MIĘDZY Wschodem a Zachodem
Nie ma demokracji bez demokratów, to jest bez swoistego „człowieka demokratycznego”, który pragnie demokracji i kształtuje ją, a zarazem jest przez nią kształtowany.
Francis Fukuyama, Koniec historii
Kobieta w życiu społecznym
Jaki udział w kształtowaniu demokracji mają kobiety? W walce o podstawowe prawo do równego traktowania każdego człowieka bez względu na jego płeć, narodowość, wyznanie, wykształcenie czy status materialny. Historię polityczną świata pisali i piszą przede wszystkim mężczyźni, wykazujący naturalną a także kulturową skłonność do ukrywania albo przynajmniej marginalizowania aktywnej roli kobiet w życiu społecznym. Mimo to warto się pokusić o odpowiedź, zwłaszcza że demokracja i walka o nią, chociaż przybiera różne oblicza w różnych krajach, ma przecież wspólny cel. A kobiety są coraz bardziej solidarne w dążeniu do tego celu. Pokazują to na przykładach „z życia wyjętych”, niekoniecznie zdefiniowanych i policzonych na użytek historii.
Tekst i fotografie Anna Koniecka
Punktem wyjścia do szukania chociażby cząstkowej odpowiedzi może być lawina kobiecej aktywności – jak uszczypliwie męskie lobby nazywa cykl konferencji krajowych i międzynarodowych organizowanych zwłaszcza ostatnio przez kobiety lub z myślą o sprawach dla nich najpilniejszych. Chodzi nie tylko o prawo kobiety do bycia człowiekiem i to we wszystkich aspektach człowieczeństwa, lecz także o prawo do uczestniczenia na zasadach partnerskich w życiu zawodowym i politycznym.
Stąd... do demokracji
Wrześniowa konferencja „Kobiety solidarne dla demokracji”, na którą do Warszawy przyjechały przedstawicielki 20 państw, m.in. z USA, Libanu, Białorusi, Irlandii, Izraela, a także mieszkające poza Iranem intelektualistki walczące o prawa demokratyczne w tym kraju, pokazała, że kobiety mówią o problemach demokracji z tą samą wrażliwością, chociaż te problemy bywają często diametralnie różne.
Konferencję zorganizował Stały Sekretariat Wspólnoty Demokracji, która powstała w 2000 r. z inicjatywy prof. Bronisława Geremka, pełniącego wówczas funkcję Ministra Spraw Zagranicznych oraz Madeleine Albright, Sekretarz Stanu USA. Zadaniem tej międzynarodowej koalicji 106 państw jest m.in. promowanie i wspieranie ładu demokratycznego na świecie.
O solidarność z kobietami w Iranie apelowały uczestniczki konferencji "Solidarność kobiet dla demokracji”. Dlaczego?
Milion podpisów
Kobiety irańskie pod względem zawodowym są traktowane na równi z mężczyznami, 65 proc. studentów na uniwersytetach, to kobiety. Prowadzą samochody, działają w biznesie, są naukowcami, lekarkami, lecz - jak mówi Maryam Hosseinkhan, dziennikarka, członkini Kobiecego Centrum Kulturalnego w Iranie – tutaj kończy się wolność osobista. Dlatego rozpoczętą przed trzema laty Kampanię na rzecz Równości uważa za największy dotąd sukces w stuletniej walce o prawa irańskich kobiet. Wolontariusze tego pokojowego ruchu reformatorskiego chcą zebrać milion podpisów pod petycją przeciwko dyskryminacji kobiet (irańskie prawo dopuszcza m.in. karę śmierci przez ukamienowanie). Pomimo represji i aresztowań wolontariuszek zbierających podpisy pod petycją, akcja trwa. - Staramy się też podjąć debatę z mężczyznami, tłumaczymy im, że poszanowanie praw kobiet nie leży tylko w interesie ich samych, ale również mężczyzn – podkreśla Maryam Hosseinkhan.
– Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyła nas Republika Islamska, jest to, że wolność nic nie znaczy, jeśli się nie da człowiekowi prawa ani możliwości do jej pełnej realizacji – mówiła amerykańskim dziennikarzom Azar Nafisi, irańska pisarka i wykładowczyni, gdy wyemigrowała do USA. Zanim podjęła decyzję o opuszczeniu Iranu, przez dwa lata organizowała tajne komplety literackie w swoim domu, na które przychodziły kobiety z różnych środowisk, także jej dawne studentki. Ucieczka w świat książek stała się dla nich namiastką wolności. Z tego fikcyjnego świata trudno było potem wracać do rzeczywistości, gdzie za niewłaściwe noszenie czadoru grozi 76 batów, a za pokazanie się na ulicy ze szminką na ustach - więzienie. Za legalne działania takie jak organizowanie pokojowych zgromadzeń czy warsztatów edukacyjnych, ich organizatorki bywają aresztowane i sądzone.
