Wietnamczycy wierzą, że zasłużyli na swój tragiczny los, gdyż w XIX wieku wyplenili kulturę Czamów. To wyznanie Lan Cao, profesor prawa mieszkającej od lat w Ameryce, w konfrontacji z rzeczywistością trudno dziś obronić. Nawet nie dlatego, że jest przeintelektualizowane i do bólu poprawne politycznie. Wietnamczycy, chociaż palą kadzidełka i budują „domki dla duchów”, po ziemi chodzą twardo. Widać też, w jakim tempie zmienia się kraj.
Anna Koniecka
Aleksander Kot
Fotografie Anna Koniecka, Władysław Borowiec, Aleksander Kot
Północ – Południe dziesięć lat temu
Hanojczyk Duy Dung, przymuszony do powrotu z Polski gdzie studiował, po czym poddany reedukacji w obozie - wcale nie uważa, że zasłużył na taki los. Spotkaliśmy się przypadkiem w Hanoi. Wietnamczycy świętowali akurat 25-lecie zwycięstwa w amerykańskiej wojnie, a pierwsze dorosłe, powojenne pokolenie zaczynało normalnie żyć. Co to znaczy normalnie? Nie w cieniu karabinów – to po pierwsze. Po drugie – o gospodarce zaczynało się mówić: azjatycki tygrys; o ustroju – komunizm z ludzką twarzą, bo dawał coraz więcej ekonomicznej wolności, pozwalał zakładać firmy, budować hotele, inwestować pieniądze zarobione nawet zagranicą.
Jak bezpardonowo wkraczało nowe, Duy Dung odczuł na własnej skórze. - Fabryka, gdzie pracowałem, była przestarzała, więc ją zamknięto. Ale żona prowadzi domowe przedszkole, handluje jajkami, które przywożę ze wsi, więc jest z czego żyć. A w ogóle to mów mi Jurek – prosił taszcząc po schodach do mieszkania na drugim piętrze stary, cholernie ciężki motocykl - narzędzie pracy. Z ulicy by go ukradli – wyjaśnił zdyszany. Przed drzwiami mieszkania nagle się rozmyślił: - Wybacz, ale... zaproszę cię innym razem. Rodzina by mnie wyklęła, gdybym przyprowadził bez uprzedzenia taaakiego gościa.
Chodziło chyba o coś innego. Może o polską przeszłość, której nie chciał rozdrapywać. Jako syn wojskowego, w latach sześćdziesiątych dostał życiową szansę, gdy posłano go do nas na studia. Ale ją zmarnował i zawiódł zaufanie towarzyszy partyjnych ojca, bo się zakochał, ożenił z Polką; mieli dziecko. A najgorsze - nie chciał wracać do Wietnamu.
- Myślisz czasem o tamtej rodzinie? – spytałam.Odpowiedział bardzo cicho, jakby się bał, że ktoś zza drzwi usłyszy: - Nie wiem nawet jak wygląda mój syn i jak mówi do niego matka. Do mnie mówiła: „Jurek”.
Wietnamska ulica
Ceny ziemi niebotyczne, więc buduje się wysoko. I wąsko - uliczka, przy której stanął mój hanojski „hilton” ( raptem cztery pokoje, po jednym na każdym piętrze), jest tak ciasna, że chcąc nie chcąc uczestniczy się w życiu sąsiadów z naprzeciwka. Słychać jak wiatraki mielą nocą ciężkie powietrze w mieszkaniach, jak się ludzie kłócą i godzą. I jak sprzedawca części do rowerów je zupę, wciągając ze świstem długie kluski. A kobieta handlująca tą zupą, w ramach porannej toalety przemawia czule, iskając główkę malca ubranego w porteczki rozcięte na pupie (co za oszczędność na pieluszkach!).
