Koleżanka powiedziała jej wprost: „Aniu, ty się nie nadajesz na prezesa, zwłaszcza w takiej branży jak budowlana, bo nie pijesz, nie klniesz, więc jak ty chcesz znaleźć wspólny język z budowlańcami?!”
Anna Ochalik – Pęcak opowiada tę anegdotę z rozbawieniem. W przyszłym roku minie trzydzieści lat odkąd jest prezesem Spółdzielni Mieszkaniowej Lokatorsko-Własnościowej „Geodeci”.
Tekst Anna Koniecka
Fotografie Tadeusz Poźniak
Swoisty rekord – z tym się akurat zgadza. Sukces? - to zależy, co kto pod tym pojęciem rozumie. Sukcesem dla jednych jest samo trwanie na stanowisku. Dla niej wysoka pozycja zawodowa jest ważna ale jako użyteczne narzędzie pracy, a nie cel. Dlatego woli, żeby oceniali ją inni, bez pompatycznych określeń.
- To przecież proste - o mnie świadczy to, co wybudowałam przez te wszystkie lata, mój kawałek miasta - ponad tysiąc mieszkań w Rzeszowie. Jest. Stoi. Tego się nie da wyretuszować ani zagadać. To są pomniki, które po mnie zostaną. Staram się, żeby były piękne i żeby przetrwały dłużej niż pamięć o mnie. Fajne uczucie, prawda?
Powtarza komplement, jaki ostatnio usłyszała od nieznajomego mężczyzny: „ Wie pani, co? – mówi ten mężczyzna – Takie budownictwo to ja widziałem po raz pierwszy na oczy jak byłem na saksach w RFN-ie. Jak ja im wtedy, cholera, zazdrościłem!”.
- Po tylu latach pracy mam, jak zapewne każdy, skrzywienia zawodowe. To, które sama zauważam jest takie, że gdziekolwiek jadę, w kraju czy zagranicą, to oglądam się nie za ludźmi tylko za budynkami. Patrzę czy są jakieś nowe rozwiązania, które mogłabym zastosować w nowych inwestycjach, szukam czegoś, co by mnie zainspirowało, szukam domu na miarę marzeń, harmonii; czegoś pięknego, bo ja kocham piękno w każdej postaci: w architekturze, w naturze, w książkach, w życiu, w sztuce... Ja nie chodzę do teatru, żeby się pokazać, tylko żeby przeżyć, zapamiętać, żeby to we mnie zostało na długo. Książki - czytam, żeby wiedzieć więcej, ciągle się czegoś uczę, ale czytam też żeby się dowiedzieć dlaczego akurat ta czy inna pozycja jest „na topie”. Zawsze gdy mam jakiś problem – sięgam po książkę. To mi pomaga. Domownicy wiedzą, że muszę „coś zaczytać”. Nawet mój pies, Baciar, rozumie co to jest czytanie, układa się z noskiem przy książce i nie rozrabia. A ja gdzieś między kartkami znajduję w końcu rozwiązanie tego co mnie akurat trapi.
Długi marsz
Ale jak to zrobić, żeby budować pięknie i w harmonii z naturą, podczas gdy architektem jest ramię dźwigu a inwestorem oszczędność? Tak było za peerelu i tak jest znowu teraz - osiedla są przeważnie jak koszary, okna w okna, bo każdy metr terenu coraz drożej kosztuje. Ale wtedy mieszkania były sprawą polityczną: cała wieś garnęła do pracy do miasta i gdzieś trzeba było tych nowych mieszczan ulokować, stąd najważniejszy był pośpiech. Dzisiaj - cena. Wygląda więc na to, że ten długi marsz – od realnego socjalizmu do gospodarki rynkowej w mieszkalnictwie zatoczył koło i tylko nieliczne osiedla, jak te budowane przez „Geodetów” już wtedy(!) wyróżniały się odrobiną luksusu na tle betonowej miernoty. A dzisiaj potrafią np. zaskoczyć ogrodami na dachach.
- To są te nasze tęsknoty za naturą w miastach zabudowanych blokami do ostatniego skrawka zieleni. Ja się nie waham – zapewnia pani Anna - o te marzenia powalczyć.
Przy podpisywaniu umów notarialnych często posuwa się nawet do tego, że namawia nowych lokatorów, żeby sadzili określony rodzaj kwiatów na tych swoich coraz większych tarasach, a nie wieszali majtki (jak Włosi).
Ubolewa, że wciąż tak goło jest na Cegielnianej, zaprojektowanej minimalistycznie, z szarą, cementową elewacją. – Osiedle żyje, gdy są kwiaty! Kwiaty łagodzą surowość tynków. Taki był zamysł i od niego nie odstąpię – zapowiada całkiem serio - Jestem gotowa nawet rozdawać sadzonki. Koledzy z branży śmieją się ze mnie: „Oho, Ania znów walczy o kwiatki!”. A ja im odpowiadam: „Też!”. Walczę o jakość. Ja nie buduję na ilość.
