Lwowiacy
3 minuty przed szlabanem w Korczowej i dwie godziny na pasach w Krakowcu - witamy na Ukrainie, czas tutaj jest pojęciem względnym. Nawet polskie władze potrzebowały prawie 20 lat, by Polakom od pokoleń mieszkającym na Ukrainie przyznać Kartę Polaka. Kawałek plastyku przypominający polski dowód, ale jak orzeł w koronie pyszni się na stołach w bardziej niż skromnych mieszkaniach, wzrok moich rozmówców jest tak samo hardy, jak wtedy, gdy sowieci chcieli z nich zrobić Rosjan, a Ukraińcy próbowali wmówić, że nie są Polakami.
Tekst Aneta Gieroń
Fotografie Tadeusz Poźniak
- Mój ojciec nie wyjeżdżając ze Lwowa trzy razy zmienił obywatelstwo. Nikt go nie pytał o zgodę. Urodził się w 1937 r. w Polsce, potem przymusowo został obywatelem Związku Radzieckiego, w 1991 r. dostał obywatelstwo ukraińskie. Taki nasz los - opowiada Marta Sawczak, nauczycielka z polskiej szkoły przy legendarnej ulicy Czuprynki 1. Przed wojną była Potockiego.
Lwów. Piękny i siermiężny. Kontrasty za każdym rogiem. Idziemy lewie 200 metrów główną ulicą przed Operą, a po drodze mijamy tak obskurny kantor wymiany walut, że lokalu nie powstydziłaby się najgorsza melina w okolicy, by zaraz potem wejść do ekskluzywnego butiku, niczym nie różniącego się od najelegantszych salonów w Wiedniu, czy Hamburgu. Rzeszów przy tamtym standardzie wydaje się skończony prowincjuszem.
- Jestem … lwowianką, Polką - Marta Markunina, dyrektor Polskiej Szkoły w Lwowie, ledwie na setną sekundy zawiesza głos. - Lwów standardem życia przypomina Polskę z połowy lat 80. Ale nigdy nie mieliśmy tutaj kompleksów, to było i jest wielkomiejskie, wielkopańskie miasto.
Bywa, że nieprzyzwoicie bogate z lexusami na brukowanych ulicach, gdzie namalowane pasy ruchu i sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniach prawie nie istnieją, bo i po co? Jakieś fanaberie potrzebne jedynie mało przebojowym kierowcom zza zachodniej granicy.
Zazwyczaj bardzo biedne, z prawie milionem mieszkańców, z których spora część mieszka w blokowiskach przypominających polskie popegeerowskie osiedla. Gdy odnajdujemy ulicę Dniestrowską i mieszkanie Romana Sidora, szefa Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich, jestem wściekła, gdy patrzę, co komuniści zrobili z Lwowem. Bloki z liszajami pleśni na ścianach, brudne, zdewastowane i setki rodzin gnieżdżących się w klitkach z piwnicznymi oknami na wysokości ziemi.
Pan Roman na nas czeka …. nie w mieszkaniu, ale w szpitalu. Siedemdziesięciolatek na dwunastą w południe umówiony był na badania, do piątej popołudniu nie doczekał się jeszcze na lekarza, goście z Polski muszą mu wybaczyć. We Lwowie to normalne. Rozmowy i wspomnień nie będzie. Jest tylko wzruszony głos w słuchawce;
- Byłem, jestem, będę Polakiem. Żadna siła mnie stąd nie ruszy - pan Roman na końcu zdania ma już głos dwudziestolatka.
Kogoś takiego jak on, można tylko chcieć upokorzyć. - Ja mam twardy kark - śmieje się mężczyzna. Jest w nim coś stalowego, przycięcie jest niemożliwe. Podobnie jak legendarnych sióstr Ireny i Jadwigi Zappe, mieszkanek z ulicy Czuprynki, kiedyś Potockiego 30. Ponad 80-letnie Polki w tym samym mieszkaniu od siedemdziesięciu lat, gdzie wychowywały i uczyły o Bogu tysiące polskich dzieci.
- Chodziłam do nich na lekcje religii - wspomina Marta Sawczak. - Ryzykowały bardzo wiele, za czasów radzieckich wiara katolicka była zabroniona, zamknięto polskie kościoły, dozwolone było tylko prawosławie.
