MEDYCYNA
Medycyna Wschodu i Zachodu - dwie nauki, dwie metody, jeden cel:
Zdrowy człowiek
Z tradycyjną medycyną mongolską zetknęłam się pierwszy raz w dramatycznych okolicznościach w Ułan Bator, które było moim domem na czas niektórych dalekowschodnich wypraw. Wróciłam wtedy z Chin, zmaltretowana jakimś tamtejszym wirusem, niezdolna do życia, a tu słyszę, że trzeba ruszać na pustynię Gobi. W niektórych somonach wybuchła epidemia dżumy wśród zwierząt i służby sanitarne mogły lada dzień zabronić wszelkich wyjazdów. Więc pośpiech, nerwowe pertraktacje z kierowcą wynajętego UAZA, żeby zrobił coś „z tą cholerną dziurą” w chłodnicy, z powodu której bezkresne mongolskie stepy przemierzaliśmy przeważnie wielbłądzimi szlakami, to znaczy od wodopoju do wodopoju. Było to pasjonujące, ale nie zawsze celowe, nie mówiąc o ryzyku utknięcia w tym cudnym bezkresie na wieki wieków amen.
Tekst Anna Koniecka
Fotografie Anna Koniecka
Tadeusz Poźniak
Jakby tych zmartwień było mało, mój współtowarzysz podróży Władek Borowiec, dziennikarz i operator kamery, zazwyczaj chodząca „siła spokoju”, rozlał na siebie gar wrzątku. Najgorzej ucierpiała prawa ręka, ugotowana niemal do miękkości. Domowe sposoby pogorszyły stan. Baliśmy się zakażenia. Ostatecznie rękę (i film dokumentujący wyprawę) uratował Khamblama Nadsagdorj - lekarz z lamajskiej świątyni, będącej równocześnie szkołą medycyny tradycyjnej. Zasypał rany proszkiem przypominającym grafitowy rysik z ołówka i zalecił okłady wg specjalnej receptury. Dwa dni później byliśmy w drodze! Pomimo niewyobrażalnie niehigienicznych warunków długiej podróży, rany goiły się szybko.
Ja też dostałam na swoje boleści ziółka zawinięte w malutkie pakieciki. – To cię postawi na nogi, ale za rok trzeba kurację powtórzyć– powiedział na pożegnanie lamajski doktor z oksfordzkim dyplomem, jak się później okazało. Bardzo chciał przyjechać do Polski, ale dla medycyny Wschodu nie było klimatu takiego jak teraz. Obie kultury medyczne – ta która liczy osiem tysięcy lat, i ta niespełna stuletnia - znajdują częściej wspólny język, wspólne pola do działania. Przy czym, jak podkreśla prof. dr hab. Miyegombyn Ambaga z Narodowego Centrum Medycyny w Ułan Bator, obie nauki wspierają się i czerpią od siebie nawzajem; inspirują do prac badawczych.
Dla prof. dra hab. Kazimierza Główniaka z lubelskiej Akademii Medycznej taką inspiracją stały się rośliny adaptogenne stosowane w tradycyjnej medycynie Wschodu. Profesor Ambaga jest autorem New Coded Medicine („Medycyna kodowana na nowo”; dot. nowego wyjaśnienia jednej z teorii medycznych).
Konferencja warszawska
Przed Pałacem Młodziejowskiego w Warszawie stoi jurta, a skośnooka dziewuszka, jakby wyjęta z moich mongolskich wspomnień, woła po polsku: Cześć! Znak czasu (i przenikania się kultur, tym razem sensu largo) – w pałacu trwa międzynarodowa konferencja „Mongolia – Polska – Kultura – Nauka – Medycyna”. Wśród gości ponad stu lekarzy, większość to lekarze mongolscy, którzy pracują w Polsce, łącząc dwa systemy edukacji medycznej – akademicką i tradycyjną. Tak jak dr Bataa Och, leczący od dwudziestu lat w Warszawie. Tutaj obronił pracę doktorską nt. skuteczności jednej z odmian masażu mongolskiego w leczeniu świądu mocznicowego u chorych na niewydolność nerek. Pacjentów leczonych wg tej metody obserwował w Warszawie i w Ułan Bator. Wszyscy odczuli poprawę, a u części leczonych świąd ustąpił. A jest to dolegliwość dużo trudniejsza do wytrzymania niż najgorszy ból, będący niekiedy nawet przyczyną prób samobójczych.
- Mnie to cieszy – nie ukrywam, że doczekałem czasów, gdy starożytne, najprostsze, i tanie metody wracają na współczesne medyczne salony, a narody współpracują ze sobą nie tylko na płaszczyźnie ekonomicznej, ale także na płaszczyźnie najbliższej człowiekowi, bo dotyczącej jego zdrowia. – Tak uważa Enkhbayar Balbaar, mongolski lekarz pracujący od 14 lat na Podkarpaciu. Jest uznanym w Polsce i w Mongolii specjalistą w dziedzinie stosowania bańkoterapii jako metody nie tylko leczniczej, ale również jako metody diagnostycznej i profilaktycznej. - Liczy się to, co jest dobre dla pacjenta. Gdy wygra pacjent, a przegra choroba. Tu nie ma co doszukiwać się wielkiej filozofii. Naszą powinnością jest to, aby wiedzę, którą na temat leczenia tradycyjnymi metodami gromadzili nasi przodkowie od ośmiu tysięcy lat, poddawać obiektywnej analizie, wyjaśniać przy pomocy współcześnie dostępnych środków. Nieważne gdzie się to robi, w jakim kraju, ważne, żeby tak przetransponowaną wiedzę zostawić światu. Ludziom!
