Fortepiany odchodzą do nieba
albo sięgają bruku...
„Grasz pan jak klawicymbał. Z akcentem na cymbał.” Kolega obdarowany takim oto komplementem przez naszego ekscentrycznego profesora, Władysa Trockiego, zawziął się i zamiast pianistą ... został słynnym adwokatem. Ale zadrę w sercu nosi. Spieramy się, czy słusznie. Weźmy takiego Beethovena - traktował młodych pianistów ponoć jeszcze bardziej okrutnie, odbierając im sens podążania za marzeniem o karierze, która zdawała się być tuż, tuż. - Musi pan jeszcze długo grać, zanim zauważy, że nic nie umie – mówił prosto w oczy wysłuchawszy delikwenta. Przy okazji małe sprostowanie – kompozytor nie był głuchy lecz głuchł, stopniowo, a dożył sędziwego wieku jak na ówczesne czasy: 57 lat. Więc co trzeba, usłyszał. Może również to jak znajomy chirurg rozpowiada, że Beethoven jest impotentem, a jego uczeń Carl Czerny - że przy fortepianie stoi jedno jedyne rozlatujące się krzesło, zaś w pokoju jest straszliwy bajzel.
Tekst Anna Koniecka
Fotografie Tadeusz Poźniak
Rondo a’la Polacca
Mierni a nawet dużo lepsi zawsze będą zazdrościć wielkim. Po recitalu w salonie Pleyela w Paryżu, gdzie Szopen grał przez bite dwie godziny preludia i inne swoje perełki aż najpiękniejsze kobiety Paryża tupały albo mdlały z wrażenia, George Sand, jak by nie było - przyjaciółka, podsumowała trywialnie, że tak oto „uderzeniami dwóch rąk... zarobił sobie na spokojne lato”. Zgarnąwszy do kieszeni ponad 6 tys. franków. Te franki utkwiły mi szczególnie w pamięci, bo zastanawiam się, czy kurs był podobny jak teraz. Jeśli tak, to wakacje na Majorce z jadowitą babą kurzącą fajkę kosztowały horrendalnie drogo. Dziś pan Frycek objechałby za to pół świata.
Rówieśni Szopenowi wierszokleci, przez litość przemilczę nazwiska, też nie potrafili ukryć zawiści, bezinteresownej jak to u Polaków. Kłuło w patriotyczne oczęta nawet to, że ze „stajni Pleyela”, – czyli firmy o tej nazwie produkującej fortepiany, Szopen dostaje prowizję od instrumentów, które wybiera dla swoich uczennic.
To była normalna praktyka. Wtedy i później. Jak Małysz narty, tak pianiści promowali i promują marki fortepianów. O Paderewskim trudno powiedzieć, z jakiej był stajni, bo miał tysiąc fortepianów. Własnych! Moniuszko był ze stajni Kralla&Seidlera – warszawskiej fabryki, którą instrumentolog J.Hirt zaliczył do ważniejszych wytwórni na świecie (przed 1880 rokiem). Na K&S grał koncerty warszawskie Liszt. Chociaż należał do stajni Erarda, paryskiego konkurenta Pleyela, – z którym trzymał Szopen. Różnica zasadnicza: w brzmieniu instrumentów. Naszego Szopenka słychać było w salonach. Liszta w wielkich salach koncertowych całej Europy.
„Mój fortepian – mawiał Liszt – jest dla mnie tym czym dla marynarza fregata, a dla Araba jego rumak. A może jeszcze czymś więcej. Mój fortepian to jest moje słowo, moje życie.”
Co jest takiego w fortepianie, że budzi tyle emocji? Dobrych i paskudnych. Bywa obiektem pożądania, fałszerstw, skandali. Jak ostatnio gdy po ogłoszeniu zwycięzcy Konkursu Szopenowskiego jurorzy zaczęli się kłócić czy słusznie (!) laureatką została Rosjanka.
Odrestaurowany za ciężkie pieniądze i jak relikwia przechowywany w muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego „fortepian Szopena” okazał się składakiem z dwóch różnych instrumentów. Na szczęście z epoki. Mity, sensacje... Egzaltacje...
„Fortepian to jest nie tylko mebel, to żywa istota. Fortepian ma duszę, zapamiętaj, Haniu” – mówił mi dziadek Adam Wójcicki. Trudno akurat jego posądzać o skłonność do egzaltacji. W domu miał cztery kochanki: fortepian, klarnet i dwoje skrzypiec, ale żadnego z czworga dzieci nie nauczył grać. Gdy próbował, najstarszy syn ze strachu dostał... źółtaczki. Rodzinna legenda nie kłamie. Dziadek był raptus i tyran, ale gdy zasiadał do fortepianu, anioły sfruwały z nieba. Więc co takiego jest w fortepianie, że odmienia ludzi aż tak?
Bardzo męskie.... forte
Nasz fortpian Kralla&Seidlera fornirowany palisandrem był w rodzinie od zawsze. Gdy go odziedziczyłam, a potem musiałam sprzedać dom, został skazany na banicję. Do garażu pod blokiem. Zmarnowałam go.
