PORTRET WE DWOJE

 

Obywatele sześciu kontynentów

Maria i Ryszard Korczowscy

 

 

          

Zwiedzili kilkadziesiąt krajów na sześciu kontynentach. Wszystkich z wyjątkiem Antarktydy. I… Nie przeszkadza im to docenić piękno polskich krajobrazów. Także tych na Podkarpaciu.

Tekst Jaromir Kwiatkowski

             Fotografie Tadeusz Poźniak

 

 

Maria i Ryszard Korczowscy mocno wpisali się w rzeszowski pejzaż. Profesor jest znanym pediatrą, do Rzeszowa przyjechał w 1965 r. z Kliniki Dziecięcej w Zabrzu. Jego żona zasiada w Radzie Miasta. Oboje już po „70”, ale energii i radości życia mógłby im pozazdrościć niejeden młody człowiek. Ich pasją od prawie 50 lat są podróże. Po Polsce, a zwłaszcza po świecie.

Początki, jak podkreślają, były trudne, ale wspaniałe.

W pierwszą zagraniczną wyprawę wyjechali w 1962 r., moskwiczem 407, na Węgry.

Trasa była typowa: Miskolc, Balaton, Budapeszt... -  Kiedy weszliśmy do csardy (to rodzaj tamtejszego pubu) i podano nam czerwone wino, poczuliśmy się jak wolni ludzie, obywatele świata - śmieją się.

Tym moskwiczem podróżowali jeszcze do Jugosławii i Norwegii. Ryszard Korczowski: - Służył nam jako środek lokomocji i równocześnie sypialnia. Dopóki nie mieliśmy dzieci, rozkładaliśmy siedzenia i sypialiśmy tu i ówdzie, by było taniej.

- Ten moskwicz to nie był cud techniki, ale nas rozpierała  duma, że w ogóle mamy samochód - dopowiada żona.

W ciągu roku starali się oszczędzać pieniądze na książeczce walutowej, by na następne wakacje znów gdzieś pojechać. Na wyjazdy starali się brać jak najmniej pieniędzy. Ładowali do samochodu makarony, kasze, ryże, konserwy.

            Kiedy mieli już synów, podróżowali z namiotem. Zmienili też moskwicza na fiata 125p. - Kiedyś wybraliśmy się do RFN - opowiada pani Maria. - Tam nasz fiat miał kłopoty z rurą wydechową, Musieliśmy skrócić trasę. O dziwo, Niemcy stawali i pytali, co się stało i jak mogą pomóc. Witali nas z sympatią i… lekkim zdziwieniem, że nas wypuszczono z Polski i że dojechaliśmy takim samochodem.

            Korczowscy zwiedzili prawie cały obóz krajów demokracji ludowej. Z Kubą i Koreą Północną włącznie. Początkowo, zwłaszcza do „demoludów”, podróżowali na własną rękę. Później, już na Zachód, tylko na zorganizowane wycieczki.

Maria Korczowska: Dziś wystarczy mieć pieniądze i świat stoi otworem. Ale nie ma takiej radości, takich emocji, jak wtedy.

Zgodnie podkreślają, że gdy wybierają cel podróży na kolejny rok, nie ma w tym żadnej systematyki. Marzyli, by zobaczyć Taj Mahal w Indiach. Zobaczyli. Pan profesor marzył o Wielkiej Rafie Koralowej. Zobaczył. Ale często o trasie decydował przypadek. Albo… korzystna promocja w jakimś biurze podróży.

Co ich pcha do zwiedzania coraz to nowych zakątków świata? Chęć zobaczenia miejsc, w których jeszcze nie byli? Na pewno. Ale nie tylko. Maria Korczowska: Kiedy jestem na lotnisku, w tłumie ludzi, i słyszę, że samoloty odlatują tu i tam, a ja mam polecieć jednym z nich, czuję się obywatelem świata. Czuję wspólnotę z tymi ludźmi.

Oboje zgodnie przyznają, że mają inne gusty podróżnicze. Pan profesor uwielbia przyrodę, zwierzęta, a mniej ceni zwiedzanie zabytków. Śmieje się wtedy: „znowu będziemy oglądać te kamienie?”. A  żona właśnie uwielbia oglądać „te kamienie”.  Podkreślają jednak, że to im wcale nie przeszkadza: jeżdżą zawsze razem i wspólnie zwiedzają.

