Oswajanie kryzysu
Czy to już jest Wielki Kryzys? Prof. Joseph Stiglitz twierdzi, że jesteśmy między początkową a środkową jego fazą, więc najgorsze dopiero przed nami. - Ale każdy kryzys kiedyś się kończy - pociesza ekonomista-noblista ostrzegając równocześnie, że potem już nic nie będzie tak samo...
Z kolei dr Richard Mbewe, medialny guru wśród polskich ekonomistów uważa, że nie ma co panikować - kryzys może nas dotknąć w niewielkim stopniu, albo wcale. Swój optymizm żywi tym, że Polacy skrupulatnie spłacają kredyty hipoteczne, w przeciwieństwie do Amerykanów, co legło u podstaw krachu w USA.
Tekst Anna Koniecka
Fotografie Tadeusz Poźniak
Opinie teoretyków ekonomii na temat kryzysu przypominają niekiedy wróżenie z fusów, więc może lepiej, żeby kryzys poszedł do wróżki. Tyle że dla nas ważniejsze są sposoby przeciwdziałania. Dlatego sięgam do najświeższych doświadczeń praktyków: menedżerów oraz doradców biznesowych, szczególnie potrzebnych na trudne czasy.
Pod lupą ekspertów
Eksperci z międzynarodowej firmy konsultingowej Deloitte w Warszawie biorą kryzys pod lupę od strony jak najbardziej praktycznej. Podczas lutowego webcastu „Bilans, planowanie finansowe i podatki w czasach kryzysu”, któremu się przysłuchiwałam, radzili przedsiębiorcom „na żywo” jak działać w dynamicznie zmieniających się warunkach. Zainteresowanie było wprost proporcjonalne do sytuacji - w wirtualnym spotkaniu z ekspertami uczestniczyli menedżerowie z kilkuset polskich firm.
Uwagi z webcastu:
@ Kryzys finansowy wkroczył w ostatnią, siódmą fazę: paniki i „zachowań stadnych”.
@ Wielkiego Kryzysu można uniknąć, a przynajmniej złagodzić skutki poprzez właściwe zarządzanie. Kryzysy powstają wszak nie dlatego, że jest zła sytuacja, tylko dlatego, że złe jest samo zarządzanie. To się odnosi zarówno do podmiotów gospodarczych jak i całych państw. Specjaliści twierdzą: nie ma biednych krajów, są tylko źle zarządzane!
@ Prognoza ekonomiczna dla Polski - dwa scenariusze. Ten lepszy (czyli szybciej wyjdziemy z kryzysowego dołka) zakłada, że rząd utrzyma pod kontrolą deficyt budżetowy i zarządzanie finansami publicznymi, oraz określi drogę wejścia do strefy euro. Nieważne czy to będzie rok 2012 czy 13, ważne, żeby decyzję wreszcie podjąć. Warunek kolejny: szeroko pojmowani konsumenci (klienci, kontrahenci firm), będą działać „wygładzająco” na rynek - czyli nadal będą kupować towary, usługi etc. I tu jedyny na razie zastrzyk tak potrzebnego teraz optymizmu: ponad połowa przedsiębiorców uczestniczących w webcaście oceniła, że naszemu rynkowi nie grozi hibernacja. Jednak spadające (na razie nieznacznie) zatrudnienie, spowolnienie inwestycji i akcji kredytowych, zaczyna nas w tej chwili zbliżać do gorszego scenariusza, czyli załamania się popytu.
@ Zadania dla menedżerów: każdy musi oceniać sytuację w odniesieniu do własnego podwórka i swoich kontrahentów. I mieć przygotowany plan „B”. Dla części firm zmiany w otoczeniu rynkowym będą niekorzystne, ale dla innych mogą stanowić unikalną szansę ekspansji. Na kryzysach zyskują z reguły silniejsi, nie znaczy więksi.
Na trudne czasy... menedżer
Bez względu na kryzys życie musi toczyć się dalej. Ludzie muszą jeść, ubierać się, gdzieś mieszkać i najważniejsze - pracować. A menedżerowie muszą opanować stres i potraktować kryzys jako naturalny etap cyklu koniunkturalnego.
-Teraz jest taki moment, kiedy niektórzy menedżerowie będą poniekąd usprawiedliwiani: jest przecież globalny kryzys, więc jego konsekwencje dla danego przedsiębiorstwa są niezależne od zarządzających - zauważa Edyta Cupryś, która menedżerskie doświadczenia zdobywała w różnych branżach, m.in. jako prezes rzeszowskiego Conresu, a dziś kieruje własną firmą SMTeam. Jej zdaniem, takie usprawiedliwiające myślenie działa destrukcyjnie na przedsiębiorstwo i samych zarządzających. A teraz jest czas dla menedżerów dynamicznych. Zaczęła się bowiem pogoń by przejąć kontrakty, głównie firm upadających.
