Dr Marian Ciepielowski, lekarz z Podkarpacia był organizatorem unikalnej w dziejach II wojny światowej dywersji
Fałszywa szczepionka z Buchenwaldu
Powojenne Niemcy; amerykańska strefa okupacyjna. W zniszczonym wojną kraju szerzą się choroby i epidemie. Jedna z firm farmaceutycznych zamierza produkować szczepionkę przeciw tyfusowi plamistemu. Planuje zastosować metodę praktykowaną w czasie wojny w Instytucie Higieny w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. Zgromadzeni w obozie lekarze-więźniowie wytworzyli 600 litrów szczepionki, którą zaaplikowano 30 tysiącom esesmanów walczących na najniebezpieczniejszym froncie - wschodnim. Mimo że metoda produkcji została szczegółowo opisana w czasopiśmie lekarskim „Zeitschrift fur Higiene und Infektionskrankheit” z lipca 1944r. z powojennych prób nic nie wychodzi. Wówczas firma farmaceutyczna prosi o pomoc dr Mariana Ciepielowskiego, pod którego kierunkiem produkowano szczepionkę w Buchenwaldzie.
Tekst Antoni Adamski
Reprodukcje i fotografie Tadeusz Poźniak
Wtedy wybuchła sensacja. Polski lekarz oświadczył, że nie było żadnej szczepionki. SS-manom wstrzykiwano zwykłą wodę, lekko podbarwianą krwią i zaprawioną formaliną. Oprócz fałszywki Instytut w Buchenwaldzie wyprodukował także siedem litrów prawdziwej, wysokowartościowej szczepionki, którą rozdzielono między współwięźniów. Tę szczepionkę przedstawiano także do zbadania Naczelnemu Inspektoratowi Sanitarnemu SS, który kontrolował Instytut Higieny – oświadczył dr Ciepielowski. W ten sposób wyszła na jaw oszukańcza afera - bez precedensu w historii medycyny. Lekarze zgromadzeni w Buchenwaldzie prowadząc świadomie zakrojoną na szeroką skalę akcję sabotażową ośmieszyli hitlerowską medycynę i osłabili niemiecką armię, która najbardziej obawiała się epidemii tyfusu. O okupacyjnej działalności dr Mariana Ciepielowskiego kilkakrotnie wspominano podczas procesu w Norymberdze. Polskie społeczeństwo zaznajomił z nią „Przekrój” w roku 1947, a później fachowa prasa lekarska: niemiecka, francuska i polska. Z biegiem lat jego wyczyn został zapomniany, choć mógłby posłużyć za scenariusz sensacyjnego filmu wojennego. Problem w tym, że obóz w Buchenwaldzie został zniszczony przez wycofujących się hitlerowców, a jego dokumentację przejęła armia amerykańska. Dziś znajduje się ona w Stanach Zjednoczonych. W archiwum Rodziny Tokarskich w Jedliczu koło Krosna przechowywane są nieliczne dokumenty, zdjęcia oraz listy dr Ciepielowskiego, więźnia Buchenwaldu. Pisane po niemiecku na oficjalnym blankiecie były dokładnie kontrolowane przez obozową cenzurę. A jednak znajdujemy w nich zdumiewające słowa. Nabierają one zupełnie innego znaczenia, gdy uświadomimy sobie działalność doktora, która w każdej chwili groziła dekonspiracją i wyrokiem śmierci. W jednym z listów (z 5 września 1943) pisze on: „A jednak trudno uwolnić się od marzeń…” A później (w liście z 18 czerwca 1944) : „Jestem zdrowy; jeśli marzy się o czymś zbyt wiele, to jest to naturalnie niezdrowe. W pracy wiedzie mi się dobrze…”Jaki był naprawdę charakter tej pracy dr Marian Ciepielowski wyjaśni dopiero w powojennych (pisanych z powojennych Niemiec, a później ze Stanów Zjednoczonych) listach do rodziny.
Kariera młodego lekarza
Marian Ciepielowski urodził się 30 sierpnia 1907 r. w Dzikowcu koło Kolbuszowej. Po zdaniu matury w Tarnowskich Górach studiował medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim. W czasie studiów w latach 1929-31 był wiceprezesem Bratniej Pomocy Medyków. Organizacja budowała wtedy Dom Medyków przy ul. Grzegórzeckiej 20. W marcu 1934 r. uzyskał absolutorium na Wydziale Lekarskim UJ i rozpoczął praktykę lekarską u doktora Zygmunta Tokarskiego w Jedliczu, w przychodni miejscowej Kasy Chorych. Trafił tu nieprzypadkowo: Adela, żona dr Tokarskiego była siostrą Mariana Ciepielowskiego. (Jego drugi brat – pułkownik Władysław Ciepielowski walczył w wojnie polsko – bolszewickiej w oddziale dowodzonym przez Leopolda Lisa – Kulę; w latach 30-tych był jednym z dowódców 17. pułku piechoty w Rzeszowie).
