Ci odlatują, ci zostają...

Praca u Księcia Pana

 

Szczęścia nie trzeba poszukiwać gdzieś daleko, tylko we wnętrzu samego siebie -  tłumaczył studentom w Krakowie Dalajlama. Zareagowali spontanicznie. Brawami. Ale chłopak, który wracał stopem z tamtego grudniowego spotkania do Rzeszowa, a ja zabrałam go z drogi, nie krył rozczarowania. - Komuś, kto lata prywatnym samolotem z własną ochroną i nie musi się martwić o papu, łatwiej rozprawiać o wartościach duchowych i wolności wyboru – mówił poirytowany. -  My, w tej naszej pokręconej rzeczywistości jesteśmy zmuszeni dokonywać wyborów wcale nie metafizycznych, lecz do bólu realnych: gdzie szukać miejsca do życia. Tu, czy jak najdalej stąd?

Tekst ANNA KONIECKA

 

Zanim gruby schudnie

On już podjął decyzję. Nieodwołalną.

- Po trzech miesiącach pobytu w kraju pakuję plecak i daję w długą, bo tu się nie da żyć - mówi Maciek, (prawie) magister socjologii, a w najbliższej perspektywie operator wózków widłowych w hurtowniach gdzieś pod Londynem.

Plan ma nieskomplikowany. Byle przetrwać zimę, a latem „się zobaczy”. Może będzie zbierał brukselkę w słynnym gospodarstwie ekologicznym u samego następcy tronu, albo ruszy do Szwecji czy Norwegii śladem paru znajomych.

Jego zdaniem, reemigracja to bardziej prawdopodobny scenariusz na kryzys aniżeli gremialny powrót do kraju tych, co wyjechali około 5 lat temu i zdążyli się nauczyć za granicą innej kultury pracy, innego stylu życia. Zasmakowali normalności. Według raportu Komisji Europejskiej 60 proc. z 2 mln 270 tys. naszych rodaków pracujących poza krajem nie chce tu wracać.

- Przede wszystkim trzeba mieć do czego i z czym wracać - ocenia Maciek. Jego własny bilans wypadł marnie. - Jeśli z chronicznego braku innych możliwości mam zarabiać 800 złotych miesięcznie na kasie w markecie, albo 80 funtów tygodniowo u Księcia Pana, to prosi się pytanie o rozum - ironizuje.

Poza tym nie wiadomo jak recesja na Wyspach przełoży się na miejsca pracy dla Polaków. - Powiedzmy sobie wprost - bierzemy na ogół posady obrzydliwie nieatrakcyjne dla Brytyjczyków. Zwolnienia, owszem, są, ale w sektorze finansowym i w usługach. W budownictwie na razie względny spokój. W razie czego nasi przeniosą się do innych krajów, które na pewno poradzą sobie z kryzysem lepiej niż Polska. Zna pani powiedzenie „zanim gruby schudnie, to chudy zdechnie”?

Obalamy stereotyp „Polaka na walizkach”

 „Wyjeżdżam czy zostaję?” - to pytanie zadałam młodszym o dwa pokolenia kolegom po piórze - studentom dziennikarstwa z Uniwersytetu Rzeszowskiego.  - Napiszcie, w ramach naszych ćwiczeń warsztatowych, co myślicie. Byle szczerze. Forma wypowiedzi dowolna - zachęcałam. Tak powstało studium, które trochę zaskakuje, ale i cieszy, gdyż obala stereotyp młodego Polaka „na walizkach”. Niekiedy wzruszająco naiwnie.

Wyznanie Magdy: „Czekam na Polskę szklanych domów”. Albo Doroty: - Postaram się zbudować swoje Eldorado tu - w Polsce. Chociaż ta ciągła niepewność jest przerażająca.

 Zdecydowana większość respondentów twierdzi, że po studiach chce zostać i pracować, najchętniej w Rzeszowie. Bo to jest dobre miejsce do mieszkania. Rzeszów przoduje w rankingach miast najbardziej przyjaznych i bezpiecznych.

Niektórzy studenci dziennikarstwa już pracują - studia są podyplomowe.

[Wśród przyszłych (?) dziennikarzy są filozofowie, prawnicy, socjolodzy, politolodzy, najczęściej - poloniści nierzadko tuż przed dyplomem, ale zdarzają się także doktoranci wydziałów humanistycznych m.in. krakowskich uczelni. Jak twierdzą – studiują dziennikarstwo głównie z ciekawości - żeby zobaczyć, jak wygląda ten zawód od środka. Ilu przetestuje to później na własnej skórze, to osobny temat. Rynek pracy dla dziennikarzy jest na Podkarpaciu płytki jak wody Wisłoka podczas suszy.]

