Kiedy oznajmiłam, że wyjeżdżam do Korei, moja rodzina i przyjaciele złapali się za głowę: -A co ty w ogóle wiesz o tym kraju? - pytali.
Sęk w tym, że jak większość Polaków miałam na ten temat wyobrażenie dość mgliste.
-Tam jedzą psy!- dodawali z pogardą przekreślając tym argumentem jakiekolwiek szanse, by cokolwiek mogło mi się tam spodobać. Mimo to zaryzykowałam.
Tekst i fotografie Lena Świadek
Zupełnie sama wsiadłam do samolotu lecącego do Seulu, a dokładnie do Frankfurtu, Bangoku i Seulu, albowiem bezpośrednich połączeń do tego egzotycznego zakątka z naszego kraju nie ma. Ze swej odwagi (a może szaleństwa?) zdałam sobie sprawę dopiero czekając, na którymś z kolejnych lotnisk, kiedy to rozglądając się po gęstym tłumie Azjatów zdałam sobie sprawę, że jestem jedyną; białą twarzą;
-Czy leci Pan do Seulu?- zapytałam mego sąsiada chcąc nawiązać rozmowę.
-No English- mężczyzna zrobił rękami zawiły gest przypominający egzorcyzm. Czy wyglądałam, aż tak źle po 10 godzinach lotu?
Nie wiedziałam jeszcze, że ten gest podobny do znaku krzyża, oznacza w Korei zdecydowane; nie.Nie wiedziałam również, że większość Koreańczyków na wyżej postawione pytanie, odpowiada analogicznie i by przeżyć, będę musiała szybko nauczyć się koreańskiego.
Trudne początki
Na lotnisku miała czekać na mnie agentka. Czarne włosy, średni wzrost i okulary, opisała się w mailu. Rozglądam się po jednolitym tłumie niewysokich brunetek i myślę sobie, że być może przyjdzie mi tu spędzić kilka dni. Na szczęście okazuje się być bardziej rzucająca w oczy niż moja przewodniczka. Nic dziwnego. Przy wzroście 180 centymetrów trudno być niezauważonym w tym niskopiennym kraju.
-Witaj! Jak miło Cię widzieć. Na pewno jesteś głodna!- wyrasta przede mną niespodziewanie pani Czo, ku mojej bezbrzeżnej uldze. Nauczyciele angielskiego, to w Korei intratny biznes i, podobnie jak gwiazdy filmowe, mają swoich agentów. Taki nieszkodliwy handel żywym towarem.
Od pierwszego kroku na koreańskiej ziemi popełniam same faux pas. Nie wiem bowiem, że Koreańczycy mają inne poczucie przestrzeni i że nie należy się denerwować, gdy ktoś rozmawia z nami w odległości dziesięciu centymetrów, kiedy mój szef kłania mi się azjatyckim zwyczajem, popełniam wielką wpadkę nie odkłaniając mu się kilka centymetrów niżej jak nakazuje konfucjańska tradycja. Gdy zadaję pełne pytania poprawną angielszczyzną, płoszę ambitnych Koreańczyków, a gdy w gorący dzień zakładam T-shirt odkrywający przekłuty pępek- sferę uważaną tu za intymną, kilka starszych Azjatek oblewa się głęboką purpurą. Ja z kolei bardzo się denerwuję ciągłym poszturchiwaniem i przepychaniem, które jest koniecznością w przeludnionej Korei i nikt nie czuje się zobligowany by powiedzieć „przepraszam”. Trochę odstręcza mnie też publiczne spluwanie na ulicy i bezpardonowe komentowanie mego wyglądu.
I tak mam szczęście, bo wpasowuję się w ideał „białego człowieka”.
Wysoka, szczupła, o mlecznej skórze i blond włosach, po prostu „jepoio”,
czyli „piękna”, o czym Koreańczycy nie tylko informują mnie jakieś 20 razy na dobę, ale też podchodzą, dotykają „bardzo miękkich” włosów i łapią za piękny, „długi” nos. Moja puszysta koleżanka ma nieco gorszą sytuację. Słyszy z podobną częstotliwością, że jest „gruba jak świnia”- Koreańczycy lubią obrazowy język i nie przebierają w słowach.
Miłość nie od pierwszego wejrzenia...
...ale od pierwszego kęsa.