Przy realizacji projektu zainspirowanego książką Franciszka Kotuli „Tamten Rzeszów”, a więc solidne stare (nowe) budownictwo: cegła klinkierowa i skandynawskie drewno, elementem ocieplającym wizerunek musi(!) być odpowiednio dobrana zieleń. – Przecież palm tam nie nasadzę. To ma być sielski – wiejski, trochę angielski klimat. Żeby mieć pewność co najlepiej tam posadzić, i mieć wyobrażenie jaka będzie ta zieleń, gdy urośnie, współpracuję z architektem zieleni. A ktoś mi powie – fanaberia!
Brak wyboru też jest wyborem. Wygodnym - zwalnia od myślenia, od starania się. To było, zdaniem pani Anny, jedną z przyczyn bylejakości peerelowskiej mieszkaniówki. - Ja szukałam zawsze rozwiązań dobrych. Nie poprzestawałam na tanich. Ale to wymaga wysiłku. Za to jaka frajda! Dziś na rynku budowlanym jest dosłownie wszystko, ale nie dostaje się mieszkania „na przydział” za 10 procent wartości, tylko trzeba je kupić za 100 procent wartości zaciągając często kredyt, dlatego ja nie mogę odstąpić od zasady, którą się kierowałam zawsze: buduję jak dla siebie, jakbym miała tam sama zamieszkać. Moje mieszkania nie potrzebują jeździć z reklamą na autobusach – sprzedają się często zanim zostaną wybudowane, podczas gdy są w Rzeszowie mieszkania, co stoją puste latami. Może to zabrzmi banalnie, ale... ja kocham tę moją pracę i jestem z niej dumna. Przesłodziłam? Nie przepraszam, bo tak faktycznie jest.
Prawda może jest banalna, ale wielu chciałoby móc ten „banał” powtórzyć. Zwłaszcza gdy poświęcają całe zawodowe życie jednej firmie.
Anna Ochalik –Pęcak należy do pokolenia, które miało możliwość realizować się zawodowo w ten sposób. Niektórzy mówią:„japońskie skrzywienie”, ale ono ma też polskie odniesienie w przysłowiu: „na miejscu to i kamień obrasta”. Jednak rozpoczynający teraz swoją karierę zawodową już raczej nie mają na to szans. Statystycznie cztery -pięć razy będą musieli zmienić zawód, ile razy zmienią miejsce pracy?
To nie są tylko pytania o gospodarkę, dokąd zmierza i dlaczego zmusza ludzi do migracji. To jest także kwestia traktowania pracowników jak opakowanie jednorazowego użytku, zaś naczelną zasadą jest brak zasad.
U „Geodetów” nie ma korporacyjnych umizgów tak modnych teraz nawet w małych firmach, nie ma wyjazdowej integracji na siłę, a pani prezes nie chodzi z asystentką na siłownię i nie każe sobie mówić: Aniu. – Jestem staroświecka – przyznaje. - Ale gdy muszę kogoś zwolnić (rzadko), długo to przeżywam, przed i po. Przygotowuję się do rozmowy, oczywiście w cztery oczy. Nieraz się dziwię, że tylko ja tak to przeżywam, bo po zwalnianej osobie spływa...
Kobieta w męskiej branży
Migracja za pracą. - To jest poważny problem firm wykonawczych, realizujących inwestycje, również moje. Ja wprawdzie tego bezpośrednio nie odczuwam, ale znam przypadki gdy skrzykuje się cała brygada i nagle, z dnia na dzień wszyscy wyjeżdżają zagranicę na umówioną budowę. Niektóre rzeszowskie firmy prowadzą budowy także zagranicą i ich pracownicy pracują rotacyjnie – trochę tam, żeby lepiej zarobić, trochę tutaj, a potem znowu jadą. To doraźnie ratuje sytuację, ale problem pozostaje. Mimo tych kłopotów, terminy realizacji robót, a także jakość – co dla mnie najważniejsze - są zachowane. Jest dużo dobrych firm budowlanych w Rzeszowie i dużo dobrych rzemieślników, chociaż się mówi, że to najlepsi uciekają. I nawet nie miałam pojęcia, że spotkam tylu dżentelmenów na budowach...
