zdarzają się różne sytuacje, to w mieście raczej są lubiani. Faktem jest, że w czasie ich pobytu są problemy z poruszaniem się po mieście, ale z drugiej strony to świetna promocja dla Leżajska. Przecież dzięki nim słychać o nas w całej Polsce. Poza tym ich tańce i modlitwy to niezwykłe widowisko, jakiego na co dzień tutaj nie ma.
Również pani Ewa, która pracuje w jednym z urzędów w Leżajsku uważa, że przyjazd Żydów to doskonała promocja miasta i poza zamkniętym przez prawie trzy dni centrum miasta, nie widzi minusów ich wizyty. – To mili ludzie – uważa. – A dla mieszkańców zawsze jest to spore wydarzenie. Rozmawiają o ich przyjeździe, przychodzą oglądać ich modlitwy, zachowania, zabawę. To niezwykły widok, jak dwie kultury, które przed laty były tak blisko, dziś znowu się łączą.
Zapadający w piątek zmrok przepędza chasydów z ulic. Udają się do miejsc, gdzie mają zarezerwowane noclegi: na prywatnych kwaterach, w pobliskiej szkole, hotelu Fundacji Rodziny Nissenbaumów lub w potężnych białych namiotach rozstawionych przy żydowskim cmentarzu. Do późna w nocy modlą się, a po modlitwach zasiadają do koszernej uczty przy zupach, rybach, makowcach, kuglach, a wszystko popijają wódką, oczywiście koszerną. Prawdziwa radość wśród chasydów wybucha w sobotę po zmroku, wtedy tańczą, śpiewają i co rusz wznoszą toasty za pomyślność: „lechaim!”
(...)
Reportaż ukazał się w VIP Biznes&Styl, wydanie maj-czerwiec 2010