Tuż przed wybuchem wojny Marian Ciepielowski wrócił do Krakowa. Pracował w Zakładzie Mikrobiologii i Serologii oraz w Ubezpieczalni Społecznej, współpracował z Kliniką Chorób Zakaźnych. Specjalizował się w zwalczaniu gruźlicy płuc. Po wybuchu wojny młody lekarz uczestniczył w kampanii wrześniowej i został internowany w ZSRR. Po ucieczce znalazł się z powrotem w Krakowie i zaczął działać w podziemiu. Aresztowany w 1941 po przesłuchaniach na Gestapo (stawiane mu zarzuty były mgliste i niczym nie udokumentowane) trafił do więzienia przy ul. Montelupich. Tu po raz pierwszy uniknął śmierci. W celi znaleziono metalowe piłki do przepiłowywania krat. Po krótkim procesie wszystkich innych więźniów z celi skazano na rozstrzelanie. Ocalenie zawdzięczali współwięźniowi kpt. Szymanskiemu, który (znając doskonale niemiecki) wytłumaczył hitlerowcom, że jest to stare austriackie więzienie wojskowe. Znalezione piłki miały pozostać po poprzednich „lokatorach” celi, z czasów I wojny światowej.
W obozie koncentracyjnym
Skończyło się na karcerze, z którego dr Ciepielowski trafił do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Po wojnie tak wspominał ten okres w liście do rodziny z 18 lutego 1947:
„Pierwszy rok w Buchenwaldzie to rok najdzikszych znęcań się nad Polakami, a mój pełny rok pracy kilofem i łopatą przy robotach ziemnych drogowych i budowlanych. Co dnia walili się ludzie koło mnie, którzy mnie dwakroć i trzykroć siłą przewyższali z głodu, rezygnacji i rozpaczy. Koło mnie codziennie zabijano dziesiątki osób pałkami, obcasami, wyrafinowanie duszono, strzelano lub też całymi dniami sadystycznie maltretowano”. Przeżył wtedy operację ręki przeprowadzoną przez ślusarza kolejowego, który w obozie pełnił rolę chirurga. Efektem było czasowe usztywnienie prawej ręki, które nie zwalniało go od pracy.
Przetrwał ten rok „ku własnemu zdziwieniu” – jak pisze w cytowanym liście. Ważył 46 kg i był u kresu sił, kiedy przyszło „wybawienie”. Kierownictwo obozu zorganizowało w bloku nr 50 Instytut Higieny: oddział produkcji szczepionek przeciw tyfusowi na potrzeby armii. Pracowały tam lekarskie sławy naukowe z całej Europy: prof. Balachowsky z Instytutu Pasteura w Paryżu, znany lwowski serolog dr Ludwik Fleck, bakteriolog czeski dr Makowiczka, bakteriolog rosyjski Kolosow, francuski profesor farmakologii Suard, profesor chemii Kirman oraz profesor medycyny wewnętrznej Waitz – obaj z Uniwersytetu w Strasburgu. Ogółem zatrudniano wysokokwalifikowanych 65 więźniów, w tym dwunastu Rosjan i siedmiu Żydów, chroniąc ich przed natychmiastową śmiercią. Znalazł się w tym doborowym gronie także architekt Harry Pieck, który wykonał ołówkiem portret Mariana Ciepielowskiego, zachowany do dziś w rodzinnym archiwum Tokarskich w Jedliczu.
Oddziałem kierował lekarz SS Erwin Ding - Schuler, który sprowadził do Buchenwaldu aparaturę zrabowaną z największych europejskich laboratoriów. Warunki pracy – w porównaniu z obozowym piekłem – były optymalne. Więźniowie dostawali dodatkowe porcje żywności: 80 gramów cukru, 64 g tłuszczu i 400 g chleba na tydzień. Porcje te uzupełniali mięsem zarażonych zwierząt laboratoryjnych, używanych do produkcji szczepionek. Ciepielowski wspomina, że w ciągu dwóch lat więźniowie Instytutu Higieny zjedli ponad 9 tysięcy królików, parę tysięcy świnek morskich i białych myszek. Mięso to powinno być spalane po zakończeniu doświadczeń. Tymczasem więźniowie podgrzewali je do 120 stopni C i zjadali.
Nieprawdopodobny sabotaż
W tych warunkach dr Marian Ciepielowski, mianowany kierownikiem produkcji szczepionek, zorganizował nieprawdopodobny sabotaż:
„Polegał on na tym, że zamiast szczepionki, którą mieliśmy produkować z płuc mysich i króliczych wg nowej metody francuskiego profesora Giroud – produkowaliśmy 600 litrów wody lekko podbarwionej krwią i zaprawionej formaliną dla walczących oddziałów SS. Natomiast siedem litrów prawdziwej szczepionki naszej produkcji zużyliśmy na szczepienie nas samych, więźniów w Buchenwaldzie”- wspomina w liście z 1947 dr Marian Ciepielowski, zaś jego współpracownik dodawał iż przeźroczysty, podbarwiony specyfik przeznaczony dla wyborowych jednostek hitlerowskiej armii nie miał żadnej medycznej wartości, choć była nieszkodliwy. Za to mętnawy płyn był prawdziwą, pełnowartościową szczepionką.