Ideał sięgnął bruku

Agata: Dla mnie, młodej mieszkanki Podkarpacia liczą się więzy rodzinne i przyjacielskie, które pielęgnować można dzięki byciu razem, a nie przysyłając czeki. Dla mnie liczy się bezpieczeństwo, więc zostaję tu gdzie jest bezpiecznie.

Agnieszka: - Młodzi z dyplomem, pełni entuzjazmu chcą pracować w Polsce. Zostawiamy, więc tony podań w rodzimych firmach, z nadzieją czekając na pozytywną odpowiedź...

Marzena: - Wkrótce kończę studia. Pięć lat obcowania z filologią polską minęło za szybko, a miejsc pracy w szkolnictwie jak na lekarstwo. Dorzucam więc, raczej bez nadziei, swoją teczkę na czubek góry lodowej. Stoję na rozdrożu. Ale nie uciekam za granicę. Zostaję. Na przekór. Mimo wszystko. Pieniądze ze stypendium naukowego niedługo stopnieją. A wtedy? Trzeba schować dumę do kieszeni i zatrudnić się w sklepie z odzieżą albo w spożywczaku. Z dyplomem magistra w kieszeni. Ideał sięgnął bruku.

Wszędzie tylko nie w Polsce

Tymoteusz: - Spotkałem dzisiaj rano kolegę z pracy. Opowiedział mi żart: „Słyszałeś ostatni news na BBC? W Londynie, w pewnej kamienicy zawaliło się piętrowe łóżko. Na szczęście żaden z 20 Polaków nie odniósł obrażeń.”

Jesteśmy największą grupą migrantów na kontynencie.  Dlaczego? Wszyscy mówią: dla kasy. A może są inne powody dla których Polacy nie chcą żyć w swoim kraju? Wybiegnijmy trochę w przyszłość. Jak widzą siebie młodzi ludzie za kilka lat? Może tak: „Skończę studia i wyjadę zagranicę na zmywak.” Jeśli tak, to ja dziękuję. Nie tak dawno był pomysł zburzenia Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Po co od razu burzyć? Przenieśmy go do Londynu, niedługo i tak pewnie wszyscy tam wylądujemy.

Małgorzata: - Mimo niepewności o pracę, pragnę pozostać. Dzień po dniu zapuszczam tu korzenie. W kraju ciągłego bałaganu politycznego, korupcji, gdzie wciąż łamane są prawa obywateli, gdzie życie jest takie drogie. Ale czasem się boję, że mimo tych deklaracji, mimo wielkich planów, nie zdołam dotrzymać słowa. A za kilka lat ktoś pokaże mi ten tekst i spyta: - Co się, do diabła, stało?

Mariusz: - Zazdroszczę odwagi każdemu, kto rusza do Wielkiej Brytanii lub USA z zamiarem walki o lepszy byt. Myślę tak samo jak Artur Gadowski, lider zespołu Ira, który śpiewał:

Dla tych co chcieli tu do czegoś dojść bez układów

Dla tych co są stworzeni po to, by sobie radzić

Dla tych co pokonają w sobie lęk i tęsknotę

Nagrodą dzisiaj będzie równy start samolotem.

Byłam „wyjechana”

Anita: Wróciłam z Irlandii we wrześniu 2007, żeby po rocznym urlopie dziekańskim dokończyć studia na uniwersytecie (polonistyka). To był wyjazd zupełnie w ciemno, bez mieszkania, bez pracy i bez znajomości. Z kilkoma euro w kieszeni. Z nadzieją, że jakoś to będzie. Pierwsza praca w barze szybkiej obsługi, czternastogodzinna harówka, brud, pośpiech, ciężkie nocne zmiany, odczuwalna niechęć, często nietolerancja ze strony Irlandczyków. Ale, jak to mówią, co nas nie zabije to nas wzmocni. Dałam sobie radę, podszkoliłam język, zarobiłam, odłożyłam. A gdy wróciłam, znajomi pytali, czy nie żałuję. Absolutnie nie. Chociaż gdyby nie konieczność ukończenia studiów, nie wiem, czy bym podjęła decyzję o powrocie. A teraz zadaję sobie pytanie: co po dyplomie? Wyjeżdżam czy zostaję? Jeśli znajdę pracę, która da mi satysfakcję, zostanę. Ale tylko wtedy.

Michał: - Za granicę wyjeżdżają osoby, które nie poradziły sobie w Polsce na studiach albo w pracy i teraz jadą harować przy garach za lepsze pieniądze, ale z marnymi perspektywami na przyszłość.

