Kazimierz Dejmek

Kazimierz Dejmek – partyzant, reżyser  DZIADÓW, minister

Przyjął konwencję człowieka szorstkiego, obcesowego, nawet brutalnego, ale to był pancerz, który zabezpieczał go przed światem zewnętrznym i przed nim samym

Tekst Jaromir Kwiatkowski*

Fotografie z archiwum rodzinnego Wacława Kwiatkowskiego*

Reżyser teatralny Kazimierz Dejmek (1924-2002), w którego każdym biogramie przy jego profesji dodawany jest przymiotnik „wybitny”, kojarzy się głównie z „Dziadami” w jego reżyserii, wystawionymi w warszawskim Teatrze Narodowym na przełomie 1967 i 1968 r. A ściślej z ich zdjęciem z afisza w styczniu 1968 r., co poprzedziło kryzys polityczny, zwany wydarzeniami Marca’68. Pewnie niektórzy jeszcze pamiętają, że Dejmek w latach 1993-96 pełnił funkcję ministra kultury w rządach Waldemara Pawlaka i Józefa Oleksego. Mniej liczni – że jego kariera aktorska rozpoczęła się w 1944 r. w Rzeszowie. A zapewne nikt – że tuż wcześniej Dejmek walczył w oddziale partyzanckim obwodu AK Rzeszów o kryptonimie „Rakieta”.

Skąd Dejmkowie (Henryk* i jego żona Stanisława oraz synowie Kazimierz i Henryk-junior) wzięli się w Rzeszowie, skoro Henryk-senior pochodził z terenu Czech, a mieszkał w Zakopanem, gdzie ukończył Państwową Szkołę Przemysłu Drzewnego (obecnie nazywaną potocznie „szkołą Kenara”)? Zaczęło się od problemów z pracą Henryka-seniora. Wtedy pomógł mu szwagier, Stanisław Kwiatkowski*, oficer więziennictwa, w okresie międzywojennym naczelnik ośmiu więzień, od Włodzimierza Wołyńskiego po Rzeszów. – Od pewnego momentu losy wujka Henryka zaczęły się dublować z losami mojego ojca. Z braku pracy wujek podjął ją tam gdzie ojciec, tzn. w więziennictwie – opowiada Wacław Kwiatkowski. - Był na różnych placówkach, m.in. w Kowlu, i tam urodził się Kazek. W końcu wujek wylądował w Rzeszowie.

Wariacko jeździł na łyżwach

Tu Kazimierz uczęszczał do gimnazjum. - A wie pan, że niesamowicie jeździł na łyżwach? Bardzo wariacko jeździł. Odważnie. Holendrował z wielkim rozmachem, czym zadziwiał miejscowe panny. To było na lodowisku pod Sokołem. To lodowisko szybko zlikwidowali, bo Rzeszów miał być wielkim i bezideowym miastem. A tu taki Sokół – tak rzeszowski plastyk Jerzy Granowski mówił do zmarłego w grudniu ub. r. rzeszowskiego dziennikarza Stanisława Szczepańskiego. Stanisław umieścił to wspomnienie w tekście o Dejmku, opublikowanym w 2005 r. na łamach ukazującego się w Chicago „Kuriera Codziennego”.

Reżyser, w wywiadzie udzielonym Annie Chmielewskiej i Wiktorowi Woroszylskiemu, opublikowanym w miesięczniku „Teatr” nr 12 z grudnia 2003 r., wspominał, że w 1940 r., jako 16-letni chłopak, przez czysty przypadek nie pojechał w transporcie do Oświęcimia. „(…) była w Rzeszowie wielka łapanka na uczniów gimnazjalnych. (…) Mnie nie było, rodzice władali niemieckim i jakoś tam się wyłgali (…)”.

