Jak kochać po irlandzku
Małe zbiegowisko obok najsłynniejszego dublińskiego pubu Temple Bar. Rudowłosa małolata, Hindus na obcasach (żeby sobie dodać wzrostu) i policjant z piwnym brzuszkiem, podrygują zgodnie do rytmu, który narzuca harmonista w rubaszce. Zwabiony hałasem wyszedł z pobliskiej restauracji kucharz w białym fartuchu do kolan. I też podryguje. A harmonista tnie czastuszki, nieczuły na wietrzysko siekące drobnym deszczem.
Tekst i Fotografie Anny Konieckiej
Publicystki, podróżniczki, autorki filmów dokumentalnych, książki „W cieniu czerwonej piramidy”
Niedzielne przedpołudnie. Nie mam lekcji angielskiego w Bray. Moją szkołą językową jest dziś dublińska ulica, nad którą unosi się słowiański duch...
- Hallo, Ana! – woła Boban, Serb z Zagrzebia - tenor godny La Scali. Zarabia ulicznym śpiewaniem. Czasem przyłącza się do niego skrzypek Wasia (po lwowskim konserwatorium).
- Gdzie Wasia? – pytam, nie widząc go, a Boban stuka się tylko znacząco dłonią w szyję.
Acha, Wasia nie wrócił jeszcze z wczorajszej balangi...
W sobotnią noc baluje, kto żyw. Puby przepełnione, leje się strumieniami bursztynowy Guinness, a przed drzwiami kipią popielniczki. W pubach nie wolno palić. Za to pogadać, owszem. Gada się ze wszystkimi. I co najlepsze, nikt się nie dziwi, że taka Polka jak ja, „50 plus”, przyjechała się do Irlandii uczyć.
Angielski po irlandzku
Szkołę znalazłam przez Internet. Kameralną, urządzoną w wiktoriańskiej willi, w nadmorskim miasteczku Bray. Pół godziny od Dublina szybką kolejką DART. Miałam się uczyć według najnowszych technik. Ale z „multiaudiowizualnych pomocy naukowych” była tylko tablica plus kreda. Plus magnetofon, który pożyczali sobie w trakcie lekcji nauczyciele: Elizabeth - moja rówieśnica o polskich korzeniach, John - prawnik z Australii, który – jak mi powiedział - nie zamierza wracać do swoich kangurów, bo w Irlandii robi coś, co ma sens kosmopolityczny. I wreszcie Sarah. Tuż po koledżu, ale strzelająca byki ortograficzne. Gdy zwracaliśmy jej uwagę, śmiała się, wcale nie speszona. Lubiła iść na łatwiznę i całą lekcję konwersowaliśmy na przykład o kolorach:
- Co będzie jak zmieszasz żółty z niebieskim?
-Zielony! (Ze złości, że marnujemy czas.)
Sarah mówiła szybko i niewyraźnie, a ćwiczyła z nami pronunciation.
Za to widok z pokoju z kominkiem, gdzie odbywały się lekcje, mieliśmy przepyszny - na wiecznie naburmuszone morze i kamienistą plażę. Z boku majaczyła zielona Bray Head – najwyższa góra w okolicy. Krążyły nad nią ptaki, jak latawce.
Co nas różni od Irlandczyków
Zapominając czasem o trajkoczącej Sarze, patrzyłam jak na plaży, bez względu na pogodę, sędziwy jogin ćwiczył stanie na głowie. A promenadą sunęły pańcie z gromadą piesków na smyczy. Co nas różni od Irlandczyków? Stosunek do ludzi. Stosunek do pogody. I do psich kupek.
Ludzie. Kierowca taksówki wiozący mnie z dublińskiego lotniska do Bray dał mi (gratis) pierwszą lekcję irlandzkiego- angielskiego. Narzekając najpierw na drożyznę u nich i u nas, gdzie bywa, od kiedy syn ożenił się z Polką. – Jak wy tam, cholera, możecie jeździć samochodami, gdy benzyna jest droższa od piwa?!
