Jesteś w: vip.pl Reportaże Krym
Krym

 

Wzywa nas Wschód

Morze słoneczników, ocean stepu, w końcu prawie 40. stopniowy upał, każde po kolei zapierają dech w piersi. Ukraińcy nie bez powodu nazywają Krym najbardziej egzotycznym miejscem na ziemi, a Krym jak na indywidualistę przystało, w niczym nie przypomina reszty Ukrainy. Dookoła stepy dający złudzenie, że człowiek zanurza się w niekończącej się przestrzeni, a gdy nadchodzi chwila oprzytomnienia, wynurza się południe Krymu w bajecznym zamknięciu pomiędzy krymskimi górami a Morzem Czarnym. Tu na każdym wzgórzu złoci się cerkiew, meczet, albo świątynia Ormian lub Karaimów. Oczy przyzwyczajone do europejskich krajobrazów, nie zaznają dzikiej wolności dopóki z Zachodu nie uciekną na Wschód.

Tekst i fotografie Aneta Gieroń

            Krym – tygiel krajobrazów, kultur, ludności, religii, politycznych interesów. Gdzie jest drugie takie miejsce na ziemi, gdzie na niewielkim skrawku aż tyle imperiów upadało i powstawało na nowo. Obok siebie, niczym w architektonicznym ekumenizmie do dziś stoją; skalne miasta Bizancjum, greckie ruiny, rosyjskie pałace, genueńskie zamki i radzieckie okręty podwodne.

Aleksander Siergiejewicz Kozakow, emerytowany pułkownik policji, były szef sekcji ruchu drogowego na Półwyspie Krymskim, tłumacząc mi paradoksy współczesnego Krymu niczemu się nie dziwi. Jego ojciec był wśród oficerów policji zabezpieczających Konferencję Jałtańską w 1945 r., gdy na Krym zjechali; Roosevelt, Churchill i Stali, by ustalać porządek świata po II wojnie.

- Nie jesteśmy  Ukraińcami, jesteśmy mieszkańcami Krymu – mówi twardo, po rosyjsku Aleksander Kozakow, gdy spacerujemy po przepięknych ogrodach wokół pałacu hrabiego Woroncowa w Ałupce. Sama Ałupka przypomina najdroższe francuskie kurorty z lazurowego wybrzeża. Maleńka miejscowość jest czymś w rodzaju ogromnych, kamiennych schodów prowadzących wprost do Morza Czarnego, na stopniach których rozsiadły się, tonące w zieleni wille i domy letniskowe. W jednym z nich mieszka Kozakow, jest w grupie tych szczęśliwców, którzy na kolejnych zawirowaniach politycznych na Ukrainie  nie stracili prawie nic, ma pewną, wysoką emeryturę i święty spokój.

Na ukraińskim Krymie po rosyjsku

Krym w ogóle zdaje się być czymś absolutnie unikatowym w ramach Ukrainy. Po pierwsze jest Autonomiczną Republiką Krymu z własnym hymnem, flagą i herbem, w prawie 60 proc. zamieszkany przez Rosjan, gdzie mówi się prawie wyłącznie po rosyjsku, a język ukraiński jest tu rzadkością budzącą zdziwienie i niechęć.

Sytuacja jest… „stabilnie niestabilna”: Rosja rozdaje swoje paszporty, Ukraina nie wpuszcza na Krym co bardziej krewkich orędowników integracji z półwyspem, miejscowi aktywiści urządzają manifestacje, a Flota Czarnomorska okupuje latarnie. W największych miastach Krymu: Jałcie, Sewastopolu w centralnych punktach dumnie stoją ogromne postumenty Lenina, a najważniejsze aleje nazywane są jego imieniem. Panuje najdziwaczniejsze pod słońcem przemieszanie resentymentu do minionej epoki z umiłowaniem do kolorowego, dostatniego życia. Chyba niewiele jest miast w Europie, gdzie odsetek  luksusowych samochodów w przeliczeniu na metr kwadratowych byłby choć zbliżony do liczby limuzyn jeżdżących po ulicach Sewastopolu, Jałty, czy Ałupki. Co w połączeniu z jeżdżącymi po ulicach mocno zdezelowanymi marszrutkami, czyli autobusami komunikacji miejskiej i siermiężnymi beczkowozami z kwasem chlebowym ustawionymi na wszystkich prawie chodnikach, daje niezapomniany obraz.