Chłopcy się „bawili”, a ja odnoszę broń

Większość okupacji Dejmkowie spędzili w niewielkim domku na Budach (przy dzisiejszej ul. Siemieńskiego), który Henryk Dejmek wybudował lub kupił (tu zdania są podzielone). Ich kontakty z AK-owską konspiracją musiały być ożywione, skoro Stanisława Dejmek, matka Kazimierza, miała swój skromny udział w akcji „Kośba” – udanym zamachu na Friedricha Pottenbauma i Hansa Flaschkego, najgroźniejszych rzeszowskich gestapowców. AK-owcy wykonali na nich wyrok 25 maja 1944 r. na ul. Batorego. W akcji został zastrzelony także woźnica obu gestapowców, Ukrainiec Petrowicz.

Maria Kwiatkowska* i jej syn Wacław, nie wiedząc o planowanej akcji, wybrali się w tym dniu do Dejmków. Nie doszli daleko, bo na ul. Batorego zostali zatrzymani przez żandarmów. Okazało się, że w tym miejscu zginęli Pottenbaum, Flaschke i woźnica. Tego samego dnia wieczorem do Marii Kwiatkowskiej niespodziewanie przyszła Stanisława Dejmek. Była w płaszczu i – według oceny Wacława Kwiatkowskiego, wówczas 11-letniego chłopca - wyglądała dość grubo. „Stacha, takie ciężkie czasy, wojna, a ty sobie pozwoliłaś na dziecko?” – zdziwiła się Maria Kwiatkowska. „Marysiu, nic z tych rzeczy, co myślisz” – Stanisława Dejmek uchyliła poły płaszcza i pokazała pistolety automatyczne, przytroczone paskami do ciała. „Widzisz, chłopcy się >>bawili<<, a ja odnoszę” – powiedziała. „Chłopcy” to AK-owcy, którzy wykonali wyrok na Pottenbaumie i Flaschkem.

U Dejmków, jak wspomina Wacław Kwiatkowski, bardzo często przesiadywał Władysław Skubisz „Pingwin”, jeden z wykonawców wyroku na gestapowcach.

Pseudonim „Ter” i „But”

W 1943 r. Kazimierz Dejmek wstąpił do Oddziałów Specjalnych Stronnictwa Ludowego, a następnie trafił do partyzanckich oddziałów Armii Krajowej. Z rekomendacji por. Jana Fredyka „Beja”, oficera łączności, znalazł się w oddziale partyzanckim obwodu AK Rzeszów o kryptonimie „Rakieta”. Jak podaje Roman Konieczkowski, dowódca placówki strzyżowskiej AK, w książce „Strzępy wspomnień” (Wydawnictwo Bellona Warszawa 1991), do „Rakiety” została włączona  6-osobowa grupa rzeszowska Kazimierza Dejmka, używającego pseudonimów „Ter” i „But ”. „Grupa ta była dobrze uzbrojona w broń pochodzącą ze zrzutów, wyszkolona, zdyscyplinowana i doskonale przygotowana do działań partyzanckich, gdyż uprzednio przez szereg miesięcy stanowiła ubezpieczenie ruchomej radiostacji nadawczej rzeszowskiego inspektoratu AK” – wspomina Konieczkowski.

- Wykazy ewidencyjne przypisują Dejmka do placówki nr 50 – niebyleckiej. Ta partyzantka organizowała się w Gwoźnicy Górnej – informuje Piotr Szopa, historyk z rzeszowskiego oddziału IPN. – Musiał on być albo wyróżniającym się żołnierzem, który trafił tam w nagrodę za udział w różnych akcjach, albo musiał być „spalony” na swoim terenie.

Czym zajmował się oddział „Rakieta”? Piotr Szopa: - Na pewno brał udział w tzw. dywersji wielkiej, czyli bezpośredniej walce z wrogiem. Jego żołnierze specjalizowali się także m.in. w likwidowaniu konfidentów (kilka akcji, m.in. w Czudcu i Bliziance, jest opisanych w literaturze). Oddział trafił też za San, na pomoc ludności polskiej, gdzie brał udział w przeciwdziałaniu morderstwom na Polakach, ale także w akcjach odwetowych przeciw Ukraińcom.

Rodzinna anegdota mówi, że Dejmek brał także udział w postrzyżynach kobiet, które zadawały się z hitlerowcami. Historyk z IPN potwierdza, że mogło tak być.