Menedżerka ocenia sytuację z perspektywy branży odzieżowej, która jest jej najbliższa: Powoli wkradający się kryzys widać po ilościach kontraktowych, po terminach płatności.
Zwraca uwagę na swoisty paradoks: spada popyt na standardową odzież, na dobrym zaś poziomie utrzymuje się sprzedaż towarów z tzw. wysokiej półki, czyli odzieży markowych firm. Te firmy nadal przysyłają zamówienia.
Kto zatem ma szanse utrzymać się na rynku?
- Dla firm tzw. środka, czyli średniej wielkości, elastycznych i ekspansywnych, jest szansa na trwanie dzisiaj i rozwój jutro. Dlatego w tym momencie liczą się czas i trafne, odważne lecz wyważone decyzje biznesowe. Efektywnie można działać tylko zachowując spokój. Przecież kryzys to nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim emocje. Tymczasem media nakręcają emocje, demonizując kryzys. Są ludzie, do których to mniej dociera, ale niektórym wręcz szkodzi! - mówi Edyta Cupryś.
Rysa na czarnym scenariuszu
Wśród pierwszych ofiar kryzysu miały być firmy deweloperskie. Tymczasem Marek Starzyk, wiceprezes Zarządu i dyrektor działającego w tej branży Corporesu, ma powody do zadowolenia. - Są pozytywne zmiany na rynku deweloperskim - oznajmia. - Od stycznia odczuwamy zwiększone zainteresowanie sprzedażą budowanych przez nas mieszkań w Rzeszowie. Chociaż - przyznaje - IV kwartał ub r. był ciężki.
W Warszawie, gdzie Corpores prowadzi 70 proc. swoich inwestycji, jest większy zastój, ale tam podaż mieszkań jest ogromna. A branża budowlana działa jak naczynia połączone - dyrektor zwraca uwagę na niebezpieczną współzależność: jeśli deweloperzy stoją, to tracą wykonawcy, producenci materiałów i hurtownicy. - Patrząc po kolegach, widzę wyraźne spowolnienie inwestycji – rozpoczęte stanęły (jest kilka takich w Rzeszowie), zaś rozpoczynanie nowych się wstrzymuje.
W gabinecie co chwilę dzwoni telefon. To wykonawcy szukają roboty. I tu dyrektor ma kolejny powód do satysfakcji: - Podczas gdy inni deweloperzy raczej wyhamowują, my, zrobiwszy rozeznanie własnych możliwości i potrzeb, na początku stycznia podpisaliśmy umowę na budowę 75 mieszkań w Warszawie (kontrakt wart kilka milionów). Sądzimy, że za półtora, dwa lata, gdy budynek powstanie, będą nabywcy. A wykonawcy wydzwaniają, bo wiedzą, że zawsze zlecamy roboty fachowcom z Rzeszowa, nawet gdy mamy ofertę w Warszawie. To taki nasz lokalny patriotyzm - podkreśla z dumą.- Nie zdarzyło się do tej pory, a Corpores istnieje od 20 lat, zaś na rynku deweloperskim jest od dziesięciu, żeby realizowała jakąś naszą budowę inna firma niż rzeszowska.
Strategia firmy: utrzymać dobrą markę na rynku i... budować „za swoje”. - W zasadzie nie zaciągamy kredytów inwestycyjnych, więc mieszkania nie są obciążone żadną hipoteką. To nas, oprócz jakości, uwiarygodnia jako deweloperów – mówi Starzyk.
Luksus czeka na lepsze czasy
Medialnie lansowaną tezę, że najlepiej w kryzysie sprzedają się dobra luksusowe, weryfikuje życie. Corpores oferuje w Warszawie duże apartamenty i bardzo trudno znaleźć na nie nabywców. Sprzedają się małe mieszkania, w standardzie deweloperskim. W Rzeszowie: 50-70 metrowe. Dlaczego? Młodzi są ograniczeni barierą - mogą się starać o lokale do 75 m, a budżet refinansuje im odsetki przez 8 lat do 50 m. Ułatwienia kredytowe dotyczą młodych małżeństw kupujących pierwsze mieszkanie i osób samotnie wychowujących dzieci. Ci mogą wliczać dochody całej rodziny, nawet teściowej. - Okazuje się, że teściowa to też rodzina - żartuje dyrektor Starzyk. Traci humor, gdy zaczyna mówić o strategii banków wobec reszty klientów. – Banki żądają takich zabezpieczeń, którym nie sposób sprostać, więc mieszkania kupują ci, którzy mają gotówkę.
Kryzys ma męską twarz?
Kto lepiej zarządza w kryzysowych sytuacjach, kobiety czy mężczyźni? Kto bardziej potrafi trzymać emocje na wodzy?
Edyta Cupryś: Predyspozycje menedżerskie albo się ma, albo nie, to nie zależy od płci. Dla mnie wytworzenie czegoś konkretnego od początku do końca - od surowca do gotowego produktu - jest magiczne. Kocham dynamikę, nie cierpię stagnacji. Mój żywioł to produkcja.