Fałszywą szczepionkę antytyfusową otrzymało 30 tys. esesmanów walczących na froncie wschodnim. Do jej produkcji stosowano mózg świnki morskiej zamiast zakażonych wszy. Było to było to na rękę nadzorcy - dr Ding - Schulerowi z SS, który obawiał się wprowadzenia wszy na teren obozu. Produkcja szła w najlepsze, gdy nieoczekiwanie rumuński prof. Combiescu zakwestionował stosowaną do produkcji szczepionek metodę. Udowodnił, że z naukowego punktu widzenia nie jest ona nic warta. Więźniom z oddziału produkcji szczepionek (tylko trzech z nich było wtajemniczonych w nielegalne przedsięwzięcie) groziło odkrycie sabotażu, a co za tym idzie – kara śmierci.
W tej sytuacji kierownik produkcji – dr Marian Ciepielowski wykazał duże opanowanie, a nawet tupet. Najspokojniej w świecie oświadczył esesmańskiemu lekarzowi, że rumuński profesor jest w błędzie. Co więcej – napisał pracę na temat nowej, stosowanej w Instytucie Higieny w Buchenwaldzie metody. A ponieważ nazwisko więźnia nie mogło figurować w publikacji naukowej, podpisał ją dr Ding – Schuler, skwapliwie uznając za własną pracę naukową. Publikacja ukazała się w 1944 r. w hitlerowskim wydawnictwie medycznym, z którego chciała skorzystać po wojnie niemiecka firma farmaceutyczna. Nie była to jedyna praca, jaką przywłaszczył sobie hitlerowski lekarz. W ciągu dwóch lat więźniowie specjalnego oddziału podsunęli mu do podpisania szereg artykułów naukowych; w niektórych dało się nawet wyczytać ironię wobec tez narodowo-socjalistycznej medycyny. Więźniowie z tytułami naukowymi „odwalali” za swego nadzorcę z SS także korespondencję prywatną - z listami miłosnymi oraz kondolencjami.
Sensacja w Norymberdze
Dr Eugen Kogon - współpracownik Ciepielowskiego, buchenwaldzki sekretarz dr Erwina Ding – Schulera, później autor książki „Der SS – Staat” został świadkiem w procesie norymberskim. Jego zeznania na temat sabotażu w Instytucie Higieny w Buchenwaldzie wzbudziły na sali sądowej sensację. Zanim do tego doszło, atmosfera wokół dr Mariana Ciepielowskiego zaczęła się zagęszczać. Groziło mu zdemaskowanie. Najtrudniejsze były dni przed wyzwoleniem obozu. Musiał on ukrywać się pod innym numerem i nazwiskiem. W ostatnim tygodniu przed wyzwoleniem, zagrożony likwidacją przez obozowe Gestapo, ukrywał się w kanałach i piwnicach. Dzień wejścia Amerykanów do Buchenwaldu wspominał jako dzień ocalenia. Było to 11 kwietnia 1945.
Dr Marian Ciepielowski nie wrócił do kraju. W powojennych Niemczech zaczął pracę w organizacji pomocy UNRA. Otwierał dla wyzwolonych Polaków szpitale, ambulatoria i kuchnie. Bezdomnym załatwiał mieszkania i pracę. Został inspektorem Polskiego Czerwonego Krzyża na prowincje: Hesja, Wirtembergia i Badania. Od 1948 do 1951 pracował w Alianckiej Komisji w Niemczech w Oddziale Ekshumacji i Identyfikacji. Jej zadaniem było porządkowanie informacji o zabitych i zmarłych ofiarach hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Na początku 1952 wyemigrował do Nowego Jorku, gdzie zatrudnił się jako laborant w Szpitalu im. Roosevelta. Po nostryfikacji dyplomu w 1962 systematycznie awansował. Przez ostatnie siedem lat życia był zastępcą dyrektora nowojorskiego szpitala oraz członkiem amerykańskich naukowych towarzystw medycznych. Zmarł 3 lutego 1973 r. Został pochowany na Cmentarzu Zmartwychwstania w Matuchen w stanie New Jersey.
„W życiu społecznym dał się poznać jako świetny mówca, zawsze pełen humoru, zawsze pełen wierności dla Krakowa i polskich gór – pisał w nekrologu nowojorski „Nowy Dziennik” – W rozmowach towarzyskich często go wspominamy i wciąż czujemy jego obecność wśród nas. Pamiętają go przyjaciele i ci, którym pomógł. Non omnis moriar (nie cały umarłem) na wiele, wiele lat”.
W publikacji wykorzystałem m.in. artykuł Klemensa Barbarskiego z „Przekroju” z 1947 r, opracowanie Stanisława Kłodzińskiego zamieszczone w „Przeglądzie Lekarskim” w 1977 r. oraz korespondencję, dokumenty i fotografie z archiwum Rodziny Tokarskich w Jedliczu. Za udostępnienie materiałów dziękuję Panu Markowi Wiatrowi.
Artykuł ukazał się w Numerze 5(13)VIP Biznes&Styl, wrzesień-październik 2010