Jeden z partyzantów, ppor. Bolesław Indyk „Iperyk”, opowiada w książce Konieczkowskiego, że Dejmek zgłaszał się na ochotnika do szczególnie ryzykownych i niebezpiecznych akcji. „Iperyk” wspomina także ciche partyzanckie wieczory, podczas których Dejmek recytował kolegom różne patriotyczne wiersze. Mówi, że te recytacje „stanowiły ucztę duchową, gdyż pozwalały im oderwać się od ponurej rzeczywistości i korzystnie wpływały na samopoczucie”.

Debiutował rolą Jaśka w „Weselu”

W 1944 r. Kazimierz Dejmek został zdemobilizowany. Postanowił zostać aktorem. Występował w Teatrze Narodowym Ziemi Rzeszowskiej (dzisiejszy Teatr im. Wandy Siemaszkowej), jako adept studia aktorskiego. Wraz z nim uczyli się tam i rozpoczynali karierę aktorską m.in. Adam Hanuszkiewicz i Ignacy Machowski. Dejmek debiutował rolą Jaśka w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego.

Rok później przeniósł się do Teatru Wojska Polskiego w Jeleniej Górze. - W ślad za nim pojechała jego matka.  Ojciec początkowo został w Rzeszowie - wspomina Wacław Kwiatkowski. A nieżyjący już Kazimierz Mróz, bliski przyjaciel Dejmka, zatrudniony w teatrze jako techniczny, który również uczestniczył w przenosinach do Jeleniej Góry, wspominał, że Stanisława Dejmek wyjaśniła swoją decyzję o wyjeździe krótko: „Muszę jechać, bo tak chcę i już”.

W 1946 r. Dejmek został zaangażowany przez Leona Schillera do Teatru Wojska Polskiego w Łodzi. Zdał też egzamin do Wyższej Szkoły Teatralnej. Studiował jako wolny słuchacz i nadal występował na scenie. W 1949 r. wraz z Januszem Warmińskim i grupą młodych aktorów zorganizował warsztaty teatralne - z tej grupy wyłonił się łódzki Teatr Nowy. Do Łodzi przenieśli się również rodzice Dejmka. 

W Nowym walczyli o socjalizm

W 1950 r. Dejmek został dyrektorem i kierownikiem artystycznym Teatru Nowego i pożegnał się z zawodem aktora. Teatr stał się – jak to ujęła Monika Mokrzycka-Pokora w biogramie Dejmka na portalu www.culture.pl – „sceną zaangażowaną, dogmatyczną, walczącą o nową socrealistyczną rzeczywistość”. A sam Dejmek powie o tym w 1994 r., w tekście Wandy Zwinogrodzkiej „Dejmka cena wierności” na łamach „Gazety Wyborczej”, następująco: „Budowaliśmy nasz teatr, walczyliśmy o socjalizm tak, jak go pojmowaliśmy, i trwało to ładnych kilkanaście miesięcy. Dopiero po ich upływie zaczęliśmy się orientować, że nasze bojowe uniformy, jakie przywdzialiśmy do walki przeciwko staremu światu o ten nowy, to nie są bojowe uniformy, tylko po prostu liberie lokajskie".

Początek lat 50. to czas, kiedy Dejmek zachwycał się Stalinem. Przyjechał wtedy do Zakopanego, do swojej ciotki Julii Konopackiej*. I nic, tylko w kółko wychwalał Stalina. Wacław Kwiatkowski: - Ciocia nie wytrzymała i powiedziała: „wiesz co, Kaziu, nie obraź się, ale ten twój Stalin to jest takie samo g… jak i ty”.

Marzena Wołos z Zakopanego, córka Julii Konopackiej, wspomina: - Na pewno nie był praktykujący. Moja mama nieraz go za to „obhuśtała”. Odpowiadał: „ciociu, ale mam zawsze przy sobie różaniec w portfelu”.