– Życie go zmarnowało – filozoficznie zauważa Jakub Dziurzyński, w drugim pokoleniu stroiciel fortepianów rzeszowskiej filharmonii. Jest synem słynnego stroiciela Zdzisława Dziurzyńskiego, który stroił dla filharmonii pierwszy fortepian, gdy jeszcze budynku nie było. Instrument przyjechał ze Szczecina, nie miał gdzie stać, więc powędrował do szkoły muzycznej. Nietykalny dla uczniów, oczywiście. To były lata sześćdziesiąte ub. stulecia.
Pan Jakub był niedawno uczestnikiem historycznego wydarzenia. Historycznego, bo nie co dzień kupuje się nowiutkiego koncertowego steinwaya prosto z fabryki. Taki fortepian kosztuje (razem z taboretem i innymi utensyliami) prawie pół miliona złotych.
Mamy go w Rzeszowie! W naszej odmłodniałej po remoncie filharmonii.
Jak się teraz kupuje takie cacko?
- Poleciałem - opowiada Jakub Dziurzyński - z panią Martą Wierzbieniec, dyrektorem filharmonii oraz przedstawicielem Steinwaya na Polskę do fabryki w Hamburgu. Czekało tam na nas sześć instrumentów. Próbował je pan Krzysztof Jabłoński. Skupiony jakby dawał koncert, szedł od fortepianu do fortepianu i grał. Kwadrans, czasem dłużej. Wracał po kilka razy do niektórych instrumentów i znów próbował. I tak przez pięć godzin. Nie padło ani jedno słowo. Ani pani dyrektor ani ja nie chcieliśmy niczego sugerować.
- Ale miał pan swego faworyta?
- Wszystkie fortepiany były świetne, szuka się jednak takiego, który ma jeszcze to „coś”. Ja zastanawiałbym się nad egzemplarzem zaprezentowanym jako pierwszy i jeszcze jednym...
Maestro Jabłoński wybrał ten pierwszy.
To bardzo męski fortepian. Elegancki, mocny, odważny. Uwielbia dominować! Siedziałam w osiemnastym rzędzie w filharmonii podczas inauguracyjnego koncertu, najdalej jak się da, ale to jego męskie ego forte huczało jak startujący boeing.
Dziurzyński przyznaje: - Fortepian ma bardzo mocne brzmienie. Będzie niełatwo pianiście zagrać na nim piano bez lewego pedału. Ale są tacy, co potrafią – dodaje uśmiechając się dyskretnie. No pewnie, po dziesięciu latach w filharmonii i doświadczeniach z różnymi artystami wystarczy zerknąć na afisz, a już się wie. Weźmy Makowicza - gra tak, że instrument trzyma strój idealnie, choćby koncertował cały tydzień.
Potrzeba ze sto godzin grania, żeby nowy steinway – jak to każdy młodzik - wyszumiał się, dojrzał, spoważniał. Szkoda byłoby go zmatowić. Dajmy mu czas.
Czy Heinrichowi Steinwegowi przyszło do głowy gdy składał w 1836 roku swój pierwszy instrument we własnej kuchni, że jego fortepiany będą traktowane z taką czułością? I będą tyle warte. A firma Steinway&Sons będzie jedną z czterech najbardziej liczących się na świecie - produkuje rocznie 5 tysięcy fortepianów. (Steinwegowi, dopiero gdy zmienił nazwisko na Steinway, zaczęło się wieść. Coś w tym jest?)
Fortepian jest jak człowiek
Niebo dla fortepianów jest również w Żołyni. Tutaj mieszka Zdzisław Dziurzyński, ojciec Jakuba.
W domu harmonia zapachów i dźwięków. Żona pana Zdzisława, Krystyna upiekła ciasto orzechowe. Grają czyściutko w salonie kuranty zegara. W stosownym dystansie – pianino Calisia.
Pan Zdzisław o fortepianie:
- Jest jak człowiek. Trzeba o niego dbać, a wtedy się odwdzięczy i będzie służył długie lata. Nie nabiera jednak z wiekiem wartości, jak skrzypce. Fortepian starzeje się - jak człowiek. Nie ma na to rady. Owszem, może mieć wartość historyczną, sentymentalną, ale muzycznie taki „dziadek” jest do niczego.
Pan Zdzisław mówi to z nutą żalu.
Jest stroicielem od półwiecza. Obchodzi właśnie cichy jubileusz w tym elitarnym zawodzie - prawdziwych stroicieli, czyli takich co stroją na słuch (muzyczny) a nie do tunera, i z takim doświadczeniem można na palcach policzyć.
Formalnie jest na emeryturze. Ale wciąż pracuje. - To jest mój świat, sens życia. Obok rodziny.
Leczy swoimi metodami instrumenty z chronicznych chorób, często spowodowanych złym traktowaniem. – Wołają mnie kiedyś do instytucji kulturalnej (z nazwy): „Panie Dziurzyński, klawisze nie chcą grać”. Sprawdzam cały mechanizm pianina, a tam wszystko posklejane. Winem. Musiało być słodkie!