Pacjent czy„jednostka chorobowa”
Mongolskie przysłowie mówi, że nasze zdrowie ma dziewięciu lekarzy: świeże powietrze, ruch, dietę, słońce, pozytywne myślenie, głodówkę, czystą wodę, dobry sen i regularny tryb życia. Przy słabości współczesnych systemów ochrony zdrowia (również w Polsce) to jest cudowna recepta, zwłaszcza że każdy może ją sobie sam przepisać! Ale odłóżmy na bok złośliwości. Pozytywny jest sam trend, moda na zdrowy styl życia. Niektórzy mówią: renesans Wschodu na Zachodzie, gdyż sięgamy po metody stosowane w Indiach, Chinach czy Mongolii (skąd pochodzą pierwsze manuskrypty poświęcone sztuce leczenia). Poszukujemy równowagi duchowo-fizycznej, ćwiczymy jogę, bierzemy masaże zdrowotne albo odmładzające, np. przy pomocy baniek. I - ku utrapieniu naszych rodzimych medyków - domagamy się leczenia pacjenta, a nie „jednostki chorobowej”. To są kanony medycyny Wschodu, która traktuje organizm jako całość, leczy przyczynę a nie objaw choroby.
Tu warto przypomnieć, że jedna z najbardziej popularnych metod – akupunktura - została uznana przeszło pół wieku temu przez WHO za oficjalną metodę leczenia. Dodajmy - metodę wspomagającą, ale w niektórych przypadkach zastępczą wobec metod farmakologicznych. Mimo to stopień akceptacji dla tej i innych naturalnych terapii przez przedstawicieli medycyny akademickiej bywa różny...
Enkhbayar Balbaar woli mówić o dobrym klimacie do pracy i współpracy. – Szkoda czasu i energii na dywagacje, która metoda leczenia jest główną, a która tylko pomocniczą. Obie są potrzebne. Ja nie mam kompleksu: mistrz czy pomocnik mistrza. Gdyby nie wynaleziono penicyliny, nie uratowano by milionów istnień ludzkich. Ale pierwszą apteką Hunów, praprzodków mongolskich koczowników, były zioła rosnące na stepie. O tym warto pamiętać, bo tutaj jest początek dzisiejszej farmakologii. W Mongolii mariaż starych terapii i nowoczesnego lecznictwa wydaje się jednak czymś bardziej naturalnym i oczywistym: mamy na przykład sanatoria, gdzie leczy się z powodzeniem obiema metodami – konwencjonalną i tradycyjną. Ja nigdy nie mówię pacjentom, żeby wybierali pomiędzy jedną a drugą. Albo żeby ostawiali leki. Przeciwnie! Przestrzegam jednak przed nadużywaniem farmaceutyków, zwłaszcza antybiotyków. Często naprawdę wystarczą prostsze terapie, np. odpowiednio postawione bańki. Rolą tradycyjnej medycyny jest wszak przywracanie równowagi w organizmie naturalnymi sposobami, jak najmniej inwazyjnymi.
Mongolskie bańki
Stawia się je inaczej niż u nas. – Bardzo się zdziwiłem, gdy pierwszy polski pacjent, któremu postawiłem bańki swoim sposobem, zapytał, czy musi leżeć trzy dni w łóżku. Otóż wcale nie musi. - Doktor tłumaczy, na czym polega różnica: mongolskie bańki mają inne ciśnienie wewnętrzne.
Polscy pacjenci dziwią się, gdy słyszą, że oczyszczanie organizmu po mongolsku nie oznacza wcale stosowania jakiejś drakońskiej diety. Używa się w tym celu na przykład... odpowiednich naczyń. – U nas w domu jest taki zwyczaj, że herbatę i wodę pijemy z filiżanek powlekanych cieniutką warstwą srebra, albo miedzi. Przy czym każdy z domowników ma swoje naczynie. W Mongolii świetnie prosperują firmy wyspecjalizowane w produkcji właśnie takich naczyń.
Enkhbayar Balbaar ukończył studia w Mongolskiej Akademii Medycznej, a potem elitarny fakultet medycyny tradycyjnej, gdzie co roku przyjmowano tylko 15 najzdolniejszych absolwentów medycyny akademickiej. – Za czasów komunistycznych w Mongolii można się było nauczyć tylko ziołolecznictwa, akupunktury czy akupresury. Dopiero po roku 1990 otwarto w Ułan Bator ten dodatkowy fakultet. Wcześniejsze lata, zanim nastała u nas demokracja, dla rozwoju naturalnej medycyny mongolskiej uważam za stracone – mówi z żalem. – Wiedza to jest żywy organizm – trzeba dbać o jej rozwój. Bez tego umiera.