Na profesorze największe wrażenie zrobiła Afryka. Może o niej opowiadać godzinami. - Oglądamy w telewizji, na kanale „National Geographic”, np. wędrówki antylop gnu. To wygląda jak bajka. I nagle człowiek znajduje się w środku tej bajki. Siedzi w toyocie i widzi przed sobą  tysiące wędrujących gnu, zebr, jakieś żyrafy. A przy drodze, w trawie, w odległości 5 metrów, siedzą trzy lwice i oblizują się. Jedziemy dalej, a tam w trawie leży para lwów. Podjeżdżamy na odległość 3-4 metrów. W tym momencie lwica się budzi, przeciąga, lew ziewa, „dosiada” ją i potem leżą brzuchami do góry. Trzy metry od nas dokonuje się akt seksualny lwów. Nie pozują, bo to nie cyrk. Lekceważą nas zupełnie, uważają za pasożytów, którzy tylko warczą i smrodzą samochodami.

Takich zapierających dech w piersiach widoków było więcej. Choćby 2 miliony flamingów na jeziorze Nakuru.

Pani Marii najbardziej podobała się Brazylia. Zarówno Rio de Janeiro z plażami Copacabana i Ipanema, jak i stolica kraju -Brasilia oraz Manaus - miasteczko, które powstało podczas boomu kauczukowego. Symbolem ówczesnych jego możliwości jest gmach opery, która została wybudowana specjalnie po to, by mógł w niej wystąpić słynny tenor Enrico Caruso. Niesamowite wrażenie robi miejsce, gdzie Rio Negro wpada do Amazonki.

Takie wyprawy to również możliwość obserwacji miejscowej ludności, kontaktu z tamtejszą kulturą.

 My jesteśmy chyba zbyt mało tolerancyjni wobec inności. Spoglądamy na innych jak na folklor - uważa pani Maria.

- Jeżeli obserwuje się np. Masajów, to trudno uwierzyć, że  to nie jest folklor, ale że ci ludzie tak żyją naprawdę - dopowiada mąż. - Zwiedzaliśmy wioskę masajską, gdzie oni żyją w domach, przy których kurna chata to piękny pałac. Chaty są z błota i łajna. W środku żyją kozy, a dwa metry dalej jest barłóg, gdzie ludzie dorośli śpią i płodzą dzieci. Gdy przyjeżdżają turyści, Masajowie montują jakiś zespół, ale na co dzień właśnie tak żyją, wypędzają krowy, odpędzają zebry i od czasu do czasu jakiegoś lwa.

Choć Korczowscy widzieli kawał świata, uważają, że Polska jest wspaniała. Mają wiele pięknych wspomnień z trzech wypraw szlakiem Sosnkowskiego, biegnącym od Ustronia w Beskidzie Śląskim do Wołosatego w Bieszczadach. Przeszli większą część tego 500-kilometrowego szlaku.

- Braliśmy mapę i wytyczaliśmy trasę - opowiadają. - Ważne było, żeby były na niej schroniska. Braliśmy plecaki, parę najpotrzebniejszych rzeczy, wygodne obuwie i autobusem lub pociągiem jechaliśmy np. do Zwardonia jako punktu startowego. Dalej szliśmy pieszo. Wybieraliśmy zawsze czerwiec, by nie było tłoku na szlakach. Zieleń, poziomki, zapach zboża… Kiedyś przybiegła do nas babinka i przyniosła jagodzianki, byśmy je kupili.

Mają dwie zasady. Pierwsza: wycieczki zagraniczne starają się bardzo intensywnie wykorzystać na zwiedzanie. Żadnego leżenia na plaży, opalania.

Szkoda im na to czasu i pieniędzy. Na taki bierny wypoczynek wykorzystują ośrodek „Jawor” nad Soliną, gdzie jeżdżą co roku.

Zasada druga: nie siedzieć w domu, tylko wziąć plecak i w drogę. Nawet na jeden dzień. - Bierzemy rodzinę i jedziemy np. na ścieżki ekologiczne koło Strzyżowa czy Trzciany - opowiadają. - Bierzemy do plecaka jakieś ciasteczka, wchodzimy gdzieś na kawę. Staramy się zwiedzać ciekawe miejsca także na Podkarpaciu.

Na ten rok planują dwie 8-dniowe wycieczki zagraniczne. Do Turcji i Emiratów Arabskich. Jeszcze tam nie byli. - O dziwo - mówi pan profesor, mając na myśli Turcję.

Marzenia? Pani Maria chciałaby zobaczyć Islandię. Mąż marzy, by polecieć do Vancouver w Kanadzie i na Alaskę. Tam, gdzie przypływają wieloryby. - Byłem już kiedyś w Kanadzie, w Quebecu, ale  przegapiłem okazję, by się tam wybrać. Obawiam się, że - ze względu na mój wiek i odległość - to mi się już nie uda.

Życzymy, by się udało. Wszak u każdego podróżnika kolejne wyprawy biorą się z marzeń…

    

VIP B&S Numer 4(5) Lipiec-Sierpień 2009

 

Galeria zdjęć