Portret we dwoje

 

Bogumiła i Marian Burdowie

 

Dobrze się czujemy wśród obrazów

 

Weekend w połowie stycznia, następny po naszym spotkaniu, państwo Bogumiła i Marian Burdowie z Rzeszowa mieli spędzić w Budapeszcie. Na wystawie najlepszych malarskich portretów renesansowych z całej Europy w tamtejszym Muzeum Narodowym (z Polski pojechała tam „Dama z łasiczką”). Informację o wystawie przeczytali w „Rzeczpospolitej”. Decyzja była szybka i oczywista: jedziemy!

Tekst Jaromir Kwiatkowski

Fotografie Tadeusz Poźniak

 

     Pan Marian jest elektrykiem, prezesem rzeszowskiego „Elektromontażu”. Pani Bogumiła, prawniczką, szefuje tutejszemu Sądowi Apelacyjnemu. Od lat przemierzają Polskę i Europę, odwiedzając muzea i galerie sztuki. Zwłaszcza malarstwa.

     Są małżeństwem od 36 lat. Poznali się w Urzędzie Powiatowym w Łańcucie, gdzie wówczas pracowała pani Bogumiła. Jej przyszły mąż projektował wtedy oświetlenie ulic w tym mieście. Pojawił się w urzędzie, bo potrzebne były jakieś uzgodnienia. - Sekretarka naczelnika była na urlopie, ja ją zastępowałam – opowiada pani Bogumiła. -Chwilę rozmawialiśmy. Kiedy po dwóch tygodniach przyszedł po raz drugi, umówiliśmy się na kawę. Bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że chyba nam będzie razem dobrze. Poznaliśmy się w lipcu, a w kwietniu następnego roku wzięliśmy ślub.

     Zamiłowanie do sztuki oboje wynieśli z domów rodzinnych. - U mnie zaczęło się od książek – wspomina pani Bogumiła. - Mój dom był skromny, ale zawsze panował w nim kult czytania. Mama zaczęła mi podsuwać najrozmaitsze książki, w tym o malarzach. Pamiętam, jakim przeżyciem było dla mnie przeczytanie „Udręki i ekstazy” Irvinga Stone’a. Pomyślałam sobie wtedy, że bardzo chciałabym zobaczyć „Pietę” Michała Anioła, Kaplicę Sykstyńską i kilka innych jego dzieł. Zaczęłam też marzyć, bym mogła kiedyś na żywo zobaczyć to malarstwo, o którym czytałam.

     - Moja mama była architektem, pochodziła z tzw. dobrego domu, otrzymała staranne wychowanie – dopowiada pan Marian. - Zmarła, gdy miałem 15 lat, ale zdążyła przekazać mi miłość do sztuki. Gdy miałem 10 lat, już wiedziałem, że nie podoba mi się Matejko, byłem natomiast zachwycony Michałowskim. To tłumaczy moje późniejsze opinie, że te wszystkie obrazy, na których „wszystko widać”, to nie są obrazy.

     Wycieczki do muzeów i galerii pan Marian odbywał jeszcze w czasach studenckich. Pierwszą dużą, sławną galerią, którą odwiedził (w 1970 r.) było hiszpańskie Prado. Później D’Orsay, chyba najbardziej ukochane jego muzeum.

     Pani Bogumiła zaczęła realizować swoje marzenia dopiero z mężem. – Ma nade mną tę przewagę, że już wcześniej poznał kawał Europy – śmieje się.

     Pierwszy wspólny wypad to była Praga. (Bogumiła Burda: - Cudowne miasto, do zakochania). Później Wiedeń. I kolejne miasta, kolejne muzea i galerie.

- Na początku to były ogromne wyprawy – wspomina pani Bogumiła. - Większość tych muzeów zwiedzaliśmy mieszkając na campingach i rozbijając namiot, który ważył 27 kg, a nasz polonez wzbudził sensację na granicy francusko-hiszpańskiej.

 

...

Więcej  w VIP Biznes&Styl Numer 1(9) Styczeń-Luty 2010

 

 

Galeria zdjęć