Do dziś siostry Zappe zna we Lwowie każda polska rodzina. Obie studiowały na Uniwersytecie Lwowskim, Jadwiga - chemię, starsza Irena - geologię i weterynarię.
- Mówiłam do nich „ciociu”. Przygotowywały mnie i inne polskie dzieci do pierwszej komunii, bierzmowania, jeśli trzeba było, pomagały w matematyce, biologii, uczyły polskiej historii - opowiada Marta Sawczak. - Pamiętam obrazy, figurę Matki Boskiej, setki polskich książek z ich mieszkania
- Jestem po pierwsze Polką, rodowitą lwowianką z dziada pradziada - mówi o sobie nauczycielka. - Od zawsze wychowana w polskim duchu. Polska podstawówka, ogólniak, potem miała być Politechnika Lwowska, ale zabrakło mi kilka punktów. Nie wiem, może moje pochodzenie było kłopotliwe.
Kobieta wie, co to 7 lat pracy w fabryce, wie też jak smakuje wymarzona Polska. W Rzeszowie udało się jej skończyć polonistykę i dziś może pracować z polskimi dziećmi.
- Nigdy nie zdecydowałabym się na wyjazd ze Lwowa, tu mam Polskę - pani Marta, dziwi się, jak w ogóle można pytać ją o wyjazd ze Lwowa. - Tutaj czuję się u siebie. A Karta Polaka? Jest ważnym, ale symbolicznym dokumentem. Czymś w rodzaju moralnej satysfakcji, że na piśmie jest usankcjonowana moja przynależność do narodu polskiego.
- To, co odebrane było moim dziadkom, nie dane było moim rodzicom, ja otrzymuję w trzecim pokoleniu - stwierdza.
Marta Sawczak mówi wprost, jak mocno jest związana z polskim środowiskiem we Lwowie. Ponad 90 proc. jej przyjaciół, to Polacy, ogląda tylko polską telewizję, w domowej biblioteczce ma ledwie kilkanaście książek po rosyjsku i ukraińsku.
- Mieszkać we Lwowie oznacza płynnie mówić po polsku, rosyjski i ukraińsku, ale dwa ostatnie języki używam tylko wtedy, gdy muszę, z szacunku dla rozmówcy, który nie chce mówić po polsku. A wie pani, jaki jest najsłynniejszy polski lwowiak? - odzywa się w Marcie Sawczak, dusza nauczyciela.
- Wojciech Kilar - odpowiadam, a pani Marta się śmieje. - Źle, nie zna pani polskich seriali. Witold Pyrkosz z „M jak Miłość.”
Gdy rozmawiamy, kobieta wskazuje na okno, w dali widać Kościół Świętej Marii Magdaleny.
- Tłumy Polaków do niego przychodzą, ciągle o niego walczą. Sowieci zamknęli go w 1962 roku, potem został zabrany na potrzeby sali organowej, ale przed przyjazdem Jana Pawła II w 2001 r. pozwolono katolikom odprawiać w nim msze święte. Dziś Polacy chcą odzyskać parafię, miasto jednak uważa, że to ich własność i tak trwamy; my przy swoim z mszą świętą codziennie o 8. rano, władze przy swoim akcie własności.
W samym centrum Lwowa, Polacy skłaniają głowę przed katedrą łacińską pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, tutaj śluby lwowskie składał król Jan Kazimierz, obok przepiękna kaplica Boimów. Kilka kilometrów dalej, Kościół Św. Antoniego, gdzie chrzczony był Zbigniew Herbert. Ten od Pana Cogito, największy wróg taniego sentymentalizmu.
- Jestem Europejczykiem, lwowiakiem, mam amerykański i ukraiński paszport - Igor Nakłowicz mówi o sobie idealną polszczyzną, w obcy akcent trzeba się wsłuchać. - Mówię Polska i myślę o ojcu. Ponad 50 lat pracował na Uniwersytecie Lwowskim, był docentem, wykładowcą prawa karnego. Przez wiele lat całymi godzinami dyskutowaliśmy po polsku o Ukrainie i Polsce.