Kuba, kolega Michała: - Ale p...sz! Z Polski wyjeżdżają sami najzdolniejsi! Zostają tylko idealiści, garstka obrotnych, którym udało się znaleźć w miarę fajną pracę i kupa słabeuszy, którzy gdyby nie pieniądze mamy i taty już dawno zdechliby z głodu.

Kocham bezgranicznie, nawet dziury w drogach

Marta: - Oczywiście, że zostaję! Mało tego, nie wyobrażam sobie życia poza krajem, w którym się urodziłam, wychowałam, gdzie czuję się dobrze. Nie oznacza to, że nie mam zastrzeżeń do rzeczywistości. Owszem, mam i to wiele...

Pracuję – udało mi się! – w wyuczonym zawodzie. Oprócz studiów prawniczych ukończyłam aplikację sędziowską, lecz nie dostałam etatu w sądzie. A po 5 latach od złożenia egzaminu uprawnienia przepadają.

Dużo podróżuję. Lubię poznawać nowe miejsca, kulturę, obyczaje, ale nawet podczas tych podróży tęsknię za polskim chlebem. Nawet za polskimi drogami w opłakanym stanie, za niezrozumiałą polityką. Bywa że tęsknię za swoim małym mieszkaniem, do którego wkradają się rytmy muzyki uwielbianej przez moich sąsiadów. Ale wiem, że to wszystko jest moje. Tylko moje.

Złoto zamienia się w tombak

Katarzyna: - Większość moich przyjaciół i znajomych szukających miejsca w życiu, także członkowie mojej rodziny wyemigrowali już kilka lat temu. Nowy etap rozpoczyna się tam z dumą i radością, że udało się złapać pana Boga za nogi i znalazła się cudna praca - np. na zmywaku. A przecież nie to miało być nagrodą za 5 lat zmagań z wymaganiami doktorów i profesorów! Nieoczekiwanie złoto zmienia się w tombak. Co pozostaje? Pozytywne myślenie!

Jan: - W Irlandii podnoszenie kwalifikacji zawodowych pracowników to podstawa dla firmy. Szefostwo chętnie wysyła ich na różne kursy, często pokrywając sto procent kosztów. W irlandzkich firmach stawia się na samodzielność. Nie tak jak w Polsce, gdzie młody pracownik jest całkowicie zależny od swoich przełożonych. W Irlandii obowiązuje zasada: wrzucają cię na głęboka wodę i patrzą, czy dobrze pływasz.

O dziesięć lat za późno

Ewa: - Człowiek to taka istota, która potrafi pomalować sobie rzeczywistość i zrobić z niej bajkę.

Izabela: - Z tym pytaniem spóźniła się Pani o jakieś dziesięć lat. Może nawet piętnaście. Wyjechać? Musiałabym zburzyć całe moje dotychczasowe życie: zostawić rodzinę, dom, pracę. A to by oznaczało, że wszystkie moje wysiłki nie miały sensu. Co mnie interesuje? Rzeczywistość. O, właśnie muszę wyjąć pieczeń z piekarnika. Nie możemy zbyt głośno rozmawiać, bo Martynka śpi. I uśmiecha się przez sen. Wróciła dziś z przedszkola poruszona tym, że jej koleżanka od wczoraj ma nowe rodzeństwo – bliźniaki. Więc usłyszałam: - Mamo, ja też takie chcę.

Mariuszek zakopuje w piasku samochody. Nie wiem, co sobie przy tym wyobraża. Przyniósł dwie uwagi ze szkoły. Trzeba będzie z niego wydobyć, co się wydarzyło naprawdę, bo cierpiąca dusza boli pewnie bardziej niż ten skaleczony palec.

Rafał powinien już być. Szef go pewnie zatrzymał w pracy. Spłacamy dom i pieniądze są nam potrzebne. Mieliśmy zrobić malowanie domu. Tu, przy schodach, widać jak dzieci rosną: ślady brudnych rączek odbijane są na ścianie coraz wyżej.

 Kiedy położymy dzieci spać, usiądziemy na ganku. W ciszy wieczoru, w ciemności usłyszymy pewnie kumkanie żab. Taki wieczór ma zapach lawendy. I ja miałabym wyjechać? Dokąd? Po co? A co mnie lepszego może spotkać? Mam sobie dać to wszystko odebrać? O nie!

Kuba (jeszcze raz): - Moje życie będzie wyglądało tak: praca, praca, emerytura, zgon. Wiem, że do niczego tutaj nie dojdę. Bo gdy choć trochę się wychylę przed szereg, zaraz znajdą się „życzliwi”, którzy tak mnie zdołują, że przestanie mi zależeć na czymkolwiek.

----

Imiona niektórych studentów, na ich prośbę, zostały zmienione.

 

Galeria zdjęć