Wójt Stanisław Bielawka: Zamieszkanie tutaj to był nasz świadomy wybór, choć z perspektywy czasu widzę, że bardzo odważny
Krakus w Komańczy
Stanisław Bielawka, wójt Komańczy, choć pochodzi z samego serca Krakowa, tak ukochał przestrzeń i świeże powietrze, że w 1983 roku zdecydował się osiąść z rodziną w tej miejscowości na granicy Beskidu Niskiego i Bieszczadów, znanej z tego, że tu, w klasztorze sióstr Nazaretanek, spędził ostatni rok internowania (1955-56) Prymas Tysiąclecia, kardynał Stefan Wyszyński. – W miejscu, gdzie chcieliśmy postawić dom, nie było ani drogi, ani prądu, ani wody, ani telefonu. Wszystko trzeba było budować od podstaw – wspomina trudne początki.
Tekst Jaromir Kwiatkowski
Fotografie Tadeusz Poźniak
Bielawka, rocznik 1955, to krakus z urodzenia. Dziadkowie ze strony mamy w latach 20. przyjechali do Krakowa z Łańcuta. Rodzice byli lekarzami. Kiedy pan Stanisław był małym dzieckiem, zamieszkali z rodzicami i rodzeństwem pod Wawelem. Rodzina była wielodzietna: pięciu synów i trzy córki. – Z wyjątkiem brata, który ożenił się w Mysłowicach, wszyscy mieszkają w Krakowie – mówi pan wójt. Sam spędził tam dzieciństwo i młodość, uczył się w słynnym liceum Nowodworskiego, studiował na Wydziale Zootechnicznym Akademii Rolniczej.
Z żoną Marią poznali się na studiach, byli w jednej grupie. Pochodziła z Opola. Jej ojciec był etnografem, matka pochodziła z Łomży, ukończyła ASP. Mieszkali przez pewien czas na Dolnym Śląsku, później przeprowadzili się do Opola. Maria i Stanisław pobrali się 31 lat temu, na ostatnim roku studiów. Razem wyjechali na Opolszczyznę, do swej pierwszej pracy – w potężnym zakładzie sadowniczym, który – by podnieść plony – prowadził dużą, towarową pasiekę (600 uli).
Warunki były specyficzne, by nie rzec - pionierskie
- Zawsze chciałem mieszkać na wsi, tam, gdzie są duże przestrzenie, piękny krajobraz i świeże powietrze – tłumaczy pan Stanisław. - Poza tym, kiedy byłem dzieckiem, dawało się we znaki kiepskie krakowskie powietrze, gdzie z jednej strony zanieczyszczała Huta Lenina, a z drugiej – huta aluminium w Skawinie.
Dodaje, że miłością do wsi, gór, otwartych przestrzeni, rolniczych prac „zaszczepił” się jako dziecko podczas wakacyjnych wyjazdów pod Nowy Targ, do wioski Kowaniec.
Jest pasjonatem ekologii. Na początku lat 80. był współzałożycielem Ekolandu – Stowarzyszenia Producentów Zdrowej Żywności.
Po czterech latach pobytu na Opolszczyźnie zdecydowali się zmienić klimat. – Zakład sadowniczy, w którym pracowaliśmy, był nowoczesny jak na tamte lata, stosował kilkanaście oprysków w ciągu roku – opowiada. – Pewnie z tego powodu dzieci zaczęły mieć problemy zdrowotne.
Na wyjazd do Komańczy namówiła Bielawków siostra pana Stanisława, która jako lekarz podjęła pierwszą pracę w tamtejszym ośrodku zdrowia. – To były późne lata 70., jeszcze z Marysią nie byliśmy małżeństwem - opowiada wójt. – Przywiozłem siostrę do Komańczy i to było moje pierwsze spotkanie z tą miejscowością. Spodobało mi się tutaj.
Bielawka w sierpniu 1983 roku przyjechał, na razie sam, do Komańczy, by przygotować grunt pod założenie gospodarstwa. Początkowo zamieszkał u siostry, później w wynajętym domku w centrum wsi. Rozpoczął budowę własnego domu, drewnianego, przepięknie położonego na pagórze, znacznie powyżej klasztoru Nazaretanek. Kupił też prawie 11 ha ziemi – z Państwowego Funduszu Ziemi, ale głównie od osób prywatnych. – Po scaleniach i licznych zamianach w tej chwili stanowi ona jeden kawałek - podkreśla. Po roku ściągnął do Komańczy żonę z dwójką malutkich dzieci: Stasiem i Kasią.
- O życiu i pracy na wsi marzyliśmy oboje z Marysią – opowiada. – Ale Komańcza to zupełnie inna wieś niż podkrakowska czy podopolska. Tamta jest w znacznym stopniu zurbanizowana i wszędzie jest blisko. Tu były specyficzne warunki, można rzec - pionierskie. W miejscu, gdzie chcieliśmy postawić dom, nie było ani drogi, ani prądu, ani wody, ani telefonu. Wszystko trzeba było budować od podstaw.
W latach 80. hodował owce, w najlepszym okresie stado liczyło ok. 100 sztuk. Zajmował się też pszczelarstwem.
- Lubię pracę fizyczną, która daje mi poczucie zdrowego zmęczenia, uaktywniającego regenerację sił organizmu – podkreśla.
Dwa tygodnie odcięci od świata
Zapierający dech w piersiach widok z okna, sarny i jelenie podchodzące pod dom, przestrzeń, świeże powietrze miały być rekompensatą mieszkania niemalże na odludziu. Najlepiej te zalety widać w lecie. Pan Stanisław podkreśla, że patrząc na to wszystko, zwłaszcza w pogodny, słoneczny dzień, chce się żyć i człowiek nabiera siły i optymizmu.
– Zamieszkanie tutaj to był nasz świadomy wybór, choć z perspektywy czasu widzę, że bardzo odważny – ocenia. Wie dobrze, co mówi. Co prawda, zima też jest tu piękna, ale i bardzo uciążliwa. – Wtedy często mam problem z poruszaniem się samochodem. Ogromne kłopoty sprawia zwłaszcza ostatni odcinek drogi, a właściwie bezdroża, do domu. Muszę sam odśnieżać odcinek ok.. 1 km, od domu do miejsca, gdzie droga łączy się z drogą do klasztoru. Bywa, że odśnieżam jeszcze dalej, do wiaduktu.
Dzieci, czyli Staszek junior (zwany dla odróżnienia od ojca Staśkiem) i Kasia, wolały zimą chodzić do szkoły na piechotę na skróty. - Nie zawsze mogłem je zawieźć czy przywieźć, w dużej mierze musiały liczyć na siebie i same wydeptywać korytarze śnieżne – opowiada wójt Komańczy. – Ich dzieciństwo i moje to są dwa zupełnie różne światy. Ja miałem do podstawówki 8 minut, do średniej 2, oczywiście na piechotę. Ich dzieciństwo nie było łatwe, ale z drugiej strony hartujące ich charakter i zdrowie. Prawdą jest też to, że miały ograniczone kontakty z rówieśnikami, bo schodzić, zwłaszcza zimą, po południu drugi raz na dół, do wsi, to byłby ogromny wysiłek.
...
Więcej w numerze specjalnym Grudzień - Boże Narodzenie 2009 VIP B&S






