Benedyktyńskie lato


Wakacje w klasztorze

 

Przede mną sorbet jabłkowy przedsoborowy z konfiturą z owoców leśnych i żubrówką, za mną prawie tysiącletnie mury klasztorne, a wokoło dźwięki chorałów gregoriańskich. Co ja tu robię?  - myślę w Opactwie Benedyktynów w Tyńcu, gdy czekam na ojca Jana Pawła Konobrodzkiego. Tyniec sam daje odpowiedź.  Choć na kilka dni chcę ciszy i spokoju - dokładnie tego samego, czego w opactwie szukają setki osób przyjeżdżających tu na 4-5 dniowe wakacje.

Tekst Aneta Gieroń

Fotografie Tadeusz Poźniak

 

Módl się i pracuj - mówi reguła św. Benedykta, ale i ugość każdego pielgrzyma. A wędrowców jest wielu. Opactwa; benedyktynów w Tyńcu pod Krakowem i benedyktynek w Przemyślu prawie codziennie słyszą dzwonek u furty. Przyjeżdżają zorganizowane grupy, osoby nie mogące uwolnić się od nałogów, całe rodziny. Ateisty też nikt nie wyprosi, jeśli ten ma życzenie, za klasztornym murem może szukać dla siebie spokoju i odpoczynku. Jest tylko jeden warunek,  gość musi przestrzegać reguł panujących w opactwach. Za klasztornymi murami nie wolno pić alkoholu, palić papierosów, meldować się w jednym pokoju parom, które nie są małżeństwem i nie wolno wychodzić poza teren klasztoru pomiędzy godziną 10. wieczorem a 6. rano.

- Nie jesteśmy hotelem.  Jesteśmy domem dla gości, którzy potrafią uszanować sacrum - opowiada ojciec Jan Paweł Konobrodzki. - I pokazuje klucze od pokojów gościnnych - bez numerów, te zastąpiły imiona  świętych: Anzelma, Bartłomieja i innych.

Tyniec zdaje się  być enklawą. Na pięknym wzgórzu wapiennym, w dolinie Wisły, z największym siedliskiem motyli w Europie jest aż bajkowy, gdy porównać go do zdyszanego, hałaśliwego Krakowa. Gdy chodzimy po dających chłód i cień krużgankach, w zapachu, magii miejsca czuć prawie tysiąc lat historii tego miejsca.

- Przyjeżdżają do opactwa osoby w średnim wieku, czterdziestoletni ludzie  sukcesu z Warszawy, Gdańska, którzy nagle nie radzą sobie już w pracy. Czują się wypaleni, zmęczeni, mają problemy z rodziną, dziećmi, samymi z sobą - opowiada ojciec Jan Paweł. Za klasztornymi murami szukają skupienia, modlitwy, medytacji.

Ojciec Jan Paweł pamięta 40-letniego przedsiębiorcę z Warszawy, który w trakcie pierwszego pobytu wytrzymał w ciszy ledwie dwa dni i uciekł.  Szalał z irytacji nie mając przy sobie dźwięków nieustannie dzwoniących telefonów, programów telewizyjnych, szumu ulicy w dużym mieście. W trakcie medytacji nie potrafił na 15 minut usiąść w bezruchu i skupić się na jednej rzeczy. Potrzebował wielu bodźców, które miał na co dzień i bez czego nie potrafił żyć. Był potwornie znerwicowany, a jednocześnie nie potrafił spojrzeć na siebie z boku nawet przez 5 minut. Był też zdeterminowany. Warszawski przedsiębiorca do Tyńca wracał jeszcze kilkakrotnie, a teraz  każdego roku spędza tu 2-5 dni na  wyciszeniu.