 Ociekający luksus spokojnie sąsiaduje tu z nędzą albo z ostentacyjnym brudem i bałaganem. Ekskluzywne stacje benzynowe z ubikacjami, gdzie nie ma muszli, a toaletę zastępuje wyłożona płytkami dziura w ziemi, jest czymś normalny. Jednocześnie cały południowy Krym aż tonie w ekskluzywnych willa o przepięknej architekturze, jakiej nie powstydziłyby się Francja, Włochy, czy Szwajcaria, przy których wiją się drogi, a właściwie wertepy, jakich nie znajdziemy już w najbardziej „zapadłych” wsiach w Polsce. Obok tego bloki mieszkalne, gdzie nawet te najbardziej ekskluzywne mają wejścia do klatki schodowej przypominające obejścia z polskich bloków popegeerowskich.

Słowiańska gościnność i nostalgia

- Paradoks goni paradoks. Tacy jesteśmy – mówi Aleksander Kozakow i przyznaje, że w tej części świata zawsze luksus mieszał się z nędzą, a nadzieja z beznadzieję. Ale niezmienne zawsze i wszędzie pozostają: słowiańska gościnność i nostalgia.

Aż uwierzyć nie mogę, gdy Kozakow co rusz cytuje klasyków rosyjskich i polskich, a jego znajomość historii Ukrainy, Rosji i świat jest imponująca.

Krymska gościnność jest czymś niezwykłym, cały dzień spędzony z rodziną Kozakowa, to dzień upływający na biesiadowaniu, rozmowach i smakowaniu przepysznego, białego krymskiego wina.

- Winnice Krymu należą do najstarszych w Europie – opowiada Ludmiła Pietrowna, żona Kozakowa, z pochodzenia Ukrainka, co w ich domu, kto jakiej jest narodowości, czy wyznania nie ma najmniejszego znaczenia, szanuje się każdą odmienność, ta zawsze postrzegana jest jako zaleta, nigdy wada.

Winorośla dzięki kolonistom greckim dotarły tu już w V wieku p.n.e. Jednak sława tutejszych win rozniosła się po Europie dopiero w XIX wieku, gdy winiarskim biznesem zajęli się rosyjscy carowie i arystokraci. Zdecydowanie najlepszym słodkim winem  Krymu jest wino Massandra produkowane ze szczepu Pinot Gris. Massandra znalazła się nawet na prestiżowej liście 100 najlepszych win świata czasopisma „Wine Spektator”.

Unikatów na Krymie jest więcej. Bo więcej niż wyjątkowa jest Bałakława, niewielki port na urwistym  krańcu Półwyspu Heraklejskiego. To tutaj przez długie lata funkcjonowała baza dla łodzi podwodnych, a do 1996 r. do przepięknego miasteczka nie prześlizgnęła się przysłowiowa mysz. Idea powstania słynnej bazy powstała po 1945 r., po ataku atomowym na Hiroszimę i Nagasaki. Budowa rozpoczęła się w połowie lat 50. Pracowano na 4 zmiany, do budowy używano najlepszej jakości betonu. Pierwszy okręt podwodny do bazy wydrążonej w skałach wpłynął w 1961 r. Beton i skały miały chronić przed atakiem bombowym, silniejszym niż w Hiroszimie. W arsenale pracowali tylko oficerowie i służba zawodowa. Korytarze przedzielone były żelaznymi bramami o grubości 60 cm tworzącymi śluzy ( równocześnie nie otwierano nigdy dwóch bram). Wszystkie wloty i wyloty z bazy przykryte były siatką maskującą, a łodzie wpływały i wypływały z bazy pod wodą, tak aby nigdy nie było wiadomo, ile ich jest na terenie bazy w danym momencie.

Dziś na szczęście Bałakława nie kojarzy się już z miejscem składowania torped i głowic nuklearnych, ale z urokliwą zatoczką z małym portem, gdzie stacjonują bodaj najpiękniejsze na Krymie jachty. Po mocno kosmopolitycznym deptaku spacerują damy w kapeluszach, a z cudnych knajpek sączy się zapach smażonych ryb dopiero co wyłowionych z morza. Ceny więcej niż zachęcające, ale dla turystów.

Wielokrotnie się zastanowiłam, jak przeciętna ukraińska rodzina może się wyżywić z pensji około 2 tys. hrywien, gdzie w przeliczeniu na polskie daje to 800 zł, a ceny w ukraińskich sklepach niczym nie różnią się od polskich. Tani, bardzo tani jest tylko alkohol, tytoń i paliwo. Zaskakująco drogi jest bazar…. gdzie życie nie zamiera nigdy, a setki, nigdzie nieśpieszących się mężczyzn od rana do wieczora sączą kwas chlebowy w smaku przypominający polskie piwo karmelowe. Jest to bodaj największy przysmak na Wschodzie, raczy się nim każdy, wszędzie i w każdym wieku. Także na plażach i w nadmorskich knajpach, gdzie dzień w dzień wielonarodowy tłum bawi się do rana przy hałaśliwym karaoke. Miałam wrażenie, że Krym, cała Ukraina zdają się być rozkochani w rzewnych songach śpiewnych przez mniej niż utalentowanych scenicznych naturszczyków. Na szczęście to tylko jedna z wielu twarzy Krymu.