W rodzinie nie było tradycji muzycznych.
- Tuż przed maturą straciłem wzrok w wypadku; parę lat jeżdżenia po szpitalach nic nie dało. Trzeba było coś robić, trafiłem do Bydgoszczy, na życzliwych ludzi i oni mnie uczyli. To była jedyna szkoła dla stroicieli niewidomych. W Bydgoszczy były przed wojną dwie fabryki fortepianów: Sommerfelda i Jeny. Fabryki spłonęły, fachowcy zostali. Pierwszy fortepian - starego wiedeńczyka - dostałem do strojenia na próbę, w szkole muzycznej w Rzeszowie. Miałem tremę jak licho. W tym zawodzie nie da się wyprzedzić czasu. Syn by powiedział najlepiej jak się zdobywa doświadczenie. Nie raz mu się wydawało, że już wszystko umie.
Pan Zdzisław jest dumny z syna. – Cieszę się, że poszedł moją drogą. Skończył szkołę muzyczną (akordeon), ale woli stroić zamiast grać. Lubimy pracować razem. Rzadkość?
Czego słuchają po pracy najchętniej? Senior - ciszy. Junior - radia w samochodzie, ale też cichutko.
Stroiciel musi umieć słuchać. Trudno wyjaśnić, na czym to polega. To jest w pewnym sensie dar. Jak dar cierpliwości. Bo to jest praca nierzadko po kilkanaście godzin pośród niepięknie brzmiących dźwięków. Najtrafniej określa to żona pana Zdzisława: Z początku nie mogłam wytrzymać tego jednostajnego „pikania”, ale z czasem się przyzwyczaiłam.
Jakub: Im ciszej wokół stroiciela i o stroicielu, im mniej jest widoczny, tym lepiej. Jak się coś dzieje, zawsze go znajdą...
Koncertów słuchają obaj Dziurzyńscy technicznie – z nawyku sprawdzając czystość brzmienia poszczególnych instrumentów.
Gdzie ty, kochany, masz duszę?
Każdy fortepian brzmi inaczej.
„Brzmienie instrumentu nie bywa sztuczne, gdy instrument ma duszę, którą artysta potrafi z tego instrumentu wydobyć” – objaśniał Dymitr Szostakowicz. Na Szostakowicza powoływał się też „w sprawach dusznych” mój dziadek Adam.
- A jak artysta nie potrafi jej wydobyć? – pytałam.
- To nie jest artystą, lecz rzępołą – dziadek zawsze był radykalny, tak w działaniach, jak w osądach.
Pan Zdzisław próbuje pogodzić oba nurty w sposób racjonalny i wskazuje na płytę rezonansu. - Tam jest „dusza” instrumentu.
Co też się dzisiaj wyprawia, żeby udoskonalić brzmienie! Konstruktorzy sięgają po kosmiczne technologie. Plastik, złoto... Pan Jakub się śmieje, że to jest sprytny zabieg marketingowy, bo jaki wpływ na jakość dźwięku może mieć muśnięcie złotem jakiegoś elementu? Fazioli (firma produkująca najdroższe obecnie fortepiany) zapewnia z kolei, że drewno którego używa, jest takie samo jak kiedyś na stradivariusy...
A mogło być tak pięknie.
Fortepian jest dziełem sztuki, stworzonym przez genialnych rzemieślników i wynalazców. Potrzebował jednak prawie 300 lat, żeby z anemicznie brzęczącego clavicembalo col piano e forte przeistoczyć się w potężnego króla instrumentów. Rewolucjonistę, który odmienił całkowicie muzykę i ją spauperyzował. Z pałaców, dworów i mieszczańskich saloników wkroczył triumfalnie na wielkie estrady koncertowe dostępne dla wszystkich. Nasz Szopen też miał w tym swój udział – odwrócił fortepian bokiem do widowni, dzięki czemu było go ciut lepiej słychać. Przepraszam, że się śmieję.
Dokąd zmierza ta cała ewolucja - od małego klawesynu do potężnego fortepianu? Łatwo było określić jej początek, gdy z klawesynów radośnie wypruwano wnętrzności, żeby zainstalować w nich mechanizm młoteczkowy.
Chińczycy zbudowali grający fortepian z lodu. Ciekawe, jak brzmią na nim kolędy po chińsku. My, Polacy, jesteśmy coraz bardziej niemi. Nie śpiewamy nawet przy wigilijnym stole. Na Podkarpaciu, gdzie corocznie przybywa tyle rezydencji, półkoncertowy fortepian przybył... jeden. Kupił go przedsiębiorca, który ma tyle czasu co kot napłakał, ale chwalić go! Muzykujcie, Kochani, jest okazja – idą święta. Niekoniecznie jest potrzebny do tego nowy steinway. Wystarczy „dziadek” wiedeńczyk. Święta zniosą każdy fałsz.
Artykuł ukazał się w Numerze 5(13)VIP Biznes&Styl, wrzesień-październik 2010