Potem taksówkarz narzekał na żonę. Że go nie rozumie. – No popatrz, ona się wścieka, że po pracy lubię sobie przyjechać do Bray i posiedzieć z wędką. Nie z kobietą, bo do tego, według żony, już się nie nadaję. (Śmiech, błysk w oku...)
Na koniec dostałam od taksówkarza lekcję z oszczędzania. – No przecież mogłaś tu dojechać kolejką za dwa „juro”! – powiedział inkasując 50 za kurs.
Jeszcze raz ludzie. Gdy szłam co rano do szkoły, mijał mnie zawsze ten sam rowerzysta. Zdejmował kaszkiet z łysej głowy i kłaniał się szarmancko. - Ooo, robisz postępy! – chwalił mój kulawy angielski Chińczyk z orientalnego sklepiku. A nieznajoma kobieta, którą spytałam o drogę do pałacu prezydenckiego, wiozła mnie tam przez pół Dublina. I opowiadała: – Wiesz dlaczego w jednym z okien pałacu zawsze płonie lampka oliwna? Żeby powracający z obczyzny widzieli, że ktoś tu wciąż na nich czeka.
Pogoda: ja okutana w nieprzemakalną kurtkę i sweter, chociaż to środek lata, jogin zaś ćwiczy w samych slipkach. A potem chlup do lodowatej wody. Co tam jogin, on zahartowany. W morzu kąpią się dzieci, sine z zimna jak tutejsza woda i niebo.
- Irlandia bez deszczu, wiatru i przebłysków słońca to nie jest Irlandia – twierdził jogin, prywatnie lekarz epidemiolog. Po akcencie zorientowałam się, że (chyba) jest Niemcem. Sam nie zdradził pochodzenia, mówił tylko, że zjeździł kawał świata, ale dopiero w Irlandii czuje się u siebie.
Charity i dobroczynna herbatka
To samo mówił Hindus (na obcasach). Hyder, z zamożnej rodziny w Bombaju. – Siostra opiekuje się matką, więc ja mogłem spokojnie jechać do Europy.
Jakiś czas po studiach pracował jako farmaceuta w Anglii. - Ale tam ludzie mają.... nieco inny stosunek do cudzoziemców niż Irlandczycy – Hyder zawsze dbał o poprawność polityczną. W Irlandii długi czas nie mógł znaleźć pracy w swoim zawodzie. Zarabiał nawet układaniem w nocy towarów w hipermarkecie. – Mam dzięki temu więcej czasu na pracę w charity shop – podkreślał.
Dobroczynność. To także różni Irlandczyków od nas. Gdy moja landlady, u której wynajmowałam pokój, grała co czwartek z psiapsiółkami w bingo, ręce zacierał miejscowy proboszcz, gdyż to, co kobitki ugrały, szło na cele dobroczynne. Do dobrego tonu należy również, aby pracować, oczywiście za frico, przynajmniej raz w tygodniu w sklepie, do którego ludzie przynoszą różne rzeczy – od bibelotów po ciuchy, zaś dochód ze sprzedaży idzie w całości (!!!) na biednych.
Takich sklepów jest w malutkim Bray kilka.
Któregoś dnia Hyder zaprosił mnie do herbaciarni w Dublinie. Cerata na stołach, herbatka – lura, domowe ciasto. – Gdzieś ty mnie przyprowadził? – zdziwiłam się. A Hyder, że to herbaciarnia prowadzona przez wolontariuszy, którzy pracują również w noclegowni dla bezdomnych.
- Polacy – usłyszałam w noclegowni – bywają tu krótko. Aż znajdą pracę.
Biznes po irlandzku
Od Irlandczyków różni nas stosunek do psich kupek. Irlandczyk wie, po co ustawia się kosze z wizerunkiem psa. I ile kosztuje mandat za nieprzestrzeganie czystości. Policjanci pilnują skrupulatnie. Także tego, żeby nie pić piwa na plaży ani w innych publicznych miejscach. Za to też można dostać mandat.
