W sporym procencie, to co wyszło spod mojego pióra, nie było spartaczone.
Nie starczyło talentu, żeby było lepsze.
Dziwny ten Sanok, prowincjonalny, ale z zamkiem królewskim, zaściankowy, a naznaczony Zdzisławem Beksińskim i Januszem Szuberem. – Horyzont mojego świata wyznaczają Góry Słonne – mówi Szuber. Horyzonty jego poezji zarysował Zbigniew Herbert, a napisał soczyście i obrazowo: (…) „ Tom ten ( „ Gorzkie prowincje”) czytany nocą po prostu mnie zachwycił. W czasie lektury Pana wierszy kość ma ogonowa drętwiała wielokrotnie. Niestety, mój drogi przyjacielu, jest Pan poetą i nic na to nie można poradzić. Składam wyrazy mego podziwu”.
Tekst Aneta Gieroń
Fotografie Tadeusz Poźniak
Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Wisława Szymborska, Stanisław Barańczak, obok Janusz Szuber. Jego nazwisko od kilkunastu lat przez krytyków i czytelników wymieniane jest wśród najlepszych polskich poetów współczesnych. On siebie samego nazywa rzemieślnikiem, który stara się, by jego rzemiosło było dobre. Pisanie poezji na poziomie drukowalności nie miałoby dla niego sensu.
- Może dlatego zanim wydałem pierwszy tom, 27 lat pisałem do szuflady – opowiada Szuber. Poeta od zawsze związany jest z Sanokiem, ale trudno nazwać to wyborem, bliższa prawda zamyka się w słowie konieczność. To było miejsce na ziemi jego rodziców i ich rodzin od kilku wieków związanych z okolicami Sanoka. Ziemiańsko – inteligencka przeszłość oraz niemiecko-ormiańsko-chorwacko-ruscy przodkowie wpisani w kulturę pogranicza określają tożsamość Szubera. On sam niekoniecznie widział się w roli sanoczanina. Po świetnie zdanej maturze w sanockim liceum, w tym samym, które kończył Zdzisław Beksiński, studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim były czymś prostym i oczywistym. Wspólnie z nim na roku byli: Antoni Libera, Magda Umer, Janusz Wiśniewski, Józef Kurylak. Czy czuł się prowincjuszem? Nonsens. Po wielu latach Antoni Libera w rozmowie dla „Nowych Książek” powie o Szuberze: … „Pamiętam go z tego okresu, jako kogoś, kto wszystko już przeczytał, a na pytania odpowiada pełnymi zdaniami. Zastanawiałem się wtedy, co Janusz właściwie robi w tej szkółce polonistycznej”.
W tamtym czasie Szuber publikuje swoje pierwsze wiersze, ma 20 lat i uznaje, że debiut można określić, jako niekompromitujący, ale bynajmniej nie wprawiający go w zachwyt.
- Absolutnie nie widziałem siebie w roli poety – wspomina Szuber. – Widząc osiągnięcia znakomitych autorów: Herberta, Miłosza, Szymborskiej, czułem kompleksy i miałem obawy, czy kiedykolwiek uda mi się wypracować własną, oryginalną „dykcję”. Oczywista wydawała mi się praca naukowa jako teoretyka literatury.
Choroba na trzecim roku studiów zmieniła wszystko. Gościec zaatakował Szubera z siłą tajfunu – tak określili to lekarze. Młodego chłopaka, z ułańską fantazją i kategorią wojskową „A” zamieniła w człowieka, który już zawsze będzie potrzebował pomocy drugiej osoby. Szuber nie kończy studiów, na stałe wraca do Sanoka, gdzie mieszkają rodzice.
- Co się czuje w takiej chwili? Można albo zgłupieć, albo popełnić samobójstwo. Mnie paradoksalnie uratował „brak wyobraźni” – odpowiada Szuber. – Dziś patrzę na to z perspektywy ponad sześćdziesięcioletniego człowieka, ale gdybym wtedy, jako dwudziestoletni chłopak miał tę wiedzę, którą mam dziś, nie wiem, jak umiałbym ułożyć sobie tę makabryczność w głowie, jaką jest zależność od drugiego człowieka do końca życia.