To jest uwaga a propos obiegowych opinii o ludziach z branży. Pani Anna uważa, że z powierzchownymi uproszczeniami nie ma sensu polemizować. Trzeba je zaakceptować, albo samej szukać głębiej jak faktycznie jest. Odcedzając fakty od mitów: branża budowlana nie jest jakimś wyjątkiem z piekła rodem, owszem to jest męski fach, ale – po pierwsze – wcale nie znaczy, że zarządzanie ma być tu być zarezerwowane wyłącznie dla mężczyzn, a po drugie dogadać się można, jak wszędzie, płeć nie ma tu nic do rzeczy. Liczą się kompetencje.
Studiowała na SGPiS (dzisiejsza Szkoła Główna Handlowa) ekonomię i spółdzielczość. Ma technikum budowlane, trzy dekady na budowach - doświadczenie nie zza biurka. -Moi wykonawcy wiedzą, że ja wiem, o czym mówię. Wiedzą też, że jeśli mówię „nie”, to oznacza, że jest to decyzja. Decyzja gruntownie przemyślana. Więc nie będę udawać, że nie sprawia mi frajdy, gdy uczestniczę w Radzie Budowy (w myśl zasady: pańskie oko konia tuczy), a tam są sami mężczyźni – inżynierowie, ale to ja podejmuję decyzje. Porozumiewamy się - zapewniam – bez używania mocnych słów. Znam siłę swoich argumentów. Krzyczą słabi. „Mów ciszej”, „Nie tym tonem” – to mi wpajała moja mamcia, gdy byłam dzieckiem. Zwyczajna kindersztuba.
Takie pojęcie jak savoir vivre w biznesie wtedy jeszcze nie istniało, a przyszłe bizneswoman bawiły się co najwyżej w sklep na podwórku. Mała Ania też (?)
Prawdziwa babka z jajkami
Ujmując rzecz statystycznie, znalazła się w biznesie... z powodu bezdomności.
- Nie miałam mieszkania – opowiada. – Lata osiemdziesiąte dawały wybór: albo czekasz w kolejce w spółdzielni co najmniej 10 lat, chyba że jesteś VIP-em, masz wielodzietną rodzinę – to krócej, albo bierzesz sprawy w swoje ręce. Ówczesne przepisy pozwalały, żeby założyć spółdzielnię mieszkaniową jeśli skrzyknie się 10 osób, więc założyłam spółdzielnię z kolegami z Wojewódzkiego Biura Geodezji i Terenów Rolnych, stąd w nazwie geodeci a nie krasnoludki. Zostałam prezesem, wybudowałam sobie mieszkanie, a że poszło dobrze, to budowałam dalej...
Więc jeśli chodzi o możliwość zrobienia kariery, to swoje miejsce pracy pani prezes stworzyła sobie sama. Nie czekała, że ktoś jej zaproponuje, poda na tacy.
- Bądźmy szczere - kobiety i stanowiska to ciągle jeszcze u nas na Podkarpaciu antonimy. A wtedy?! W tamtych czasach kobiety dopiero zaczynały się wciskać do świata biznesu. Nikt nas tam specjalnie nie oczekiwał ani nie zapraszał, z powodu chociażby naszego lepszego przygotowania zawodowego oraz predyspozycji, których mężczyznom - szefom po prostu brakuje. Znam wielu miernych dyrektorów, którzy w tamtym czasie, gdy ja zaczynałam, byli dyrektorami, i są nadal.
Kobiet jest wciąż mało, jej zdaniem, wśród kadry zarządzającej w biznesie z wielu przyczyn. - Pierwsza przeszkoda – wychowanie; dziewczyńskie role wpajane od maleńkości córkom. I analogicznie - role stricte męskie chłopcom. Żadnych odstępstw, ten archaiczny podział wciąż funkcjonuje przy społecznej akceptacji w kolejnych pokoleniach. Druga – nie mamy tupetu, jesteśmy nieśmiałe, zbyt koncyliacyjne. Trzecia – brak nam wiary w siebie. Tymczasem to kobiety są lepiej wykształcone, bardziej pracowite i dokładne. Są uczuciowe – to może być wada. Ja mam „męski” charakter – przyznaje pani Anna i wyjaśnia co to znaczy: - Nie jestem zbyt drobiazgowa. Trzeba widzieć szerzej, obejmować całość problemu, a nie skupiać się na jakimś jednym szczególe. To przeszkadza w dobrym zarządzaniu.
Moja najmocniejsza cecha: jestem doskonałą organizatorką. Czego nie można często powiedzieć o mężczyznach – szefach. (śmiech) W tym stwierdzeniu nie ma uszczypliwości, po prostu – koń jaki jest, każdy widzi, prawda?
„Pani prezes to jest prawdziwa babka z jajkami” – mówi o Annie Ochalik-Pęcak stary rzeszowski dekarz.
(...)
Więcej w Numerze 6(20)VIP Biznes&Styl, listopad-grudzień 2011









