W Rzeszowie wszystko się zaczęło

Tu Justyna Steczkowska się urodziła, tu chodziła do liceum muzycznego. Tu przeżyła pierwszą prawdziwą miłość…


Tekst Jaromir Kwiatkowski

Kiedy miała trzy lata, zaśpiewała w domu „O sole mio” tak pięknie, że tato, znany dyrygent chórów, myślał, iż ta pieśń leci z radia. W połowie lat 90. r., w finale „Szansy na sukces”, wykonując „Boskie Buenos” Maanamu, końcową wokalizą wprawiła w osłupienie jury, z Niną Terentiew na czele. Od 15 lat idzie konsekwentnie artystyczną drogą, którą wytycza sama, nie oglądając się na nikogo.

Justyna Steczkowska przyszła na świat 2 sierpnia 1972 r. w Rzeszowie. Rodzina mieszkała wtedy przy ul. Broniewskiego 3 na Baranówce. W pierwszej klatce, na trzecim piętrze, pod „dziesiątką”. W tej samej klatce, na pierwszym piętrze, pod „szóstką”, mieszkała rodzina Zygów. Rodzice, jak to sąsiedzi, zaczęli z sobą rozmawiać. Później te kontakty przeszły w przyjaźń pomiędzy rodzinami. Zacieśnieniu kontaktów pomogło także to, że mamy – Danuta Steczkowska i Prakseda Zygo – pracowały razem nieopodal, w przedszkolu nr 12 przy ul. Rudnickiego, obok „ósemki”, podstawówki.

            Siostry Zygo – Barbara, Celina i Ewa - opiekowały się młodszym od nich rodzeństwem Steczkowskich. Barbara szczególnie upodobała sobie malutką Justynę. -  To była moja najukochańsza ciocia i do dziś tak zostało. Z tą różnicą, że dziś jestem dorosła, a Basię traktuję jak swoją najbliższą przyjaciółkę – mówi artystka.

            Z tamtych lat pamięta niewiele: piaskownicę i… Piotra, swoją pierwszą miłość. Miał jasne włosy. Ona miała wtedy 5 lat.      

Dwupokojowe mieszkanie szybko stało się za ciasne dla wielodzietnej rodziny. Steczkowscy przenieśli się więc na większe, na tym samym osiedlu, nieopodal sklepu „Merkury”. Nie przerwało to jednak przyjacielskich kontaktów obu rodzin.

            Steczkowscy wyjechali na muzyczną „pustynię”

Justyna powiedziała w jednym z wywiadów, że ma dobre, rodzinne geny. Przede wszystkim muzyczne. Ojciec Stanisław zakładał chóry w kilku miastach, m.in. w Rzeszowie i Stalowej Woli. Sprawił, że każde z dziewięciorga dzieci muzykowało od najmłodszych lat. Posyłał je do szkół muzycznych.

Kiedy do Steczkowskich przychodzili chórzyści, Agata, najstarsza siostra, akompaniowała im na pianinie, a malutka Justyna, która bez problemu mieściła się pod instrumentem, słuchała. Nauczyła się m.in. „O sole mio”, które kiedyś zaśpiewała. Miała wtedy 3 lata. Stanisław Steczkowski myślał, że to radio. Okazało się jednak, że radioodbiornik jest wyłączony. Justyna Steczkowska: - Akurat się golił, podszedł z żyletką i powiedział: „Justynko, to ty tak pięknie śpiewasz?”. Od tej pory śpiewałam tę piosenkę solo na każdym koncercie.

Gdy miała 6 lat, Steczkowscy przenieśli się do Stalowej Woli. - Tata nie był chętny do przeprowadzki. Mama bardziej nalegała, bo wreszcie mogła mieć swój kąt w domu. W końcu było nas dużo, a w Rzeszowie mieszkaliśmy w 3-pokojowym mieszkaniu – wspomina artystka. Stanisław Steczkowski obawiał się, czy w Stalowej Woli dzieci otrzymają gruntowne muzyczne wykształcenie. - Mama jednak nie dała za wygraną  i tata się zgodził. Przenieśliśmy się do wielkiego domu, który stał się domem prawdziwie rodzinnym.

Pan Stanisław dyrygował działającym przy tamtejszym MDK chórem „Cantus”, stworzył w Stalowej Woli szkołę chóralną, z jego inicjatywy powstała także orkiestra dęta. Według najstarszego syna – Jacka, lutnika, „przyjechał na muzyczną pustynię i orał na niej jednym koniem".

Wraz z żoną Danutą, muzykiem pedagogiem, założyli muzyczny zespół rodzinny, z którym koncertowali po całej Europie. Występowali też w telewizji podczas spotkań muzykujących rodzin – wtedy poznała ich cała Polska. Justyna Steczkowska: - Rodzice mocno pilnowali, żebyśmy pamiętali, że to, iż jeździmy po świecie koncertując, nie oznacza wcale, że jesteśmy lepsi niż inni.

Na stancji u cioci Mili

W późnych latach 80. Justyna wróciła do Rzeszowa. Rozpoczęła naukę w liceum w Zespole Szkół Muzycznych nr 1 przy ul. Szopena (koło filharmonii). Gry na skrzypcach uczył ją Stefan Ząbek, koncertmistrz orkiestry filharmonii (mieszka w Hiszpanii). – Ciężko wtedy pracowałam, grałam po 6 godzin dziennie na skrzypcach, zależało mi na tym, by mieć dobre wyniki. Poza tym bardzo lubiłam swojego profesora. Był prawdziwym pasjonatem skrzypiec i silną muzyczną osobowością – opowiada Steczkowska.

Nauczycielką gry na instrumencie dodatkowym, fortepianie, była Maria Gudel. - Cudowna osoba – mówi o swojej nauczycielce artystka. – Ale wiedziała, że pianistki że mnie nie zrobi (śmiech). Bardzo ją lubiłam. Byłam zafascynowana jej pięknymi, wielkimi oczami.

Justyna wraz z siostrą Krystyną mieszkały w tym czasie na stancji u cioci Mili, czyli Emilii Żychowskiej (zmarła przed rokiem), na ul. Piastów 9, pod „dwudziestką”. W tym samym wieżowcu mieszkał Piotr Kulawski. Justyna Steczkowska: - Piękny chłopak, z czarnymi włosami. Słuchał metalu. Gdy go zobaczyłam pierwszy raz, serce we mnie zamarło i biło dla niego przez rok. Później ożenił się ze wspaniałą, długowłosą  dziewczyną. Nawet śpiewałam na ich ślubie. Jakiś czas temu zaprosiłam ich na koncert. Razem z panią Kulawską, z którą zawsze lubiłam sobie pogadać.

(...)

Więcej w Numerze 6(14)VIP Biznes&Styl, listopad-grudzień 2010

 

Galeria zdjęć