27 lat pisania do szuflady
Szuber nie lubi rozmów o chorobie, nie pisze o tym w wierszach. Na ponad 1000 opublikowanych dotychczas utworów, ledwie 5, może 8 dotyczy choroby. Po debiucie przez dłuższy czas ukrywał swoją sytuację, nie chciał być postrzegany jako „sierota boża”, jako poeta, który jak na niepełnosprawnego, pisze niezłą poezję. Przez 27 lat całymi dniami czytał, pisał, dotykał rzeczywistość, zwyczajnie żył, ale nie publikował. Pierwszy tomik „Paradne ubranko i inne wiersze” ukazał się w 1994 r. Może i tego tomu by nie było, gdyby nie namowy, konsekwencja i upór Grażyny Jarosz, kuzynki Janusza Szubera, doktor mikrobiologii z Oslo, która sfinansowała i pomogła przy zredagowaniu dwóch pierwszych tomów. W kolejnych latach ukazują się: „Apokryfy i epitafia sanockie” (1996), „Pan Dymiącego Zwierciadła” (1996), „Gorzkie prowincje” (1996), „Srebrnopióre ogrody” (1996). W tym samym roku Szuber otrzymuje Nagrody im. Barbary Sadowskiej i Kazimiery Iłłakowiczówny oraz zostaje członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Tomik „O chłopcu mieszającym powidła” z 1999 r. przynosi mu nagrodę główną Fundacji Kultury. Nagrodę odbiera osobiście, po prawie 30 latach znów jest w Warszawie, już nie jako dwudziestolatek, ale jako dojrzały mężczyzna i poeta. Tam słyszy oceny swojej poezji wystawione przez Miłosza, Herberta, Barańczaka. Środowisko literackie jakby od dawna na niego czekało, nazwisko Szubera trafia na listę najzdolniejszych poetów ostatniego półwiecza.
- To są chwile, w których człowiek wierzy, że to co robi, ma sens – mówi Szuber. – Skoro moja poezja została zaakceptowana przez osoby, które pozostają dla mnie autorytetami, to mogę przyjąć, że te wszystkie lata nie były latami zmarnowanymi. A przecież tak długo nie miałem pewności, czy pisanie ma sens. Do dziś absolutnej pewności nie mam.
Bo czym jest poezja? Na pewno nie pracą pożyteczną najbardziej z możliwych, raczej katalizatorem, który wyzwala w ludziach świadome człowieczeństwo. Poezja była i jest kulturą wysoką, czymś elitarnym, a jednak od wieków przez ludzi poszukiwanym. Może poezja najbliżej dotyka tego, co dobre i piękne? A może poezja jest przeżytkiem i odejdzie?
- Nie rozstrzygniemy tak postawionej tezy w jednej dyskusji – uważa Szuber. Nie ma jednak wątpliwości, że trudno byłoby mówić o fenomenie Wisławy Szymborskiej w kulturze masowej, gdyby nie Nagroda Nobla, jaką otrzymała. Bez niej byłaby genialną poetką, znaną wąskiej grupie ludzi. Podobnie rzecz się ma z Leszkiem Kołakowski. Nie widomo, czy jego fenomenalne „Mini wykłady o maxi sprawach” stałyby się powszechnie znane, gdyby nie upowszechnienie ich przez telewizję. Kiedyś tomiki poetyckie drukowane były w 5-10 tys. egzemplarzy, dziś sukcesem jest nakład liczący 1000 sztuk. Jeszcze niedawno bycie członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, PEN Clubu było rzeczą nobilitującą, dziś młodzi twórcy specjalnie o to nie zabiegają. Telewizja, Internet odmieniły artystę, człowieka, świat, także język.
„Pianie kogutów”, „Powiedzieć. Cokolwiek” – mówią wszystko
- Jestem realistą, podchodzę do tego ze spokojem, ale nie mogę udawać, że tego nie zauważam. Gdybym miał ocalić coś z rzeczy przeze mnie napisanych, na pewno byłyby to tomiki: „Pianie kogutów” (2008) i „Powiedzieć. Cokolwiek” (2011). W tym ostatnim spróbowałem wszystkich wypowiedzi poetyckich. Można powiedzieć, że „rozłożyłem swój kramik” mówiąc; to potrafię – wyznaje Szuber.