Jest szesnastym lekarzem w rodzinie. A tym samym spadkobiercą doświadczeń i receptur przekazywanych jako najcenniejszy skarb z pokolenia na pokolenie. Nie wszystkiego można się nauczyć z podręczników. – Prosty przykład: gdybym nie dostał od dziadka - lekarza baniek wykonanych z miedzi, pewnie nie wiedziałbym, że w ogóle istniały.
Pierwsze bańki stosowano w Mongolii zanim jeszcze wynaleziono szkło. Były to bańki z rogów zwierząt. Stawiało się je przy chorobach kręgosłupa. Doktor Balbaar przywiózł kilka rogowych baniek z Mongolii. Nie po to, żeby były egzotyczną ozdobą w gabinecie. Używa ich stosownie do potrzeby. Podobnie jak tych miedzianych, które dostał od dziadka. Bambusowych również używa. - Są bardzo dobre przy leczeniu zapaleniu stawów barkowych, ramion, kolan. Ale – zastrzega – to nie ja leczę. To bańki leczą. Ja tylko wiem, gdzie powinienem je postawić. Mapa punktów najbardziej odpowiednich dla skutecznej bańkoterapii jest inna niż mapa według której stosuje się akupunkturę.
Baniek ze srebra i złota już się w Mongolii nie używa, ale doktor ma nadzieję, że jeszcze kiedyś je wypróbuje. I dołączy jako kolejne brakujące ogniwo w historii bańkoterapii, tajemniczej momentami jak cała mongolska medycyna, a nawet dramatycznej.
W Polsce bańkoterapia kojarzona jest ze stawianiem małych szklanych baniek przy zaziębieniu. Tymczasem z wielowiekowych doświadczeń mongolskiej medycyny wynika, że bańkami można leczyć zdumiewająco wiele schorzeń. Są używane również do diagnozowania chorób i profilaktyki. Doktor używa baniek o różnych rozmiarach i kształtach. Narzeka, że w Polsce można dostać tylko te najmniejsze, szklane, a jego zdaniem one są przydatne, owszem, ale dla dzieci. Dla dorosłego to tyle, co dla psa mucha.
Wciąż pracuje nad nowymi rodzajami baniek – ostatnio nad solnymi i z kamieni. Od trzech lat szuka fizyka, który popracowałby razem z nim nad „elektrobańkami”, które wymyślił, ale sam nie jest w stanie przeprowadzić pomiarów ciśnienia wewnątrz bańki. -Spectrum zastosowania takich elektrycznych baniek może być bardzo szerokie, między innymi przy rehabilitacji po udarze mózgu czy leczeniu nadciśnienia - wyjaśnia.
Polsko-mongolski dom
Do Polski, jak mówi, przyjechał na chwilę. I został. Tutaj urodzili się jego synowie. Pierwszy w Sandomierzu, dlatego dostał imię Luv/sando/rj. Młodszy – Bilguundorj – urodził się w Tarnobrzegu. Obaj chłopcy mówią chętniej po polsku niż po mongolsku, nad czym ich ojciec ubolewa, ale również troszeczkę synom zazdrości. – Język polski jest bardzo trudny, trudniejszy niż cała medycyna – twierdzi Balbaar.
Z żoną – również lekarką, nostryfikującą obecnie dyplom, rozmawia po mongolsku. I ze swoją mamą Lantuu, która co jakiś czas wpada do Polski. A wtedy jest wielkie święto. Matka – w mongolskiej tradycji - jest najważniejszą osobą w domu, mentorką, do niej należy zawsze ostatnie słowo.
Co drugi rok Enkhbayar Balbaar wraca na dwa miesiące do rodzinnego Ułan Bator, teoretycznie na urlop, ale to jest czas na kontynuowanie pracy naukowo- badawczej i popularyzatorskiej (wywiady, audycje, konsultacje). W rzeszowskim gabinecie doktora wisi certyfikat nadania mu w 2005 roku tytułu profesora klinicznego przez Instytut Naukowo –Badawczy Tradycyjnej Medycyny Mongolskiej. To jest wyraz wielkiego uznania dla dokonań młodego lekarza.
XXX
Wśród 200 państw członkowskich Światowej Organizacji Zdrowia Mongolia jest jednym z 30. państw, gdzie medycyna tradycyjna – jako dziedzictwo narodowe - jest objęta specjalną polityką rządu, co oznacza w praktyce, że główne kierunki rozwoju są wytyczane przez rząd.
XXX
Już 3 tysiące lat temu przeprowadzano na terenach dzisiejszej Mongolii operacje mózgu.
XXX
Przez ostatnie kilkadziesiąt lat mongolscy naukowcy odkryli nieznane wcześniej światu naukowemu substancje: około 60 flawonoidów i seskwitów, stworzyli prawie 40 nowych leków, które zostały wdrożone do produkcji.
Artykuł ukazał się w Numerze 5(13)VIP Biznes&Styl, wrzesień-październik 2010