- Taki czas jest absolutnie wystarczający dla osób, które nigdy wcześniej nie były przygotowane do życia w odosobnieniu, w kontemplacji i modlitwie - tłumaczy mnich. - Zwykle po 4 dniach z człowieka uwalniają się najgłębiej skrywane problemy i emocje. Człowiek staje twarzą w  twarz z lękami, nieprawościami, które były w jego żuciu i których w klasztornej ciszy nie ma jak zagłuszyć.  Trzeba wielkiej roztropności, by umieć zmierzyć się z własnymi słabościami, ale to zawsze wzmacnia człowieka.

Za klasztornymi murami, choć na kilka dni chce się schronić wiele małżeństw, rodziców z dziećmi. W przepięknym, skromnym, cichym miejscu, chcą być blisko siebie, chcą  zastanowić się nad życiem. Wiele spośród tych osób uczestniczy w modlitwach zakonników, ale nie jest to konieczne. Jeśli ktoś ma życzenie, może za klasztornym murem na 5 dni zamknąć się w pokoju z własnymi książkami, albo lekturą religijną i wychodzić tylko na posiłki.

Większość gości nie kryje jednak ciekawości  dla życia, które  o 5.30 wyznacza dzwonek na budzenie, a o 6. rano modlitwa poranna - jutrznia. O 7.30 śniadanie, potem w ciągu dnia mnisi zaangażowani są w pracę i tylko pora modlitwy, czytania, obiadu i nieszporów, wyznaczają im kolejne godziny przesuwania się słońca ze wschodu na zachód.

Dzień kończy kompleta. Modlitwy i śpiewu ojców w przyklasztornej kaplicy  w żaden sposób nie da się porównać z tym, co zwykle obserwujemy w kościołach diecezjalnych. Akustyka, światło w starych, opackich murach są niezwykłe. Tak samo, jak posiłki w refektarzu, gdzie obowiązuje absolutna cisza i słychać jedynie głos brata czytającego fragmenty Biblii. W Tyńcu do obiadu z braćmi mogą zasiadać tylko mężczyźni, kobiety spożywają posiłki w pomieszczeniu obok. Podobnie jest u sióstr benedyktynek w Przemyślu.

- Wszyscy spożywamy to samo, ale nie możemy robić tego wspólnie. Tak samo, jak nie wolno żadnemu wędrowcowi wchodzi ć do cel sióstr. Są to miejsca objęte klauzulą - tłumaczy siostra Klara Lechoszest.

Ich klasztor położony na przemyskim Zasaniu, przed wiekami był poza murami miasta,  dziś jest w ścisłym centrum. Piękne ogrody, rabaty przyklasztorne wydają się być wciśnięte między San, a ruchliwe ulice.

- Ludzie nas odwiedzają i zachwycają się spokojem, ciszą -opowiada siostra Klara. - A to złudzenie. Nasze życie za murami jest zaplanowane, ma swój ściśle określony porządek. To jest to, czego tak często brakuje ludziom w ich świeckim życiu. Wprawdzie mają dni wypełnione szumem, ale panuje w nich chaos. Bo każdy ma chwile zwątpienia, prezes korporacji, bezdomny, ksiądz. Miarą człowieczeństwa jest umiejętność radzenia sobie ze stresem, problemami, chorobą. Ludzie wierzący sił muszą szukać w modlitwie, kontempletacji. Niewierzący w medytacji.

Klasztorne cele temu sprzyjają. W opactwach w Przemyślu i Tyńcu czekają jedno-, dwu-, trzyosobowe pokoje. Ceny od 80 do 120 zł za dobę. Czekają też ojcowie i siostry, którzy są gotowi do rozmowy lub wspólnego milczenia z każdym wędrowcem.

W klasztorach są pokoje skupienia-rozmów, gdzie osoby chcące wsparcia ze strony zakonników proszą Prefekta Domu Gości, by ten wyznaczył ojca do dialogu.