 Krym tatarsko-ukraiński- rosyjsko- karaimski

Tę dużo ładniejszą, może najpiękniejszą odnalazłam w okolicach Bachczysaraju, Monastyru Uspieńskiego i Czufut - Kale. Monastyr Uspieński, czyli Klasztor Zaśnięcia NMP, jest jednym z najstarszych tego typu na Krymie. Wykuta w skale cerkiew i klasztorne cele więcej niż zachwycają. Zapach świec, chłód skał, gdy na zewnątrz żar leje się z nieba i jednostajny śpiew mnichów każdego wprowadzają w sferę sacrum. We wschodniej pobożności jest coś wzruszającego. Gdy patrzy się na babuszki okutane w chustki, całymi godzinami kiwające się przed ikonami, wszystko to w otoczeniu ociekającej złotem i przepychem estetyki – człowiek czuje się trochę jak intruz - podglądacz.

Jednak ciekawość jest przemożną siłą, tak tylko można wytłumaczyć chęć człowieka do wspina się w prawie 40. stopniowym upale na stromą górę, gdzie ukryte jest jedno z najpiękniejszych na Krymie skalnych miast – Czufut - Kale. To tutaj mieszkali pierwsi chanowie krymscy, a na przestrzeni prawie 8 wieku osiedli się także chrześcijanie, muzułmanie i karaimi. Gdy przechadza się po skalnych uliczkach, wśród wydrążonych w skałach kościołów, domów, szkół, aż trudno uwierzyć, że jeszcze 50 lat temu w tym spartańskim, dzikimi miejscu mieszkali ludzie. Przepiękna, nieprzystępna przyroda z ogromnymi przepaściami, skalistymi drogami, bez wygód zdaje się tu być niepodzielnym królem. Karaimi, którzy swą nazwę wzięli od hebrajskiego słowa „ karai” – co znaczy czytać Biblię, są  bodaj najbardziej tajemniczą mniejszością narodową na Krymie, która mieszkała tu jeszcze w drugiej połowie XX wieku.

Schodząc z Czufut –Kale zdawać się może, że wstępujemy do krainy z baśni Tysiąca i Jednej

Nocy. Bachczysaraj, siedziba tatarów krymskich, przez kilka wieków stolica chanów jest niczym Orient w miniaturze. Zachwyca meczet ze smukłymi minaretami na dziedzińcu pałaców chanów krymskich, uwodzi harem, wzrusza dziedziniec fontann, magnetyzuje cmentarz chanów. Bachczysaraj  nie wypuszcza gości z ramion przez cały dzień. Błądząc po kompleksie chańskiego pałacu, aż trudno uwierzyć, że tak wiele, tak pięknych rzeczy, można zgromadzić w niewielkim, zdawać by się mogło małym, skalistym miasteczku.

Polski akcent odnajduję przy fontannie łez, którą chan Krymu Gerej miał zbudować dla Marii Potockiej, pojmanej do jego haremu, gdzie kobieta tęskniąc za domem i ojczyną zmarła po ledwie półrocznym pobycie. Zakochany Tatar zapragnął zbudować fontannę, która zachwycałaby swoim pięknem, a jednocześnie potrafiła oddać ból po stracie ukochanej. I rzeczywiście mistrz Omer stworzył rzecz niezwykłą. Kiedy uważnie i w skupieniu wpatrujemy się w fontannę, odnosimy wrażenie, jakby fontanna rzeczywiście cichutko płakała. Aleksander Puszkin, gdy ujrzał ją po raz pierwszy, zostawił tu czerwoną różę. Od tamtej pory taka róża pojawia się tu codziennie i nigdy nie umiera żywiona krystaliczną wodą. Adam Mickiewicza piękną fontannę opisał w sonecie Bakczysaraj.

I jak tu nie wierzyć w pokrętność losu. Gdy w szkole dzieci zmusza się do czytania „Sonetów krymskich” Adama Mickiewicza, uczniów ogarnia czarna rozpacz. Gdy sama wyjeżdżam z Krymu zdaję się być zrozpaczona.

 Artykuł ukazał się w Numerze 5(13)VIP Biznes&Styl, wrzesień-październik 2010

 

 

 

 

 

Galeria zdjęć



Jesteś w: vip.pl Reportaże Krym