MIASTO ANIOŁÓW
Zawsze chciałam się znaleźć w Mieście Aniołów. Magiczne miejsce- nie tylko z nazwy- utkane z legendy, piękna i luksusu. To tu marzenia się spełniają i zwykli śmiertelnicy zyskują status półbogów czczonych przez miliony fanów z tą różnicą, że zamiast na wzgórzach Olimpu zamieszkują wzgórza Hollywood. To tu urodziła się Marilyn Monroe, to tu na plaży Jim Morrison napisał 'Light my Fire', to tu James Dean przegonił wiatr swoim Porsche 550. To tu dziś mieszka David Beckham tuż obok Toma Cruisa, tu pija kawę Keanu Reeves i tu robi zakupy Paris Hilton. To tu preparuje się misterną iluzję szklanego ekranu robiąc filmy, które docierają do najdalszych zakątków globu i zmieniają sposób, w jaki widzimy świat. Tu, w cieniu wysokich palm, w domach wartych kilka milionów dolarów mieszka creme de'la creme tego świata, tu rozwija się czerwone dywany, tu fortuny mają więcej zer niż liczba pi miejsc po przecinku, i choć daleko mi od snobizmu, chciałam zobaczyć tę fatamorganę na własne oczy.
Tekst i fotografie Lena Świadek
Mam przesiadkę w Nowym Jorku. Wszyscy biegają jak obłąkani i rozmawiają głośno, agresywnie, nie patrząc sobie przy tym w oczy. Urzędnik, bez cienia uśmiechu, bombarduje mnie pytaniami przez piętnaście minut. Nic nie wiadomo- mogłabym być przecież Osamą. Los Angeles w porównaniu z Big Apple jawi się faktycznie iście anielsko. Ludzie uśmiechnięci, zrelaksowani, nie denerwują się w kolejce do odprawy, a tutejsi urzędnicy nie patrzą na ludzi jak na potencjalnych terrorystów, tylko zagadują przyjaźnie.
-Lubisz Los Angeles?- pyta mnie promienny mężczyzna o śnieżnobiałych zębach, oddając mi paszport i choć to moja dziewicza wizyta w Californii i jak na razie widziałam tu tylko lotnisko, jestem gotowa z całą stanowczością odpowiedzieć: tak.
Pierwszy krok na „anielskiej” ziemi smakuje doprawdy jak krok w raju. Słońce, niebo bez jednej chmurki w oprawie rozkołysanych delikatnym wiatrem palm, powietrze przesycone zapachem oceanu, piękne domy i ludzie. Biorę głęboki oddech i napawam się pysznym widokiem:
-Welcome in LA!- W Mieście Aniołów mam swego „anioła stróża”, dobrego przyjaciela, który zgodził się wcielić w rolę przewodnika podczas mego siedmiodniowego tutaj pobytu. Wskakujemy do jego mustanga i ruszamy na spotkanie przygody.
JAK W FILMIE
Nigdy nie widziałam takiej ilości niewiarygodnie pięknych ludzi na raz. Mijają mnie kobiety, z których moim skromnym zdaniem każda mogłaby właśnie zejść z wybiegu bądź wyłonić się z tafli ekranu; w fali tłumu przepływa kilka Pamel, mój Boże, czy właśnie minął mnie Brad Pitt? Doprawdy nie wiem, gdzie mam podziać oczy: takiej uczty wizualnej nie miałam od dawna. Jak to możliwe?- zastanawiam się. Mój przyjaciel wyjaśnia mi, i jest to do pewnego stopnia pocieszające, że ta perfekcja nie zawsze jest pochodzenia naturalnego. Faktycznie, ilość klinik chirurgicznych można jedynie porównać z ilością kościołów w Polsce. To, co od razu rzuca się w oczy, to olśniewająco białe uśmiechy. Los Angeles wygląda jak panoramiczna, trójwymiarowa reklama pasty do zębów, gdzie wszyscy oślepiają się nawzajem swymi śnieżnymi uśmiechami. I znowu mój przewodnik tłumaczy mi przyczynę tego fenomenu. Nigdy nie wiadomo, z kim ma się do czynienia: z milionerem incognito czy z nieodkrytą gwiazdą jutra, więc lepiej się uśmiechać- tak na wszelki wypadek. No i właściwie, z jakiego powodu mogliby się smucić mieszkańcy Los Angeles mając przez cały rok lato i ocean na wyciągnięcie ręki?
CO ROBI SIĘ W LA?
Oprócz kariery i fortuny, w Los Angeles robi się głównie zakupy. Jak to zabawnie określiła gwiazdka popularnego serialu o życiu w LA, „Hills”: „W dzień lubię chodzić do sklepów”; nie będziemy dociekać, czemu oddaje się w nocy.