Gdy chodzimy z Igorem po ciasnych uliczkach, tuż przy prospekcie Swobody, w samym centrum Lwowa na każdym kroku widzimy, jak Lwów próbuje gonić stracone lata.
- Tutaj była pierwsza kancelaria adwokacka powstała po 1991 r., czyli po ogłoszeniu niepodległości Ukrainy. Wcześniej nie było u nas wolnego zawodu adwokata, jak to było możliwe nawet w komunistycznej Polsce, istnieli tylko prawnicy z urzędu. Sam zaczynałem tu pracę jako adwokat - opowiada Igor.
Gdy pytamy go o tłumy emerytów, zażarcie dyskutujących w męskich kręgach na placu przed Operą, mężczyzna macha z rozbawieniem ręką.
- Nie warto ich słuchać. Przychodzą tu co tydzień i godzinami, zażarcie dyskutują o polityce. Słowianie są zapalczywi, a polityka w Polsce i na Ukrainie nie warta jest zainteresowania - kwituje.
Już lepiej grać w domino, albo kości, rozrywki, którym w niedzielne, nawet bardzo mroźne popołudnie, lwowiacy oddają się z rozkoszą. Dzieci w tym czasie puszczone samopas, jak oszalałe jeżdżą elektrycznymi samochodzikami po alejkach do złudzenia przypominającymi krakowskie Planty.
- Mój polski zawdzięczam Marii Zawistowskiej - śmieje się Igor Nakłowicz. Miałem, 5-6 lat, gdy chodziłem do niej na pierwsze lekcje. Szybko uciekłem, bo nie chciałem się wysilać, kilka lat później sam już chciałem się uczyć, jak każdego kolejnego języka. Nie lubię barier. Mój ojciec świetnie mówił po polsku, rosyjsku, ukraińsku, niemiecku, znał grekę i łacinę. Był najbliższym przyjacielem pani Marii.
Kobieta jest prawie ikoną wydziału prawa Uniwersytetu Lwowskiego. Świetna studentka, która nie obroniła dyplomu magistra prawa, bo wstyd jej było przyjść na Uniwersytet opanowany przez sowietów. Potem prawie 60 lat pracowała na nim jako sekretarka. Całe życie spędziła przy ul. Mickiewicza, miała ponad 80. lat, gdy przychodziła jeszcze do pracy. Nikt nie miał serca jej powiedzieć; czas na emeryturę.
- Tylko polskie książki, radio, gazety, rozmowy tylko po polsku, tak był dom pani Marii - opowiada Igor. - Pamiętam, jak wielokrotnie namawiana przez przyjaciół, by sprzedała któryś z cennych obrazów ze ściany, czym wsparłaby swoją głodową pensję, zawsze tak samo oburzona mówiła; nie. Nie potrafiła, nie chciała wycenić wspomnień. Tęskniła za przedwojennym Lwowem.
Marta Markunina, dyrektor polskiej szkoły we Lwowie, jest w trakcie starań o Kartę Polaka.
- Moi dziadkowie pochodzą z Chełma, rodzice urodzili się we Lwowie. Tak jak za czasów radzieckich, Ukraińców nie zrobiono Rosjanami, tak nigdy Polaków nie dało się zamienić na kogoś innego. My tu idealizujemy Polskę, tęsknimy, ale niewielu gotowych jest ze Lwowa wyjechać na stałe.
- Karta Polaka? - zastanawia się Markunina. - Mam nadzieję, że skorzysta na niej młodzież chcąca studiować w Polsce, choć to i tak nie jest gwarancją szczęścia, sukcesu. Nie wszystkim się tam udaje po studiach znaleźć pracę, mieszkanie, wielu wraca do Lwowa.
- Córka Marta w Poznaniu skończyła Akademię Medyczną, jest stomatologiem, obroniła doktorat, świetnie zaaklimatyzowała się w Polsce, ale… no właśnie pracuje codziennie od 8. do 20. i tęskni za Lwowem, rodziną. My tu jesteśmy jeszcze bardziej rodzinni niż w Polsce. Nawet Boże Narodzenie świętujemy dwa razy, katolickie i z naszymi przyjaciółmi, grekokatolikami. A Polska? Nie, nie tęsknię. Mam ją we Lwowie.