„Pianie kogutów” zachwyciło też Stanisława Barańczaka: … „Po raz pierwszy od lat czytam wiersze tak gęste i wypełnione konkretem” – ocenił. Czesław Miłosz był jeszcze bardziej dla Szubera łaskawy: „To arcydzieło” – powiedział o wierszu „Pianie kogutów” z tomu pod tym samym tytułem.
Pianie kogutów
Czesławowi Miłoszowi
Pianie kogutów na zamianę pogody:
Pod siną chmurą sine jądra śliwek
Z popielatym nalotem i lepką szczeliną –
Tam słodkie strupy brudnego bursztynu.
Język próbuje wygładzić chropowatość pestki
I lata mijają. A ona dalej rani podniebienie
Obiecując, że dotknę sedna – dna tamtego dnia
Kiedy koguty piały na zmianę pogody.
Szuber jest oszczędny w słowach, z żartobliwo-cynicznym dystansem do komplementów, może za bardzo jest świadomy, jak trudno o dobry wiersz, uniwersalny, ponadczasowy, ponad językowy.
- Zmieniają się konteksty, sytuacja ogólnokulturowa i samego języka. Od kilku lat w nasze życie zachłannie wdzierają się media elektroniczne narzucając pewien model wysławiania się, dlatego być może coraz częściej pewne wypowiedzi poetyckie stają się anachroniczne. Mój język też zmienia się nieustannie, bo nie miałoby sensu powielać tego, co było w tomiku 10 lat temu – twierdzi Szuber.
Tylko sam proces pisania niezmiennie od lat pozostaje ten sam: poeta, pióro i kartka papieru. Nie uderzanie w klawiaturę, ale proces stawiania znaków na papierze, daje ten moment spowolnienia, chwilę na zawahanie, zmianę, powrót, wykreślenie, dopisanie. U Szubera jest jeszcze melodyka wierszy – nieprzypadkowa. Każdy utwór jest przez poetę nagrywany na dyktafon, odsłuchiwany, poddawany korekcie. Czasem trwa to godziny, najczęściej tygodnie, bywa, że miesiące, zdarza się, że lata.
- Nigdy nie pisze się o sobie samym, ale pisze się sobą. Miałem niedawno bolesne przeżycie, zdawać się mogło z pogranicza dwóch światów, starałem się potem z tego coś napisać. Zapisałem cały zeszyt, ostatecznie został tytuł i cztery wersy:
Wzdłuż linii brzegowej
Wystarczy, że nieopatrznie wyrwę się z tym lub z tamtym,
zaraz służby specjalne wszczynają rutynowe działania wzdłuż
linii brzegowej mego lądolodu, barkami i karkiem forsując
piętrzące się przed nimi moreny dywanu.
Ale to co napisałem, osiąga taki stopień uogólnienia, że mogłem to wydrukować bez wstydu – mówi Szuber.
Choroba, która jest formą izolacji, prowincja, która skazuje na izolację, paradoksalnie nie wyizolowały Szubera-poety. Rówieśnik poetów „Nowej Fali”, na tej fali ich wyprzedził, bo ilu spośród nich może pochwalić się pięcioma monografiami swojej twórczości, licznymi pracami magisterskimi i doktorskimi na swój temat, wierszami publikowanymi w „The New Yorkerze”, tomikami tłumaczonymi na piętnaście języków? Nikt, albo nieliczni, jemu udało się w Sanoku stworzyć własny mikroświat, a świat chce to czytać.
Szuber, podobnie jak Miłosz czy Herbert, posługuje się naturalnym stylem wysokim, istotne jest dla niego antyczne dążenie do prostoty i jasności. Błędem byłoby jednak światopogląd poetycki Szubera redukować do klasycyzmu, zwłaszcza, że nie brakuje w nim elementów literatury postmodernistycznej, poeta miesza formę wysoką i niską. Szuber próbuje uchwycić ludzki mikrokosmos w idealnie zachowanych proporcjach, tyle tylko że ani rozum, ani słowo nie są w stanie uratować człowieka przed absurdami egzystencji. Człowiek od zawsze musi się z nimi mierzyć i od zawsze przegrywa. Tak jak przegrywa z czasem, choć ten zachowany w sanockiej kamienicy w Rynku pod numerem czternaście, chciałoby się zatrzymać na zawsze.
Tekst ukazał się w Numerze 4(18)VIP Biznes&Styl, lipiec-sierpień 2011









