Na Podkarpaciu zostawiamy serce
To był niesamowity zbieg okoliczności: dwójka fizyków zetknęła się na Rusinowej Polanie w Tatrach. Natychmiast znaleźli wspólny język. A fizyka pozostała ich wspólną pasją na całe życie. W 1998 r. przyjechali z Poznania do Rzeszowa, w którym miał powstać uniwersytet. Prof. Tadeusz Lulek był jego pierwszym rektorem. Miał niezawodne oparcie w żonie, prof. Barbarze Lulek. Po 12 latach żegnają się z Rzeszowem. Choć – jak zapewniają – nie do końca…
Tekst Jaromir Kwiatkowski
Fotografie Tadeusz Poźniak
Tadeusz Lulek pochodzi z Włodzimierza Wołyńskiego. W 1945 r., jako repatriant, trafił do Kępna w południowej Wielkopolsce. Miał wtedy 5 lat. – Moje młodsze siostry zachorowały, musieliśmy wysiąść w Kępnie i tam już zostaliśmy – wspomina. Żona Barbara pochodzi z Wielkopolski. Rodzina mamy wywodziła się z Poznania, a taty z okolic Kępna.
Przyszły profesor fizyki był zapalonym taternikiem, działał w Klubie Wysokogórskim. Zszedł całe Tatry polskie i słowackie. Ma na koncie pierwsze zimowe przejście Buczynowej Turni. To było w latach 70. – Jest to odnotowane w przewodniku Witolda Henryka Paryskiego „Tatry Wysokie” – mówi z dumą. - Nie była to trudna droga, ale kolega zauważył, że jeszcze nikt jej nie pokonywał zimą, więc zorganizowaliśmy tam wyprawę i udało się.
W Tatrach spotkał – jak mówi – swoją „lepszą połowę”. - Któregoś ranka budzę się na Rusinowej Polanie, a tu maszty od namiotu spadają mi na nos – opowiada. - Wyskakuję z namiotu, a tu jakaś młoda osóbka znika w góralskim szałasie .
To była właśnie jego przyszła małżonka. W gronie koleżanek i kolegów z zamiłowaniem jeździła w góry, a jej ulubionym miejscem była właśnie Rusinowa Polana, skąd widać piękną panoramę Tatr. Tę sytuację wspomina tak: Przy takim małym namiocie, „alpejce”, zauważyłam dwóch taterników. Jeden z nich bardzo mi się spodobał, to był oczywiście Tadeusz. Postanowiłam spłatać im figla. Spuściłam linki od namiotu i wtedy on mnie zauważył.
Szybko okazało się, że tą sytuacją rządzi znamienny zbieg okoliczności. On dwa lata wcześniej skończył studia z fizyki, ona akurat była po egzaminach wstępnych na… fizykę. Szybko znaleźli wspólny język.
Barbara Lulek: Pamiętam, że nasza pierwsza rozmowa zaczęła się od gwiazd. Potem była astrofizyka, a jak astrofizyka, to i fizyka. Mąż od początku zafascynował mnie urzekającym postrzeganiem świata, pełnym łagodności i skupienia. A widok z Rusinowej Polany był przepiękny, wydawało się, że gwiazdy wiszą tuż nad nami…
Dostała wtedy od młodego fizyka-taternika książkę „Zajmująca fizyka” Jakuba Perelmana. – Mam ją do dziś i bardzo sobie cenię jako najmilszą pamiątkę od Tadeusza - podkreśla.
Mówią, że dojrzewanie do tego, iż chcą spędzić razem resztę życia, było procesem naturalnym. - U męża spodobało mi się, że prowadził trochę spartański tryb życia, w którym jednak nadrzędna była nauka – podkreśla Barbara Lulek. – A ja po prostu stwierdziłem, że to moja „lepsza połowa” – dopowiada mąż. – Może cię uśmiechem oczarowałam? – uśmiecha się żona. A pan profesor chwilę się zastanawia i mówi: - Pewnie Bóg tak chciał.
Swoją karierę naukową związali z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Stamtąd wyjeżdżali na różne staże i stypendia, m.in. do Oxfordu, Moskwy, Calgary, Laboratorium Oersteda w Kopenhadze, czy uniwersytetów w Niemczech.
Tadeusz Lulek: Wspaniałą przygodą była Solidarność. W 1980 r. nagle się okazało, że można to i owo zrobić. Zaangażowałem się w ten ruch bardzo mocno, to było coś pięknego, co już nawet w wolnej Polsce nie bardzo się mogło powtórzyć.
Przewodniczył związkowi na Wydziale Fizyki UAM. - Jako związek Solidarność byliśmy gospodarzami uniwersytetu – wspomina. – Boleśnie odczuliśmy stan wojenny, ale nie zauważyliśmy, by nas to cokolwiek zmieniło – nie baliśmy się i nadal czuliśmy się wolni. Uniwersytet był w rękach Solidarności właściwie przez całe lata 80.
W 1998 r. profesorostwo Lulkowie przyjechali do Rzeszowa. Nie była to dla nich „terra incognita”. Barbara Lulek: - Przez dobrych 20 lat mąż współpracował z kolegami z ówczesnej WSP w Rzeszowie. Wiele osób przyjeżdżało stamtąd do nas do Poznania na seminaria, korzystało ze staży, uczestniczyło w grantach. Gdy rodziła się idea uniwersytetu, dostawaliśmy z Rzeszowa prośby, by wspomóc.
- W Poznaniu profesorów było coraz więcej, czułem, że mogę być bardziej potrzebny tam, gdzie brakuje kadry – dopowiada mąż.. - Pomyślałem też, że w Rzeszowie będę miał większe pole do popisu, jeżeli chodzi o pracę z młodymi naukowcami. Tatry dobrze znaliśmy, Bieszczady trochę mniej, na dodatek to miał być nowy uniwersytet. Poczułem, że to może być trafna decyzja. No i dałem się skusić.
Żona pomyślała, że ten wyjazd to duża niewiadoma, ale - jak mówi - gdzieś w głębi serca czuła, że skoro mąż urodził się we Włodzimierzu Wołyńskim, to czuje się on w obowiązku oddania części tego, co zyskał w Wielkopolsce, bliżej swoich rodzinnych stron. - Jadąc tutaj pomyślałam, że jadę do siebie.
Rozpoczęli pracę w rzeszowskiej WSP. Po roku prof. Lulek został prorektorem tej uczelni.
Uniwersytet Rzeszowski powstał w 2001 r. Jego bazę stanowiły WSP, Filia lubelskiego UMCS i Zamiejscowy Wydział Krakowskiej Akademii Rolniczej. Pan profesor został pierwszym rektorem. Miał świadomość, że uniwersytet to nie może być proste scalenie tych uczelni, lecz nowa jakość. – A ta powstaje wolno i chyba nie należy za bardzo się z tym spieszyć – podkreśla pierwszy rektor UR. - Ale też nie należy pobłażać złym rzeczom. Taką niezbyt dobrą rzeczą, którą zastałem dopiero tutaj, było to, że uniwersytet traktuje się jak przedłużenie szkoły. Inaczej mówiąc, że zwraca się uwagę tylko na dydaktykę, a nie na pracę naukową.
„Wiano”, które wniosły poszczególne części składowe uniwersytetu, nie było jednorodne.
Więcej w Numerze 5(13)VIP Biznes&Styl, wrzesień-październik 2010