- Są to bardzo różne spotkania, niekiedy tylko słuchamy ludzkich historii, niekiedy wspólnie z potrzebującym próbujemy znaleźć źródło niepokoju, smutku w życiu człowieka - opowiada ojciec Jan Paweł. - Nigdy nie zapomnę spotkania z gospodynią domową, która już nie dawała sobie rady w nieustanny usługiwaniu trojce dzieci i mężowi. Nie potrafiła, nie dostrzegał w sobie żadnej wartości. Ciągle pamiętam ten szoku w jej oczach, gdy po wielokroć jej powtarzałem, że tak, właśnie ona zasługuje na szacunek i miłość najbliższych, bo jest królewskim-boskim dzieckiem.

Tyniec to także magia ojca Leona Knabita znanego z  telewizji, radia, ponad 30. napisanych książek. Jest nawet taka anegdota, że goście odwiedzający klasztorną restaurację „Mnisze co nieco” najczęściej dopytują, co jada ojciec Leon, albo opat. Miejsce jest wyjątkowe, bo goszczące tylko specjałami benedyktyńskimi, czyli pysznościami opartymi na recepturach przygotowanych przed wiekami przez benedyktynów. Podobne ojciec przeor lubi co jakiś czas przyjść i spróbować każdej pyszności, by sprawdzić, czy aby wysoki poziom zakonnych pyszności przez producentów z gospodarstw agroturystycznych, nie został naruszony. Siła tradycji i renoma musi trwać przez kolejne wieki. Goście często przesiadują nad żurkiem św. Placyda z wędliną i białym serem, albo nad szarlotką klasztorną na likierze. I tylko dźwięki chorałów gregoriańskich oraz modlitwa przed posiłkiem i po posiłku leżąca na stole przypominają, że nie jesteśmy w świetnej restauracji w Krakowie, ale u benedyktynów w Tyńcu.

Benedyktyni, bracia i siostry ślubują wierność jednemu miejscu, oznacza to, że całe życie zakonne spędzają w wybranym przez siebie klasztorze. Tylko raz i tylko na 12 miesięcy mogą się przenieść się do dowolnego klasztoru benedyktynów gdzieś w Polsce lub na świecie.

- I proszę się zastanowić, w jednym miejscy ponad 20 sióstr, albo 40 braci, którzy mają różne charaktery, ale większość czasu, każdego dnia, do końca życia muszą spędzić rzazem. To uczy pokory, cierpliwości - uśmiecha się siostra Klara. I… jak bardzo mnie to zdumiewa, zwłaszcza, że przez kilka godzin wspólnie spędzonych z siostrą w Przemyślu, ani na moment nie udaje mi się przyłapać jej twarzy bez uśmiechu. - To przez to imię, Klara oznaczające jasna - tłumaczy mi benedyktynka.

Klasztory benedyktyńskie słyną z gościnności. Są w nich domy rekolekcyjne, pokoje gościnne, miejsca dialogu, świetne imprezy kulturalne, regularnie organizowane rekolekcje z postem, ikebaną, medytacyjne, są nawet benedyktyńskie programy zarządzania - kurs skutecznego przywództwa.

Tyniec słynie ze spotkań z fascynującymi, bywa, że błądzącymi w życiu osobistym znanymi artystami, podróżnikami. U braci  na cyklu spotkań bywali; Stanisław Soyka, Andrzej Seweryn, Krzysztof Zanussi, Marek Kamiński. Są recitale organowe, wieczory z muzyką, a niekiedy można dojrzeć skromnego, niewielkiego mnicha przy lśniącym fortepianie. To opat tyniecki, ojciec Bernard Sawicki. Przed laty absolwent Akademii Muzycznej w Warszawie w klasie fortepianu. Dziś benedyktyn ciągle  tak samo pięknie grający Szopena. Przy odrobinie szczęścia można go usłyszeć w kamiennej sali - nie sposób jej ominąć, jest tuż przy pokojach dla gości.

 

VIP B&S Numer 4(5) Lipiec-Sierpień 2009

 

 

Galeria zdjęć