Dlatego po studiach prawniczych i ekologicznych zajęła się biznesem. Zastrzega się, że nie jest feministką i nie dzieli profesji na męskie i damskie, jednak lata współpracy z mężczyznami - menedżerami na równorzędnych, albo wyższych stanowiskach zrewidowały jej liberalne podejście co do męsko-damskiego partnerstwa w zarządzaniu.
- Mężczyźni są przekonani, że to oni są lepsi. A tak naprawdę to my, kobiety jesteśmy bardziej konkretne i odpowiedzialne, wiemy, czego chcemy - wylicza menedżerka. Przytacza statystyki. - Liczba samobójstw popełnianych przez kobiety i mężczyzn w dramatycznych sytuacjach życiowych, także związanych z niepowodzeniami zawodowymi, przeważa na niekorzyść mężczyzn.
Czy sama jest odporna na stres? - Przeszłam twardą szkołę - śmieje się. - Gdy zarządzałam jedną z największych firm w Rzeszowie i to w najtrudniejszym momencie przekształcenia własnościowego, kiedy trzeba było wiele zmienić, nie tylko strategię przedsiębiorstwa, ale i nawyki pracownicze (800 zatrudnionych), a do tego szukać nowych rynków zbytu na świecie, a potem rozpoczynać dużą, prestiżową inwestycję... To był faktycznie wielki stres. Ale motywujący. Udało się. A potem trzeba było odejść. Dlaczego? Kiedy człowiek budzi się rano i zamiast talerza płatków, na śniadanie zjada własny zapał, to znak, że trzeba coś zmienić. I ja to zrobiłam.
Dlaczego założyła własną firmę? Mówi wprost: - Nie można przez całe zawodowe życie być podporządkowaną komuś. To jest kwestia charakteru. A męski rynek pracodawców boi się mocnych, niezależnych kobiet. Jesteśmy zagrożeniem dla męskich karier - kwituje żartem, ale coś w tym chyba jest...
Skok na głęboką wodę
Dla Marka Starzyka największy stres nie był związany z kryzysem, ale gdy musiał podjąć decyzję: zostać w poprzedniej firmie, której był współwłaścicielem przez 20 lat i spędził tam - jak mówi - najwspanialsze swoje lata z absolutnie wyjątkowymi ludźmi, czy przyjąć propozycję Corporesu. Branże podobne, lecz tutaj jest wielokrotnie większa skala.
- To był skok na głęboką wodę - przyznaje. - Dużo musiałem się na początku uczyć od współpracowników. Ale jestem uparty (albo może raczej stanowczy, chociaż pewnie i jedno, i drugie...).Gdy postawię sobie jakiś cel, działam konsekwentnie i do końca, według precyzyjnego planu. Pod tym względem jestem absolutnie przewidywalny.
Firma ma charakter rodzinny - założył ją ojciec pana Marka, Augustyn Starzyk - prezes Corporesu oraz Kazimierz Hazik - wiceprezes. Wychodzi na to, że dyrektor zarządzający zdaje codziennie egzamin nie tylko przed współpracownikami ale i przed rodziną. - Dlatego muszę się podwójnie starać - śmieje się.
- Póki co pracuję i śpię spokojnie - Marek Starzyk odpukuje „w niemalowane”. - Sytuacja finansowa firmy jest dobra, sprawy formalno-prawne terenów pod budowę uregulowane na dłuższy czas. To daje komfort działania. Chociaż każdego menedżera w dzisiejszych czasach głowa nieraz boli, a stres bywa ogromny – przyznaje. - Od projektu do realizacji budynku upływa 3-4 lata. A w tak długiej perspektywie nikt nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego do końca.
Jakie lekarstwo na menedżerskie stresy ma Marek Starzyk? - Kocham ruch, jestem zapalonym narciarzem. Jeśli tylko mogę, staram się wyrwać w góry i trochę poszaleć. Kocham też psy, zwłaszcza moje wilczury. Chodzę z nimi na spacery - to mnie odstresowuje. Obcowanie ze zwierzętami sprawia, że człowiek lepiej rozumie ludzi i bardziej pozytywnie patrzy na świat.
Stresującą sytuację, jego zdaniem, mogą mieć deweloperzy, którzy rozpoczęli inwestycje w oparciu o kredyty. Być może dojdzie do bankructw. - Już we wrześniu ub.r. mieliśmy okazję przejąć rozpoczętą dużą inwestycję w Rzeszowie, ale się nie dogadaliśmy. Niewykluczone, że do tematu wrócimy i sfinalizujemy transakcję na jeszcze korzystniejszych warunkach. Takie są teraz czasy, wygrywa ten kto ma pomysł, pieniądze i nie boi się wyzwań.