Sprawka „czeskich Żydów”

W 1962 r. Dejmek objął dyrekcję Teatru Narodowego w Warszawie. Chciał stworzyć teatr narodowy w pełnym tego słowa znaczeniu, z wielkim, polskim repertuarem. Stąd nic dziwnego, że w 1967 r. przygotował premierę „Dziadów" Adama Mickiewicza, z Gustawem Holoubkiem w roli Gustawa-Konrada.

Zapewne dziwnie zabrzmi dziś przypomnienie, że „Dziadami” Teatr Narodowy chciał wpisać się w nurt obchodów… 50. rocznicy Rewolucji Październikowej. „Jako materialista przesunąłem chrystianizm i mistycyzm Autora ze sfery dewocyjnej na grunt ludowej obrzędowości, akcentując rewolucyjność i patriotyczność utworu” – tłumaczył Dejmek.

Spektakl został przyjęty przez Wydział Kultury KC PZPR źle. Pojawienie się pogłosek o niechęci władz wpłynęło na zwiększenie zainteresowania Dejmkowymi „Dziadami” ze strony publiczności. Widzowie zaczęli też żywo reagować na patriotyczne i antyrosyjskie fragmenty sztuki. Te reakcje spowodowały, że – skądinąd wbrew intencjom reżysera - pojawił się zarzut o „antyradzieckości” spektaklu.  Marzena Wołos: - Kaziu do końca mówił, że nigdy nie miał zamiaru robić nic politycznego. Zresztą, zawsze odnosił się do Rosjan z wielką atencją.

W połowie stycznia 1968 r. władze podjęły decyzję o zawieszeniu wystawiania „Dziadów”. Nie wykluczały wznowienia spektaklu po uspokojeniu sytuacji. Do tego jednak nie doszło. 30 stycznia, po ostatnim, czternastym przedstawieniu, odbyła się demonstracja studentów przeciw cenzurze przed pomnikiem Adama Mickiewicza w Warszawie. Poprzedziła ona wydarzenia Marca '68. Czy Dejmek tego chciał, czy nie, przedstawienie stało się faktem politycznym.

Gdy atmosfera wokół „Dziadów” zrobiła się bardzo „gęsta”, Dejmka ostrzeżono, że może mieć kłopoty. Marzena Wołos: - Uciekł z willi na warszawskiej Skarpie, w której mieszkał. Podobno przez okno w piwnicy, które wychodziło na Wisłę.

Burzę przeczekał, wraz z drugą żoną Danutą Mniewską, w Zakopanem, mieszkając przez kilka miesięcy w położonej na Gubałówce daczy „Chata Mateusza”, należącej do znanego aktora Kazimierza Opalińskiego.

Marzena Wołos: - Na fali nastrojów antysemickich przedstawiciele władz zaczęli mówić, że ta rozróba to sprawka „czeskich Żydów”: Dejmka i Holoubka. Kaziu, gdy nas odwiedzał, powtarzał, że jest nagonka na nich obu. Moja mama wyciągnęła wtedy świadectwo chrztu jego dziadka w Czechach i powiedziała: „Weź i przedstawiaj się tym”. Ale Kaziu odpowiedział: „Nie potrzebuję się tłumaczyć. Zresztą, nawet gdybym był Żydem, to to nie jest hańba”. Moja mama też tak zresztą uważała.

Dejmek do końca życia uważał sprawę „Dziadów” za swoją osobistą klęskę.

Niesłychanie skomplikowana osobowość

Afera z „Dziadami” w końcu ucichła, ale miała swoje konsekwencje. Dejmek został wyrzucony z PZPR (był jej członkiem od 1951 r.) i usunięto go ze stanowiska dyrektora Teatru Narodowego. Musiał też emigrować za granicę. Wiódł żywot „banity”, reżyserując w latach 1969-73 m.in. w teatrach w Wiedniu, Mediolanie i Nowym Sadzie (dzisiejsza Serbia). Po powrocie do kraju reżyserował w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. W 1975 r. po raz drugi objął dyrekcję Teatru Nowego w Łodzi.