Życie na wietnamskiej ulicy toczy się bez skrępowania. Tu się pierze, gotuje, strzyże. I zasypia w porze sjesty, wymuszonej przez morderczy klimat. Latem niebo jest perłowo-bure, prawie nie widać słońca, z godziny na godzinę robi się coraz bardziej parno. Gdy nie ma czym oddychać - dochodzi południe. Taki zegar bez zegara. Handluje się do późnej nocy przy gazowych lampkach, świecących jak kocie oczy. Trwa handlowy stan oblężenia: pliki dongów krążą z rąk do rąk, trąbią kawalkady skuterów i rowerów, wyładowanych jak ciężarówki - spod paczek i tobołów nie widać kierowców.
Jak można w takim tempie żyć?
Do rozmyślania nadają się latem w Hanoi szczególnie dwa miejsca: klimatyzowane salony z ciuchami światowych marek oraz mauzoleum Wujka Ho. Tak rodacy nazywają Ho Chi Minha. Warto do niego zajrzeć, dopóki można. Wujaszek jeździ na coraz dłuższe liftingi do Moskwy.
W moim „hiltonie” klimatyzacja zdychała z taką regularnością, jak wyłączano w mieście prąd, czyli często. Zwłaszcza nocą. Na wpół uduszeni, mokrzy od potu goście, w tym ja i mój amerykański sąsiad Ian „z czwartego piętra”, wypełzaliśmy z pokoi wąskich jak krypty. Ian zazwyczaj z flaszką obrzydliwie ciepłej wódki. Pijaliśmy ją w holu, ku zgorszeniu recepcjonisty, który był jednocześnie kucharzem - właściciel oszczędzał na personelu. Hotelik należał do wojskowego emeryta, który założył kompanię turystyczną i to właśnie ją ktoś mi polecił. Ja nikomu – za dużo było handryczenia o... ceny nieadekwatne do poziomu usług, tym gorszych im dalej wyprawiałam się od „centrum dowodzenia”. A przemierzałam Wietnam metodyczne z północy na południe, przygotowując film dokumentalny.
Którejś nocy, lekko wstawiony Ian wyznał, że przyjeżdża do Wietnamu szukać śladów zaginionych żołnierzy (nota bene więzienie w Hanoi było przez nich nazywane właśnie „Hanoi Hilton”). Bujał? Może nie, wojenną buchalterią posługiwał się biegle: - Spośród 1519 zaginionych odnaleziono po wojnie tylko 402 ciała, a gdzie reszta? Wiesz – ekscytował się - na takich informacjach można zarobić. Ty też się włóczysz po tym kraju, rozmawiasz z ludźmi, sporo wiesz... Może ktoś z zaginionych żyje? No nie, nie chciałem cię urazić – Ian zmitygował się, przeprosił i znikł w swojej krypcie.
Przy śniadaniu (przypalona grzanka i wodny roztwór sproszkowanego soku) zastałam kartkę: „Wietnamczycy zaprzeczają, że nie oddali wszystkich jeńców przetrzymywanych w obozach, ale szukanie żywych 25 lat po wojnie to sen pijanego wariata.”
Wojenna turystyka
Od strony wietnamskiej wojenna buchalteria wygląda tak: na Wietnam spadło więcej bomb niż na wszystkie kraje w drugiej wojnie światowej. Poległo około trzy miliony obywateli, co najmniej 300 tysięcy zaginęło. Nie ma pieniędzy na poszukiwania, na oczyszczenie dżungli z niewypałów, więc przybywa wojennych kalek. Przed kościołem w Da Nang spotykałam mężczyznę jak pełzł, podpierając się dwoma bambusowymi stołeczkami, do bocznej furty. W piątki była zawsze otwarta.