Zaiste, LA jest mekką szopoholików. Odbywają nabożne pielgrzymki do słynnego Rodeo Drive, najznamienitszej ulicy firmowych sklepów: to tu znajdą śmietankę butików: Cartier, Dior, Chanel, Dolce&Gabana - litania jest długa.
Często podjeżdżają tu autokary wycieczkowe pełne Azjatów, którzy wysypują się z nich jak szarańcza i atakują luksusowe butiki. Mogą wreszcie kupić swoje ulubione marki i to po niższej cenie. Stąd ciekawa polityka: Azjaci mogą nabyć tylko jeden produkt w danym sklepie. Jak widać wielkie marki nie muszą zabiegać o klienta, a podtrzymanie ekskluzywnego statusu jest dla nich priorytetem.
Nieśmiało wchodzę w progi Y.S.Laurent'a. Na przywitanie dostaję kieliszek szampana do ręki, z którym błąkam się po trzypiętrowym sklepie wielkości hangaru, gdzie być może suma sumarum znajdzie się 30 sztuk ubrań- każda pięknie wyeksponowana, niczym bóstwo na ołtarzu, oczywiście bez metki z ceną, bo nikt nie mówi o pieniądzach, gdy jedna nogawka kosztuje kilka tysięcy zielonych.
AMBROZJA, CZYLI CO JEDZĄ ANIOŁY?
Demi Moore ma 45 lat, a wygląda o 20 lat młodziej. To dzięki Juliano (www.planetraw.com), który jest jej osobistym kucharzem, choć to nie do końca dobre słowo na określenie kogoś, kto nie gotuje. Juliano wierzy, bowiem, że organizm najlepiej przyswaja nieprzetworzony świeży pokarm i układa na talerzu kilka marchewek posypując je ziarnami słonecznika, za co liczy sobie, bagatela, 1000$. Wszyscy chcą wyglądać równie młodo jak Demi, więc Juliano robi fortunę. Otwiera restaurację PLANET RAW gdzie według jego recepty przyrządza się (czyt. komponuje) w.w. marchewki i śmietanka LA stołuje się właśnie tu. Bo w LA wszyscy dbają o siebie wręcz obsesyjnie, kult ciała to najpopularniejsza religia i fortuny zbija się na wszystkim, co ma w nazwie „organiczne” , „naturalne” i „odmładzające”. Sieć specjalnych supermarketów „Whole Foods” sprzedaje właśnie produkty z ekologicznych upraw: można tu kupić dosłownie wszystko: począwszy od organicznej czekolady (ja, zdeklarowana czekoholiczka, zacieram ręce z uciechy) na lekach homeopatycznych skończywszy. To właśnie tu w jednej z alejek wpadam na Charlieze Theron i doświadczam po raz pierwszy efektu zetknięcia z gwiazdą. W pierwszym odruchu chcę łapać, chwytać, zdjęcie robić! Charlieze naciąga głębiej czapkę bejzbolówkę, w której wygląda o wiele młodziej niż na ekranie i przemyka się opłotkami. Żal mi jej i chronię ją przynajmniej przed jednym natarczywym fanem: sobą. Ale już w kolejnej alejce słyszę jak witają ją okrzyki:
-Hey, Charlieze! Wyjdziesz za mnie?
GDZIE BYWAJĄ ANIOŁY?
W Mieście Aniołów znajdziemy absolutnie wszystko, by zaspokoić zmysły: bary coctailowe, sportowe, dyskoteki, lounge; blues, jazz, rock, hip hop. Jakakolwiek nie byłaby zachcianka, z pewnością można ją tu spełnić. Właściciele klubów żonglują kwotami rocznych budżetów, co pomniejszych państw i tyle też są w stanie skasować w ciągu jednej nocy.
Smaczku dodaje to, że w miejscach en vogue można zobaczyć gwiazdy- roztańczoną Britney Spears na stoliku czy Paris Hilton, która zgarnia 3O tys. dolarów za samo błyśnięcie swoim perłowym uzębieniem. Ale nie potrzeba wielkich pieniędzy, by móc się tu dobrze bawić. Główne ulice Hollywood rozkwitają nocą ulicznymi artystami i można tu spotkać prawdziwe perły. Na każdym rogu stoi przyszła gwiazda i wystarczy się tylko dobrze wsłuchać, by wyłowić głosy kalibru Janis Joplin.