W 1981 r. wstąpił na kilka dni do Solidarności i zaraz się z niej wypisał. W tym samym roku został dyrektorem Teatru Polskiego w Warszawie. Wystawił tam m.in. kilka sztuk Sławomira Mrożka: „Ambasador", „Letni dzień", „Kontrakt" i „Portret". Powrócił też do klasyki: w 1982 r. wystawił „Wyzwolenie" Stanisława Wyspiańskiego.

Monika Mokrzycka-Pokora: „W czasie stanu wojennego bronił prześladowanych kolegów, ale równocześnie otwarcie potępiał aktorski bojkot telewizji i nowego ZASP-u. Sam nigdy nie złamał bojkotu, popadał natomiast w coraz ostrzejszy konflikt ze środowiskiem aktorskim”.

Janusz Majcherek („Teatr” nr 12, grudzień 2003): „W stanie wojennym niektórzy z admiratorów przeżyli rozczarowanie postawą Dejmka. Dejmek nie poparł bojkotu i najwyraźniej paktował z juntą Jaruzelskiego. Stał się wrogiem ludu, ale paradoksalnie nie przestano się z nim liczyć. No, oczywiście, doszło do dramatycznych zerwań znajomości czy przyjaźni. Od Dejmka odwrócił się profesor Raszewski, który towarzyszył mu od początku dyrekcji w Narodowym. Bodaj i Bohdan Korzeniowski – Katon cokolwiek kontrowersyjny – zarzucał Dejmkowi kolaborację. Jednocześnie po scenie Teatru Polskiego w Warszawie, gdzie Dejmek dyrektorował od 1981 roku, chodzili: Halina Mikołajska (Dejmek wyciągnął ją z internowania), Andrzej Szczepkowski, Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, czyli arcywzory solidarnościowej opozycji, teatralne sumienia i depozytariusze środowiskowego etosu. Wśród nich, pewno dla równowagi, świeżo rozwiedziony z komunistyczną partią Tadeusz Łomnicki”.

W 1988 r. Dejmek został prezesem ZASP-u. W latach 1993-96 był ministrem kultury w rządach Waldemara Pawlaka i Józefa Oleksego, rekomendowanym przez PSL. W 2001 r. kolejny raz powrócił do łódzkiego Teatru Nowego. Zmarł 31 grudnia 2002 r. w Warszawie, na kilka tygodni przed przygotowywaną premierą „Hamleta" Williama Szekspira. W 2008 r. łódzki Teatr Nowy otrzymał jego imię.

Wiesław Myśliwski, pisarz („Teatr” nr 12, grudzień 2003): „Był niesłychanie skomplikowaną osobowością. Przyjął konwencję, bo to była konwencja, człowieka szorstkiego, obcesowego, nawet brutalnego, ale kiedy nieraz o tym myślę, wszystko to był pancerz, pancerz, który miał dwie strony, który go zabezpieczał przed światem zewnętrznym, ale zabezpieczał go także przed samym sobą, ponieważ były w nim wielkie pokłady wrażliwości, czułości, a nawet tkliwości. On się przed tym bronił, on się bronił i przed samym sobą, i przed innymi”.

Uroczystość nadania tytułu Honorowego Obywatela Miasta Łodzi, 2000 rok. Od prawej: Kazimierz Dejmek, Marek Edelman, Roman Polański i Jan Karski.

List Kazimierza Dejmka do Wacława Kwiatkowskiego, zwanego w rodzinie (od drugiego imienia) Leszkiem, ojca autora artykułu, po pogrzebie Henryka Dejmka, brata Kazimierza.

* Maria Kwiatkowska, babcia autora tekstu, i Henryk Dejmek, ojciec Kazimierza, byli rodzeństwem. Mąż Marii Kwiatkowskiej, Stanisław, to dziadek, a ich syn Wacław - ojciec autora tekstu. Julia Konopacka to siostra Marii Kwiatkowskiej. Kazimierz Dejmek, Wacław Kwiatkowski i Marzena Wołos to kuzynostwo.

 Artykuł ukazał  się  w Numerze 2(16)VIP Biznes&Styl, marzec-kwiecień 2011

 

Galeria zdjęć