Rodziny, które nie wiedzą gdzie spoczywają ich zmarli, są skazane na wieczny lęk o los następnych pokoleń. Ósma - kobieta, którą ojciec nazwał tak, bo urodziła się jako ósme dziecko – głęboko w to wierzy. Poznałam ją w okolicach Xeo-Quyt, na południu kraju. Przemierzałyśmy wynajętymi łódkami kilometry kanałów przez dżunglę. Kanały były miejscami tak wąskie, że łódki klinowały się na zakrętach. Nie miałam odwagi spytać, czy Ósma też mieszka w „wiosce starych kobiet”. Te kobiety nie zdążyły być młode – w czasie wojny dźwigały broń, zaopatrzenie dla oddziałów partyzanckich ukrytych w dżungli. Walczyły. A po wojnie zabrakło dla nich mężczyzn. Dostały skromną wojenną rentę.
- My nie żywimy nienawiści wobec amerykańskich żołnierzy – mówi Truong Van Cong. Był żołnierzem oddziałów specjalnych Vietcongu. Zaminowywał drogi i dżunglę. Zna viet-vo-dao - wietnamską odmianę karate i judo. Teraz ćwiczy cierpliwość słuchając głupich pytań turystów: „A ilu Amerykanów pan zabił?”
Oficjalną politykę miłości eksponuje się z okazji okrągłych rocznic. Na 25-lecie zakończenia wojny weterani walczący po przeciwnych stronach frontu: Wietnamczycy i Amerykanie zasiedli wspólnie w wojskowym kasynie w samym centrum Hanoi. Weterana Truong Van Conga nie zaproszono. Ale urazy nie żywi.
„Jeden gest wyrozumiałości daje ci dziewięć dobrych rzeczy” – to wietnamskie przysłowie, wypisane ozdobnymi literami na ryżowym papierze przez Nguyena Huu Sama z wioski Dong Ho (północny Wietnam), ponoć najchętniej kupują na pamiątkę Amerykanie. Na zwojach papierowej mądrości mistrz domalowywał pracowicie sielskie obrazki, w tym różowe świnki na szczęście. Bo – wg niego - praca i szczęście idą w parze.We wsi Dong Ho żyje się nieźle. Kobiety po pracy w polu kleją papierowe wyprawki dla zmarłych: miniaturowe domy, samochody, dziecinne rowerki, ubrania. Żałobnicy kupują i w rocznice śmierci bliskich palą to na progach domów. Potem ucztują. Życie w Wietnamie splata się ze śmiercią w sposób naturalny i prosty – zmarli pogrzebani na polach ryżowych, wciąż strzegą zbiorów.
Spotkałam szczęśliwych Czamów
Ruiny dawnego miasta Czamów w My Son pożera dżungla. Sięgającą siódmego wieku n.e. kulturę i prawie cały naród zniszczyli Wietnamczycy. „Straciliśmy wtedy naszą niewinność. I od tamtej pory zasługujemy na swój podły los. Na nieszczęścia jakie spotykają nasz naród: wojny, klęski głodu, powodzie” – twierdziła profesor Lan Cao.
Ze spotkania z czamską rodziną państwa Isa zapamiętałam symboliczny bambusowy most przerzucony nad jakimś kanałem rzeki Hau Giang, a obok nowy mostek - z betonu. Senior rodu, wysoki siwy mężczyzna w sarongu utkanym przez żonę, częstował mnie herbatą. Rodzina rozmawiała między sobą po czamsku – to starannie pielęgnowana tradycja. Jak ta, że to córka przyprowadza do domu mężczyznę, którego pragnie poślubić. Żyją zgodnie pod jednym dachem - stare i młode pokolenie.