W ciągu pierwszych dni, chodzę w Korei zwyczajnie głodna. Kelnerki w restauracji kręcą głową, gdy pytam ich, czy mówią po angielsku i podają mi menu pełne tajemniczych zawijasów, w które wpatruję się z dużą dozą nieufności. Nie jestem też pewna, czy mam ochotę konsumować jedzenie w tłumie siorbiących i mlaskających Azjatów, bo to zdaje się być częścią tutejszego bon tonu. W końcu po trzech dniach McDonaldowej diety, zdesperowana wskazuję palcem na chybił trafił i za chwilę ląduję przede mną dymiący półmisek wściekle czerwonej cieczy i miseczka ryżu. Próbuję ostrożnie...i zakochuję się od pierwszego kęsa. Rozumiem też, dlaczego Koreańczycy wydają tyle dźwięków przy jedzeniu- jest naprawdę gorące i pikantne. Po kilku tygodniach stołuję się już tylko w koreańskich jadłodajniach, przebierając pałeczkami jak wprawiony szermierz siorbiąc z wdzięcznością wszystkie możliwe zupy i nie zupy, które oprócz tego, że są zdrowe, są też tu nieprzyzwoicie tanie. Są jednak rejony kulinarne, w które nawet ja nie śmiem się zapuszczać.
Żywe ośmiornice i inne delikatesy
Koreańczycy nie są może aż tak odważni jak Chińczycy w swoim doborze składników kulinarnych, ale i tu znajdą się dość nietypowe potrawy. Dla lubiących ekstremalne sporty, polecam ośmiornice. Żywe, warto dodać.
Najpierw nabija się delikwentkę na ostry szpikulec i wijącą się w śmiertelnych konwulsjach, zanurza w pikantnym sosie i aplikuje do jamy ustnej. I tu już trzeba mieć trochę szczęścia. Bo albo się ośmiornicę przełknie, albo zaklinuje się w przełyku. Taka kulinarna ruletka. Tylko w Korei można skosztować mięsa psa i choć autorka nie jest w stanie się na ten temat wypowiedzieć, gdyż z powodu wielkiej sympatii do tych zwierząt, nie zdecydowała się na degustację, mięso podobno smakuje bardzo smacznie i działa jak naturalna viagra. Zapewne dlatego jadają je głównie mężczyźni, płacąc przy tym za nie słono. Z tej samej przyczyny konsumują również zupę z świeżej krwi węża. Do każdej potrawy jada się oczywiście ryż. Koreańczycy przygotowują go w specjalnych kuchenkach, które utrzymują jego wysoką temperaturę nawet do dwóch dni i powodują, że jest miękki i puszysty niczym chmurka. Oprócz tego do każdego posiłku serwuje się również kimchi- kulinarny sztandar Korei. Bardzo pikantne, przyrządzone z kapusty pekińskiej marynowanej w sosie z papryczek chili, kimchi ma działanie antyrakotwórcze i wspomagające układ odpornościowy.
A na deser można schrupać upieczone koniki polne lub wędzone ośmiornice.
Na początek polecam robić to w masce gazowej, bo specyficzny zapach może być dość kontrowersyjny dla nieprzyzwyczajonych nozdrzy. Smacznego!
Różowa princessa
Nie można pisać o Korei bez wspomnienia o Koreankach, które podobnie jak Polki, są najlepszym towarem eksportowym tego kraju. No, może po telefonach komórkowych. Drobne, szczuplutkie i wymuskane, o jedwabistych włosach i dużych aksamitnych oczach w kształcie płatka lotosu (największe oczy pośród Azjatów, chełpią się Koreanki), tutejsze kobiety przypominają świeże kwiaty, a chętnych do ich zerwania nie brakuje. Korea jest nadal dość patriarchalnym krajem, gdzie największym atutem mężczyzny są pieniądze, a kobiety uroda. Nic, więc dziwnego, że Koreanki wydają fortuny na chirurgiczne poprawki, kosmetyki i inne upiększacze.
To ich broń w najważniejszej z walk- o męża, inwestycja na przyszłość i gwaranacja dobrego życia. Ideałem jest wyglądać jak kobiety zachodu stąd też największą popularnością cieszą się operacje rzeźbienia powiek, powiększania nosów i biustów i bardzo bolesne oraz długotrwałe wydłużanie nóg. Biała skóra jest uważana za symbol wysokiego statusu i Koreanki są gotowe na wszystko: ścieranie skóry, wybielanie jej chemią, terapię laserową, aby tylko uzyskać pożądaną biel kości słoniowej.
Korzystają na tym firmy kosmetyczne, które za same specyfiki wybielające zbijają na Korei około 10 milionów dolarów rocznie. Tak więc, moje miłe panie, zamiast smażyć się w solarium, proponuję na pozbycie się kompleksów wizytę w Korei, gdzie wasza biała skóra będzie po prostu 'beautiful'!
Obowiązujący styl to tzw. princessa style. A więc droga torba, najlepiej od Louis Vuittana i dziewczęce falbanki, plisy, kokardki, świecidełka.