WENECJA W MIEŚCIE ANIOŁÓW
To nie pomyłka. Tak właśnie nazwano jedną z najbardziej artystycznych dzielnic Los Angeles, położoną tuż nad plażą. To tu spotyka się brać artystyczna i można zobaczyć wielu ekscentrycznie odzianych twórców. Odbywa się tu 24 godzinny spektakl ulicznych performerów, którzy śpiewają jeżdżąc na wrotkach, żonglują wielkimi maczetami i zaprzeczają prawu grawitacji wykonując akrobacje, które trudno sobie wyobrazić, a co dopiero wykonać. Nocą odbywają się tu też niezwykłe pokazy z ogniem, podczas których tancerze kręcą ognistymi kulami z lekkością i gracją kotów.
Gwiazdy na ulicach, czyli Walk of Fame...
W Hollywood z pewnością nie można narzekać na brak gwiazd. Niebo nieprzytłoczone drapaczami chmur gwarantuje przepyszny widok, zwielokrotniony odbiciem w morzu no i z fenomenalnymi efektami dźwiękowymi czesanych wiatrem fal. Bez liku jest też gwiazd szklanego ekranu na tutejszych chodnikach: dosłownie i przenośnie, szczególnie na Walk of Fame.
To właśnie tu gwiazdy odbijają swoje dłonie, by już na zawsze wpisać się w historię kina. Wycieczki turystów suną wielkimi grupami, by wypatrzyć swoich ekranowych ulubieńców. Gary Cooper, Ava Gardner, Rita Hayworth- są tu wszyscy. Nie mam odwagi zbeszcześcić ich podeszwą buta, ostrożnie i z nabożnym szacunkiem omijam je szerokim łukiem. Kilka gwiazd jest jeszcze pustych- a więc jest szansa dla nas, moi mili.
Anioły w Mieście Aniołów
Niektórzy nazywają Los Angeles miastem upadłych aniołów i krytykują je za powierzchowność i płytkość. Paradoksalnie, to właśnie tu znajdziemy potężną duchową społeczność. Najwięksi mistycy, nauczyciele, szamani, guru z całego świata, jasnowidze, uzdrowiciele- znajdziemy tu wszystkich. Sylvie Browne, która za 700$ opowie Ci o Twojej przyszłości, dr Ayurvedy wytłumaczy ci, jak zadbać o zdrowie, a kościół scjentologiczny (gdzie Tom Cruise pełni rolę honorowego proroka) pomoże ci się przygotować na przybycie UFO.
Drugiego dnia mego pobytu w LA ląduję na festiwalu Good Medicine-Good Earth (Dobra Medycyna: Dobra Ziemia). Za 50$ mogę przez cały dzień rozmawiać z najznamienitszymi uzdrowicielami i lekarzami medycyny naturalnej. Wskakuję na stół kręglarza, który uczył się swej profesji przez 30 lat w Indiach, i który za pomocą 3 ruchów przywraca mój zdezelowany 20-godzinną podróżą kręgosłup do życia. Kiedy schodzę, a właściwie zeskakuję ze stołu, czuję się jak nowonarodzona. Rozmawiam z dietetykiem, który maluje przede mną czarny obraz ubocznych efektów jedzenia chleba. Nie daję się przekonać- za bardzo lubię ten polski smakołyk i za długo musiałam się obchodzić bez niego w Korei, gdzie chleb wygląda i smakuje jak wata. Na koniec poddaję się masażowi Shiatsu, który, nie będzie przesadą, jeśli powiem, że jest doświadczeniem ekstatycznym.
Rozmawiam długo z Fosterem Perry (www.goldenhummingbird.com) o chorobach „nieuleczalnych”.
-Najpierw trzeba zrozumieć, że „choroby nieuleczalne”, to po prostu takie, które mają swe źródło gdzie indziej niż w ciele, dlatego są „nieuleczalne” tylko z punktu widzenia medycyny konwencjonalnej.
-Wszystko jest „uleczalne”, jeśli ma się wystarczającą wiarę i właściwe narzędzia - dodaje Kristos, który sam pokonał raka żołądka.
7 magicznych dni mija zdecydowanie za szybko i wcale nie mam ochoty opuszczać nowo odkrytego Raju. Obiecuję sobie, że jeszcze tu wrócę, doładować się słońcem i światłem gwiazd.
Czeka mnie 26 godzin powrotnej drogi; spoglądam po raz ostatni na wzgórza Hollywood, na palmy i bezchmurne niebo, ściskam na pożegnanie mego anioła stróża, który tak cierpliwie tłumaczył mi tutejszą rzeczywistość, i myślę sobie, że było warto i że przecierpię kolejne 50 godzin lotu, byle tylko ponownie znaleźć się w niebiańskim Mieście Aniołów.