Północ - Południe 2010
W Sajgonie (aglomeracja Ho Chi Minh), dziesięć lat później i setki kilometrów na południe od Hanoi oraz wiosek Czamów, pytania o traumatyczną przeszłość wydają się całkowicie nie na miejscu. Mimo że jestem w Sajgonie w ostatnich dniach kwietnia, tuż przed 35. rocznicą wyzwolenia miasta i zjednoczenia Wietnamu, a ulice wprost toną w czerwonych flagach, na których na zmianę żółcą się gwiazdy, sierpy i młoty. A co jakiś czas wielki billboard przypomina o tym, że 35 lat temu Wietnamczycy odnieśli historyczne zwycięstwo. Tyle że na jeden billboard z wybijającą się liczbą „35”, przypada zwykle kilkanaście billboardów z wybijającymi się liczbami idącymi w miliony (bo denominacji tu dawno nie było), podkreślającymi „okazyjne” ceny, za jakie można nabyć telewizory, skutery, domy czy jakieś dziwne urządzenia japońskiego projektu, których przeznaczenie znają chyba tylko w Azji. Czerwone flagi z sierpem i młotem ciekawie komponują się z wystawami butików Armaniego czy Gucciego, przed którymi powiewają. Czyli tak jak w innych dynamicznie rozwijających się krajach, przeszłość, historia i polityka przemykają gdzieś w tle i z boku tego co naprawdę ważne dla statystycznego Kowalskiego, który w Wietnamie najczęściej ma na imię Nguyen (blisko połowa Wietnamczyków tak się nazywa) i na co dzień bardziej interesuje go rozwój własnej firmy niż rozpamiętywanie dawnych krzywd.
Zielona wyspa
Nie oznacza to, że historia jest całkiem nieobecna. W muzeum ofiar wojny można zobaczyć koszmarne skutki użycia przez Amerykanów broni chemicznej. Odwiedzając pałac ostatniego prezydenta Wietnamu Południowego (wybranego w demokratycznym zamachu stanu zorganizowanym przez USA) możemy przeżyć podróż w czasie do lat 70-tych – bo cały obiekt pozostawiono jako jedyny w swoim rodzaju dokument, i to w stanie mniej więcej takim jak zastały go północnowietnamskie wojska 30 kwietnia 1975 roku. Tam też, w sali poświeconej traktatowi paryskiemu, który stanowił krok ku zakończeniu wojny, możemy natrafić na „polski ślad” – zdjęcia oficerów Ludowego Wojska Polskiego z wietnamskimi przyjaciółmi (zgodnie z traktatem Polska, obok Kanady, Indonezji i Węgier nadzorowała zawieszenie broni).
Teraz jakoś naturalniej nawiązuje się rozmowy z przygodnie poznanymi Wietnamczykami o gospodarce niż o ofensywie Tet. Jeśli, rzecz jasna, spotkamy osobę mówiącą po angielsku (wśród młodych Wietnamczyków - duża szansa) albo rosyjsku (popularnym m.in. ze względu na licznych turystów i biznesmenów z Rosji). Na przyswojenie wietnamskiego, będącego językiem tonalnym o bodaj sześciu tonach, gdzie teoretycznie ten sam wyraz wypowiedziany w jednej z sześciu tonacji może mieć sześć różnych znaczeń, raczej nie mamy co liczyć. Na szczęście dla nas, Europejczyków, Wietnamczycy litościwie wprowadzili i utrzymali łaciński zapis wyrazów, więc przynajmniej tabliczki z nazwami ulic można odczytać. Jest to ułatwienie częściowe, bo jak wszędzie w świecie, ulice nazywa się imionami zasłużonych obywateli, a przecież połowa Wietnamczyków nazywa się „Nguyen”...
By się nie zgubić skręcając z ulicy „Nguyena” w przecznicę „im. Nguyena” lepiej wyznaczyć sobie jakieś punkty orientacyjne. Z tym w Sajgonie nie ma problemu, bo nad niewysoką zabudową większości dzielnic i kolonialnego centrum górują budowane masowo wysokościowce. Hotele globalnych sieci wybijające się dziesiątki pięter w górę powodują, że dawniej oczywiste wyrażenia stają się mniej zrozumiałe. „Hanoi Hilton”? No co w tym dziwnego? Jest przecież pięciogwiazdkowy Hilton w Hanoi! I tam, i tu - w Sajgonie, do wyboru mamy jeszcze Sheratony, Sofitele, Marriotty (nie licząc eleganckich, pachnących historią i leciutko kolonialną atmosferą hoteli-legend jak Continental czy stojący vis a vis Caravelle). Gdzieś w końcu przyjeżdżający tłumnie biznesmeni muszą się pomieścić. Wietnam przez ostatnie 10 lat rozwija się w tempie 7-8% rocznie. Kryzys 2008 roku był tu mocno odczuwalny, ale Wietnamowi też udało się pozostać „zieloną wyspą” ze wzrostem PKB około 5-6% rocznie. Jeszcze przed kryzysem szacowano, że w ciągu około 20 lat Wietnam może stać się jedną z 20 największych gospodarek świata. Kryzys wiele zmienia, średnia zarobków jest ciągle niska, a rozwarstwienie majątkowe postępuje, lecz biorąc pod uwagę, że Wietnam nadal się rozwija, podczas gdy największe zachodnie gospodarki skurczyły się, zmiana ta może wypaść na korzyść Wietnamu.