Jakby tego jeszcze było mało, każda Koreanka musi mieć na sobie coś
różowego: a to lakier do paznokci, a to błyszczyk. Uosobieniem różowej princessy jest pięcioletnia córeczka mojej koreańskiej przyjaciółki, której nie tylko cała garderoba, ale i dieta jest w kolorze różowym, a jej głównym składnikiem są pączki w różowej polewie. Na moją cześć przechrzciła się małą Leną i nie muszę chyba dodawać, że czułam się więcej niż zaszczycona.
Co warto zobaczyć, czyli Koreańskie perełki...
Przede wszystkim Seul- 15milionowy ul, gdzie przestrzeń jest na wagę złota, a ulice, na co dzień wyglądają jak nasze domy towarowe w przeddzień Bożego Narodzenia. Miasto kontrastów i idiosynkratycznych behawioryzmów.
Wysokich drapaczy chmur, w których cieniu czają się maleńkie świątynie, mnichów buddyjskich za kołami BMW i mężczyzn w poważnych garniturach podśpiewujących romantyczne szlagiery. Jest to miasto, które mimo pozornego wyglądu metropolii w rzeczywistości sprawia wrażenie wioski, nawet, jeśli globalnej. Po pierwsze, jest bardzo bezpieczne i nie trzeba się tu kurczowo trzymać własnej torebki. Po drugie, Koreańczycy są niezwykle otwarci i szybko nawiązują przyjaźnie, więc po kilku dniach i my będziemy się tu czuć jak w domu.
-W centrum nowoczesnego Seulu czai się starożytna perła- pałac Gyeongbok, czyli w wolnym tłumaczeniu „Świetliste Szczęście”. Zbudowany w 1395 roku przez króla Taejo, pałac był dwukrotnie zniszczony przez Japończyków i pozostawał w stanie ruiny przez ponad 250 lat. Otacza go tragiczna legenda cesarzowej Myeongseong, która została tu brutalnie zamordowana przez Japońskich najemców w 1859 roku w wieku 43 lat.
-Itaewon- to międzynarodowa dzielnica Seulu, która bardziej przypomina Nowy Jork niż azjatyckie miasto, a to dzięki bazie armii amerykańskiej stacjonującej w pobliżu. Itaewon to jeden wielki dom towarowy, tyle, że na zewnątrz. Coś jak nasze Sukiennice w wersji ulicznej. Kupimy tu wszystko od mydła do powidła, od oryginalnych torebek Fendi po ich pięciodolarowe podróbki. To tu można też skosztować wszystkich smaków świata, począwszy od amerykańskich burgerów, a na kuchni indyjskiej skończywszy.
-Jeju Island- najpiękniejsza wyspa Korei, na którą wszyscy tłumnie wyjeżdżają w czasie wakacji. To tu często kręci się romantyczne seriale, w których lubują się koreańskie gospodynie. No, bo czy można sobie wyobrazić coś równie pięknego jak wzgórza pokryte soczystą zielenią (zielona herbata) i rozjaśnione pomarańczami (najlepsze i najdroższe pomarańcze w Korei) oraz błękitem wodospadów (najznamienitsza woda mineralna). Wyspa jest wulkaniczna i ma 365 małych wulkanów, więc oferuje też dreszczyk emocji, który zawsze dodaje specyficznego smaku wakacjom.
Kraj Spokojnego Poranku czy Azjatycki Tygrys?
Długo staram się rozgryźć genezę tego przydomku, „spokojny” jest, bowiem ostatnim słowem, które przychodzi mi na myśl przy opisywaniu Korei. Wszyscy się tu nieustannie śpieszą, biegną, przekraczają limity prędkości i łamią przepisy, mówią (i jedzą!) głośno, ćwiczą żwawo w parkach już od szóstej rano i integrują się przy koreańskiej wódce „sodźu” do późnych godzin nocnych- więc niby gdzie ten spokój? I wtedy dociera do mnie, że poranek- ale naprawdę wczesny poranek, ten jeszcze przyprószony pyłem gwiazd- to tak naprawdę jedyna pora, kiedy Korea może wydawać się spokojna.
O wiele bardziej pasuje mi do niej nazwa „Azjatycki Tygrys”, zresztą nie bez przyczyny symbol Korei. Koreańskie firmy szturmują bowiem międzynarodowe rynki z drapieżnością i sprytem tego zwierzęcia, a to miejsce oraz jego mieszkańcy mają iście koci wdzięk. Oczywiście, to odkrywa się dopiero po tym, jak na początku zaliczy się przysłowiowego „pazura”.
Zapraszam do Korei, nie tylko na kimchi.