Co nas jeszcze różni? Stosunek do życia. Irlandczycy też klepali biedę, emigrowali za chlebem, ale gdy teraz wracają na Zieloną Wyspę, zamiast obnosić się z bogactwem, albo wdawać w awantury polityczne, zakładają biznesy. Sprowadzają na przykład wina z Australii, bo w irlandzkim klimacie zamiast winogron rośnie ocet. Albo organizują pierwsze komunie – full service. Z białą limuzyną, orkiestrą smyczkową (do której czasem załapuje się Wasia), i z profesjonalną sesją zdjęciową w pałacu zubożałego diuka, który wpuszcza za opłatą do wydzielonych komnat również turystów.
Irlandczycy umieją zarabiać. Chociażby zakładając szkoły językowe. To świetny biznes. Zwłaszcza gdy za uczniów płacą unijni partnerzy.
W mojej grupie, składającej się z dwóch Włoszek (prawniczka, filozofka), Koreańczyka (doktorant z Seulu), Czecha (artysta fotografik), a także czworga Francuzów - inżynierów between job oraz zasiedziałego we Francji Irakijczyka (profesor matematyki w Nancy), tylko ci ostatni nie płacili z własnej kieszeni. Płacił za nich – w ramach unijnego porozumienia - francuski rząd. Musieli jedynie zdać na koniec egzamin, co przy liberalnym podejściu nauczycieli nie jest trudne.
Wieża Babel się wali
Irlandczyków różni od nas brak kompleksów. Na przykład z powodu, że czegoś nie potrafią (Sarah), albo że coś zawalili.
W mojej szkole, na początku czwartego tygodnia nauki zdarzyła się katastrofa. Najpierw Elizabeth spadła ze stromych, wąskich i źle oświetlonych schodków, na których – jak to w wiktoriańskich domach – dwie osoby mijają się z trudem.
Nauczycielkę trzeba było wieźć do szpitala. Nie miał jej kto zastąpić, więc posypał się plan zajęć.
Na domiar złego przyjęto akurat w tym dniu dużą grupę małolatów, więc nasz pokój kominkowy wypełnił się dzieciarnią w niebieskich mundurkach, a my... No cóż, mieliśmy do wyboru: uczyć się z niższym kursem w klasie zrobionej z garażu, gdzie nie było już gdzie usiąść ani czym oddychać. Albo iść do wszystkich diabłów.
Ja poszłam się kłócić (po raz pierwszy po angielsku). Ale moje argumenty, że połowa naszej grupy zapłaciła (słono) za naukę na odpowiednim poziomie i w małej grupie, zostały... przyjęte uprzejmie do wiadomości. Z obietnicy, że dostaniemy dodatkowe lekcje, nic nie wyszło. Czech, profesor matematyki z Nancy i ja urządzaliśmy więc sobie wspólne konwersacje na nadmorskim bulwarze w Bray, albo każdy sam wyprawiał się do Dublina. Muszę przyznać, że właśnie wtedy nauczyłam się najwięcej.
Także tego, że siódmego dnia, czyli w niedzielę nie wszyscy w katolickiej Irlandii odpoczywają, jak Bóg przykazał. Robotnicy remontują drogę, piekarnia piecze chleb, a moja landlady pierze obrusy. – Siódmy dzień tygodnia wypada kiedy komu pasuje – mówi niemłody już ksiądz. Sam na trzech parafiach (mimo polskiego importu - w Irlandii brakuje księży), więc niedzielną sumę odprawia rotacyjnie. W dublińskiej parafii wypadła ostatnio w sobotę. A kobiety posługiwały do mszy. – Bóg kocha wszystkich Irlandczyków. Kobiety też – twierdzi priest John.
Pociągają Cie języki? Spakuj plecak i jedź do jakiejś zagranicznej szkoły i nie przejmuj się, gdy usiądziesz w ławce z młodszym od siebie o 20 lat!