W Iranie demokracja ma twarz zakrytą czadorem – mówi niegdysiejsza słuchaczka wykładów Azar Nafisi. - Warto pamiętać – dodaje - że wiele kobiet przed rewolucją islamską nosiło czador jako wyraz szacunku dla tradycji religijnych, lecz zwyczaj ten stracił sens dla niejednej, odkąd czador stał się przede wszystkim symbolem politycznym.
Rzecz jednak nie w symbolach, ale w konsekwencjach, jakie niesie używanie religii jako narzędzia do osiągania politycznych celów. Wszystko jedno, jakiej religii. I wszystko jedno, czyich interesów.
Krzyk rozpaczy
Nigdy nie zapomnę starej kobiety z przedmieść Banja Luki, która wybiegła z na wpół zburzonego domu, krzycząc: „Gdzie jest mój syn?! Gdzie mój mąż?! Pomóżcie mi odnaleźć chociażby ich trupy...”
Nie zapomnę, jak lekarka ze szpitala w Banja Luce błagała o trochę mleka w proszku dla niemowląt. To był „lek” na wagę życia. - My tu próbujemy ratować wszystkie dzieci potrzebujące pomocy, nieważne - serbskie czy muzułmańskie – mówił ordynator oddziału dziecięcego.
Potem poszliśmy na cmentarz, gdzie w mogiłce, która jeszcze nie zdążyła porosnąć trawą, pochowano ośmioro niemowląt. Udusiły się, bo nie można było zdobyć dla nich tlenu z powodu wojny toczonej wtedy na Bałkanach, nie wiadomo do dziś - w czyim interesie.
Demokracja przywieziona na czołgach jest karykaturą demokracji (vide Bośnia, Kosowo, Irak).
W kontekście tego, co się dzieje ostatnio na linii Waszyngton – Teheran, warto przypomnieć znów słowa Azar Nafisi, wypowiedziane pod przyjaznym dla niej, bezpiecznym amerykańskim niebem: - Nigdy nie pomyślałam, mieszkając w Iranie, o konieczności jakiejkolwiek interwencji z zewnątrz. Chociaż niektórzy ludzie są tak zrozpaczeni, że chcieliby tego. To, czego naprawdę potrzebują Irańczycy z zagranicy to autentyczne wsparcie dla demokratycznych ruchów, polegające na rzetelnym informowaniu o nich społeczności międzynarodowej.
Zostałam „wrogiem państwa”
Andżelika Borys – gość z Białorusi na konferencji warszawskiej - także apelowała o międzynarodową solidarność z kobietami w Iranie. Jej apel ma wymiar szczególny. Sama przekonała się, ile świadomość takiego wsparcia znaczy. Związek Polaków na Białorusi, którym kieruje, składa się w dużej mierze z kobiet – To dzięki nim przetrwała nasza organizacja i to one dają siłę do działania także mnie – zapewniała. ZPB Andżeliki Borys nie jest uznawany przez władze, co skutkuje nieustającą szarpaniną i szykanami wobec jego działaczy. - Nigdy nie sądziłam, że pełnienie funkcji przewodniczącej związku będzie oznaczało bycie „wrogiem państwa", że będę przedstawiana przez niektóre media jako bandytka, złodziejka, czy przemytniczka narkotyków.
- Czy pani się nie boi? – zapytałam ją kiedyś. Siedziałyśmy późnym wieczorem nad filiżanką herbaty, po oficjalnym spotkaniu, na które została zaproszona do Rzeszowa przez Stowarzyszenie „Mosty dla Demokracji”. Patrząc na zmęczoną twarz tej młodej kobiety i słuchając jak opowiada bez emocji o szykanach spotykających ją ze strony białoruskich władz, absurdalnych posądzeniach i zatrzymaniach pod byle pretekstem, zastanawiałam się, czy faktycznie się nie boi.
– Wie pani – uśmiechnęła się - często zadają mi to pytanie i często zastanawiam się, jak na nie odpowiedzieć. Bo jeżeli powiem – nie, nie boję się, to ktoś gotów pomyśleć, że jestem nienormalna. No, bo każdy człowiek w życiu czegoś się boi. Myślę, że w kwestii tego, co robię, nie boję się. Bardzo zależy mi na tym, żeby nie zawieść ludzi, sprostać ich oczekiwaniom.