Wyścig Nguyenów
To oczywiście suche dane makro, ale z perspektywy znajomego sajgończyka (też nazywa się Nguyen, jakże by inaczej) przekłada się to na możliwości zarobienia coraz przyzwoitszych pieniędzy. Pozwala to w pierwszej kolejności wykształcić dzieci (Wietnamczycy bardzo cenią wykształcenie i wiedzę - kolejny dobry prognostyk dla ich gospodarki), a potem pomyśleć o kupowaniu tych wszystkich reklamowanych dóbr, by osiągnąć oczekiwany standard dla nowopowstającej wietnamskiej klasy średniej - mieszkanie, telewizor, meble i skuter (zamiast małego fiata).
Mała stabilizacja? Raczej nie – przynajmniej patrząc na wielki rozmach z jakim budowane są biurowce i infrastruktura. Styl i skala przywodzi mi na myśl jednoznacznie wschodnie Chiny – czyli wszystko nowe co powstaje jest dużo większe i nowocześniejsze od tego co znamy z Europy czy Ameryki. Także w kulturze konsumpcji Wietnam, podobnie jak inne dynamicznie rozwijające się kraje Azji, nie stara się już ścigać Zachodu, ale raczej przeganiać go własną azjatycką trasą. Stąd obok oczywistych wpływów chińskich możemy co raz natknąć się np. na zapożyczenia z Tajlandii, Korei czy Japonii. Choćby w popularnej restauracji Kichi-Kichi, gdzie setki osób siedzą w sterylnym plastikowo-różowym wnętrzu równolegle - wzdłuż długich stołów-taśmociągów, po nich suną różnorakie surowe smakołyki (a to krewetka, a to kawałek chyba? żaby), które samodzielnie gotuje się w kociołku sprytnie wmontowanym w blat. Sprawnie, szybko i niedrogo. I nikt nie narzeka na kucharza.
Wciąż pełno kontrastów. Po drugiej stronie ulicy można zjeść jeszcze taniej przy połatanym wózku ulicznego handlarza w spiczastym słomkowym kapeluszu, wyglądającego tak tradycyjnie i „wietnamsko”, że gdyby nie kilku akurat kupujących jedzenie krajanów oraz widok tysięcy podobnych handlarzy spotykanych także w odległych biednych dzielnicach, można by go wziąć za turystyczną atrakcję. Samo przejście na drugą stronę ulicy często może być niezłą, bardzo „wietnamską” przygodą. Po szerokiej jezdni mkną bez przerwy z jazgotem tysiące skuterów (szacuje się, że jest ich w Sajgonie 10 milionów), a prawie nigdzie nie ma przejść dla pieszych ani sygnalizacji świetlnej. Pozostaje wziąć głęboki oddech i śmiało wkroczyć na jezdnię pod koła pędzących maszyn, które nie zwalniają, ale w jakiś cudowny sposób omijają nas nie wpadając jednocześnie na siebie. Potem, po drugiej stronie możemy obetrzeć pot z czoła i westchnąć „ale Sajgon!”.
Artykuł ukazał się w VIP Biznes&Styl numer 4(12), lipiec-sierpień 2010











