O Francuzce i Łemku z cerkwi w Morochowie

Ona; niewysoka brunetka, niepospolicie spokojna, paryżanka, absolwentka Sorbony bez cienia akcentu mówiąca po polsku. On jak na prawosławnego księdza przystało z solidną brodą, z więcej niż dużym poczuciem humoru i inteligencją, potomek Łemków z serca Łemkowszczyzny – Bartnego koło Gorlic. Spotkali się w Akademii Teologii Prawosławnej im. św. Sergiusza w Paryżu, pobrali w paryskiej cerkwi, zamieszkali w Morochowie, na wzgórzu, przy cerkwi, ledwie piętnaście kilometrów za Sanokiem.

Tekst Aneta Gieroń

Fotografie Tadeusz Poźniak

 Séverine Felenczak, bardziej swojsko Seweryna Felenczak od 15 lat z anielską cierpliwością znosi swoją rolę - największej „atrakcji” zamieszkującej we wsi Morochów, gdzie jej mąż Julian Felenczak jest proboszczem w prawosławnej parafii. Obydwoje ukochali cerkiew – tam się poznali, tam Seweryna odnalazła się jako człowiek, jest ich do końca życia.

- Dla mnie Sorbona, Paryż, to już przeszłość, zamknięty rozdział – opowiada Seweryna. – Na Sorbonie obroniłam magisterium z historii, ale od 15 lat mieszkam w Polsce, w Morochowie i tutaj jest moje miejsce na ziemi. Dla mnie najważniejsza jest bliskość cerkwi, a tę widzę codziennie z okien plebanii – naszego domu. Oczywiście, jestem Francuzką, ale tutaj jest mój dom i nie tęsknię za Paryżem. Chyba jestem stworzona do życia na prowincji, blisko i w zgodzie z naturą.

Historia Seweryny i Juliana jest opowieścią o tym, jak różnymi drogami można dochodzić do tego samego punktu – w ich przypadku do cerkwi. Ona, wychowana w mocno zlaicyzowanej Francji, nigdy nie miała większego kontaktu z Kościołem. On, z prawosławnej, łemkowskiej rodziny, od dziecka służył w cerkwi, jako nastolatek zdecydował, że wstąpi do seminarium i był pewny, że zostanie prawosławnym duchownym. Seweryna miała 16 lat, gdy po raz pierwszy weszła do prawosławnej cerkwi – zdecydował przypadek, znajomi jej rodziców zaprosili ich na Wielkanoc.

We Francji weszła do cerkwi i już jej nie opuściła

- To było coś wspaniałego – wspomina. - Pierwszy raz w życiu zobaczyłam, jaką radość dawały tym ludziom Święta Wielkanocne, byłam tym zachwycona. Rok później znów chciałam przeżyć Wielkanoc w prawosławnej cerkwi i odkryłam, że to miejsce jest mi potrzebne do życia, że dobrze się w nim czuję. Zaczęłam co niedzielę chodzić do francuskojęzycznej cerkwi pod Paryżem. Miałam osiemnaście lat, gdy przyjęłam bierzmowanie i stałam się członkiem Kościoła prawosławnego.

Rodzina, znajomi Seweryny, nie potrafili ukryć zdziwienia, zaskoczenia, próbowali dociec, co takiego Seweryna znalazła w cerkwi, że ta stał się dla niej taka ważna. W tamtym czasie Seweryna studiuje historię na Sorbonie, ale na piątym roku decyduje się na dodatkowe studia teologiczne w Akademii Teologii Prawosławnej im. św. Sergiusza. Rodzina jest już bardzo zaskoczona, ale młoda Francuzka tłumaczy, że musi lepiej poznać i zrozumieć prawosławie. W życiu podobno nie ma przypadków, Seweryna i Julian w Akademii pojawiają się w tym samym czasie.

- A niewiele brakowało i nigdy bym tam nie studiował – śmieje się ojciec Julian. Wychowany w Bartnem koło Gorlic, maturzysta po szkole rolniczej w Hańczowej, jako 20-latek wybiera Seminarium Wyższe w Jabłecznym koło Włodawy. Nadchodzi dla niego czas nauki i poznawania prawosławia w Rosji, na Ukrainie, w Grecji. W tamtym czasie Julian Felenczak poznaje ojca Warsonofiusza. Mnich namawia młodego Juliana do studiów w Paryżu.  Jest początek lat 90. do odważnych świat należy, młody student teologii postanawia spróbować. Wprawdzie w Polsce dostał się do Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie, ale co przeszkadza spróbować sił w Paryżu?

- Francuski okazuje się trudniejszy niż myślałem – wspomina ojciec Julian. – Na wakacjach kilka tygodni spędziłem w Paryżu, wkuwałem słówka od rana do nocy…, ale ciągle nie widziałem dla siebie tam miejsca. Zniechęcony wróciłem do Polski, ale Paryż mnie dręczył, namówiłem więc kolegę i razem kilka tygodni później pojechaliśmy do Akademii jeszcze raz, tym razem, by zostać na kolejnych 5 lat.

Młodzi klerycy z Polski pomagali w tamtejszej cerkwi, na szkołę zarabiali wyrabiając świece, no i przez pierwszy rok non stop uczyli się francuskiego.

- Od drugiego roku studiów w Paryżu czuliśmy się już tam bardzo dobrze – mówi proboszcz z Morochowa. – Powoli zbliżał się czas mojego wyświęcenia, a to oznaczało, że musiałem podjąć decyzję, czy chcę założyć rodzinę i mieć żonę, czy też zostać mnichem (bezżenność jest wyjątkiem dla prawosławnych duchownych – muszą wybrać życie zakonne lub w małżeństwie przed wyświęceniem). Znakomity nauczyciel, Olivier Clèment, teolog prawosławny, wykładowca m.in. teologii moralnej uświadomił mi, jakie mam powołanie. Dzięki niemu zrozumiałem, że skoro lubię pracować wśród ludzi, czyli mam być kapłanem w parafii, to jednak powinienem się ożenić.

(...)

Więcej w Numerze 2(16)VIP Biznes&Styl, marzec-kwiecień 2011 
 

Galeria zdjęć