Pomimo zarzekania, że polityką się nie zajmuje („Zostawiam to politykom” – podkreślała po wielekroć podczas naszej rozmowy), czy tego chce, czy nie, jest postrzegana jako działaczka polityczna. Ze wszystkimi tego konsekwencjami, które mogą dosięgnąć także najbliższych. - Nie mam męża, mieszkam w Grodnie sama, więc nikogo nie narażam – powiedziała Andżelika Borys, jakby uprzedzając moje pytanie. - Każdy ma jakieś powołanie, wybiera jakąś drogę. Ale przyznam szczerze, że nigdy nie myślałam, że mnie to spotka. Nigdy też nie myślałam, że przez to wszystko przejdę. Nigdy. Jakby mi ktoś o tym powiedział w czarnym śnie, to bym nie uwierzyła. Ale pewne sytuacje stawiają przed faktem dokonanym. I wtedy musisz odnaleźć siłę w sobie. Po prostu musisz, w imię ludzi, którzy na ciebie patrzą, którzy cię wybrali.
Jesteśmy w luksusowej sytuacji...
- My, w Polsce, narzekamy na to, że za mało jest kobiet aktywnych w życiu politycznym i społecznym. Mówimy o tym, że chcemy 50 proc. udziału we władzach. A w Iranie trwa walka o prawa człowieka, prawa do decydowania o życiu swoim i swoich dzieci – mówiła podczas konferencji „Kobiety solidarne dla demokracji” Jolanta Kwaśniewska.
Gdyby iść dalej tym tokiem rozumowania, naszą sytuację należałoby uznać za wręcz luksusową. Tyle że takie porównania, chociaż ze szlachetnych pobudek czynione, są dość niefortunne. Przede wszystkim z uwagi na skalę problemów, z jakimi muszą się mierzyć kobiety w różnych rejonach świata.
W Niemczech – wg studium zleconego przez federalne ministerstwo do spraw rodziny – 38 proc. muzułmanek żyjących w tym kraju przyznaje, że doświadczyło przemocy w rodzinie; dwie trzecie ofiar zostaje rannych; kobiety są bite, duszone i straszone bronią. Dziewięć procent niemieckich muzułmanek przyznało, że zostały zmuszone do małżeństwa. Żyją w zamkniętych enklawach, często nie wiedzą nawet, w jakim kraju się znajdują.
Według Amnesty International – każdego roku rytualnym obrzezaniem zagrożone są dwa miliony dziewczynek. Nie tylko w Somalii, gdzie okalecza się już pięciolatki; brak danych, ile z nich na skutek tego umiera. To jest wciąż temat tabu, zwłaszcza że dotyczy również – paradoksalnie - krajów wysoko rozwiniętych, w których żyją wg własnych zasad i obyczajów także rzesze emigrantów.
Czternaście lat temu słynna modelka somalijskiego pochodzenia Waris Dirie, po raz pierwszy ujawniła na forum ONZ dramat somalijskich dziewcząt. I świat się oburzył, ale umiarkowanie, tzn. coraz więcej krajów uznaje ten okrutny obyczaj za przestępstwo i coraz więcej mężczyzn nie chce okaleczonych w tak straszliwy sposób dziewcząt za żony. Coraz więcej takich kobiet ma odwagę mówić publicznie o swojej traumie, tylko co z tego?
Prawda o kobietach na świecie: więcej umiera ich ( w wieku od 15 do 44 lat) na skutek przemocy niż na raka, malarię i z powodu wypadków drogowych. A konflikty zbrojne i brak politycznej stabilności prowadzą do coraz większego natężenia wszystkich form przemocy, w tym gwałtów i innych form przemocy seksualnej – alarmuje Amnesty International.
Państwo kobiet
Panuje dość powszechny pogląd, że dopominanie się o większy udział Polek w życiu politycznym jest kolejną (niebezpieczną) fanaberią feministek. A więc – w rozumieniu m.in. Rzecznika Praw Obywatelskich RP - kobiet niespełnionych w życiu rodzinnym i osobistym. Mówiąc dosadniej – sfrustrowanych, samotnych i nieszczęśliwych sekutnic, próbujących leczyć swoje kompleksy poprzez aktywność publiczną.
Demokracja w Polsce jest rodzaju męskiego – stwierdziła prof. Maria Janion w wykładzie otwierającym w czerwcu br. Kongres Kobiet Polskich. Zorganizowany z inicjatywy Jolanty Kwaśniewskiej, Henryki Bochniarz i prof. Magdaleny Środy po to, żeby określić bariery, będące przyczyną widocznych i niewidocznych nierówności w statusie kobiet i mężczyzn.
- Wierzyłam – mówiła Maria Janion - że najpierw wywalczona zostanie wolność dla całego społeczeństwa, potem wspólnie i spokojnie zajmiemy się polepszeniem kondycji kobiet. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że w wolnej Polsce kobieta miała być „istotą rodzinną”, która zamiast polityką powinna zajmować się domem(...)Kiedy uświadamiamy sobie wspólnotowy charakter męskich społecznych wzorów i ofiarniczy charakter wzoru kobiecego, zaczynamy rozumieć, że kobiety w Polsce nigdy nie uzyskają wpływu na stanowienie prawa, na formowanie symboli i w ogóle na sferę publiczną, jeśli nie zaczną tworzyć własnych wspólnotowych więzi. W tym sensie kobieca solidarność- wciąż obśmiewana i demaskowana jako fikcja – rzeczywiście jest naszym wspólnym, zbiorowym obowiązkiem.(...)
Niewątpliwie potrzebna jest nam nowoczesna polityka równouprawnienia płci i parytety jako jej narzędzie. Ale dopełnieniem transformacji ustrojowej musi być także transformacja symboliczna. Ten kulturowy wysiłek wciąż mamy przed sobą.
- Współczesne kobiety nie domagają się szczególnych przywilejów tylko dla nich, ale przede wszystkim równości. Chcemy 100 proc. płacy mężczyzn i 50 proc. władzy. Jest nas 52 proc. w społeczeństwie, jesteśmy lepiej od mężczyzn wykształcone i jest wielkim błędem ze strony państwa i partii politycznych, że nie wykorzystuje się potencjału mądrych kobiet - mówiła podczas tego samego Kongresu Jolanta Kwaśniewska.
Prof. Magdalena Środa: - My kobiety byłyśmy przez lata wykluczane z życia publicznego, teraz potrzebujemy wsparcia, aby w nim w pełni uczestniczyć. Ze względu na naleciałości przeszłości potrzebne są takie instrumenty jak parytety. Możliwe, że w
przyszłości będą one niepotrzebne.
Jaki jest udział polskich kobiet w życiu politycznym? Może to zabrzmi złośliwie, ale jest on mniejszy niż w Rwandzie w 2003 roku, gdzie 18 procent najwyższych stanowisk rządowych zajmowały kobiety. Cztery z nich były ministrami, zaś prezydent tego afrykańskiego państwa rozpromieniał się, gdy słyszał pytanie o rolę kobiet w zarządzaniu. Zapewniał, że zachęca je do brania odpowiedzialności za losy kraju i... przestrzega przed poleganiem tylko na mężczyznach.
W kraju nad Wisłą 80 proc. posłów to mężczyźni. W Senacie - 92 proc. (udział kobiet w parlamentach na świecie: Polska zajmuje 55 miejsce na 188 krajów.)
Mężczyźni nadają kształt polskiej polityce; decydują o tym, na co wydać pieniądze z budżetu (chętniej na Euro 2012 niż na rozwiązywanie pilnych problemów socjalnych, które ich tak naprawdę nie obchodzą, albo ich nie rozumieją). Mężczyźni mają lepsze kwalifikacje do rządzenia? A cóż to znaczy? Kobiety, nie dość że są lepiej wykształcone to jeszcze są z natury bardziej odpowiedzialne. Nie traktują też powierzonych zadań ambicjonalnie i nie skupiają się na osobistych karierach, zamiast powierzone zadania rozwiązywać.
W wielu krajach, nie tylko europejskich, parytety na listach wyborczych są. Przykład norweski pokazuje, że już 35 proc. kobiet w parlamencie sprawia, że marginalizowane wcześniej ich problemy znalazły się w głównym nurcie polityki.
W Polsce sprawa parytetów powraca jak fala. Ostatnio wróciła na Zjeździe Kobiet Lewicy pod koniec września. Można się spodziewać, że za rok, przed wyborami samorządowymi znowu się odezwie cienkim głosem. Ale może pobijemy rekord i kobiet w samorządach będzie więcej niż teraz sołtysek. Wyżej, bez zagwarantowanego ustawą parytetu, żadna z nas jednak nie sięgnie. I nadal będzie tak, jak chce męskie lobby, że „człowieka demokratycznego” będzie w kobietach polskich tyle, co trucizny w zapałce.
Numer 6(7) Listopad-Grudzień 2009








