Sędziszów Małopolski – niewielkie miasteczko pod Rzeszowem. 10 lat temu Ryszard Łęgiewicz stanął tutaj przed halą byłej fabryki mebli i uwierzył, że możliwe będzie w kilka lat stworzenie fabryki zatrudniającej setki osób oraz produkującej części do silników lotniczych. I nie pomylił się, nie przewidział tylko, że po 10 latach Hispano Suiza Polska - która jest częścią Hispano Suiza SA i Grupy Safran, światowego giganta w branży aerokosmicznej - zatrudniać będzie prawie 450 osób i produkować rocznie 200 tys. sztuk części wchodzących w skład silników lotniczych i ich obudowy.
Tekst Aneta Gieroń
Fotografie Tadeusz Poźniak
Można sobie zadać pytanie, czy historia z Łęgiewiczem w roli głównego bohatera Hispano Suiza Polska powinna w ogóle się zdarzyć? Raczej nie! Wystarczy cofnąć się 65 lat w przeszłość. Jest koniec drugiej wojny światowej, ojciec Ryszarda Łęgiewicza, żołnierz w armii generała Władysława Andresa walczy pod Monte Cassino, spotyka piękną dziewczynę, żeni się z Włoszką i osiada w Toskanii. Jednak nie Włochy, a Polska staje się przeznaczeniem dla młodego żołnierza i jego włoskiej żony.
- Żeby zrozumieć dlaczego ojciec wrócił do Polski, do Gubina trzeba pamiętać, jakim krajem były Włochy zaraz po drugiej wojnie – tłumaczy Ryszard Łęgiewicz. – To nie był obraz współczesnej Italii, ale bardzo biedny kraj, z którego ludzie masowo emigrowali za chlebem do Ameryki Północnej i Południowej. Ojciec zdecydował się na Polskę, bo przekonała go do tego matka. Ta po powrocie z Kazachstanu, ze skrajnej nędzy i życia w ziemiankach, trafiła do Gubina i ….. zobaczyła „raj na ziemi” – domki jednorodzinne, murowane, z wodą i wyposażeniem. Czego człowiek mógł chcieć więcej po zawieruchach wojny? Ojciec wrócił i … szybko pożałował, zamiast wolnej Polski czekał na niego Urząd Bezpieczeństwa.
Rodzina Łęgiewiczów z czasem wrosła w lubuskie, młoda Włoszka perfekcyjnie nauczyła się polskiego, ale nie zapomniała o śródziemnomorskiej tradycji - jej dzieci, mimo że wychowywane w Gubinie, dobrze mówiły po włosku.
- Jako młody człowiek świetnie znałem włoski, angielski i polski, jednak moja w tym zasługa niewielka, to był prezent od losu – mówi Łęgiewicz. - Włoski zawdzięczam mamie, polski ojcu, a angielski stryjowi, który po wojnie nie wrócił do Polski, ale na stałe osiadł w Wielkiej Brytanii.
Ciągle jednak z Gubina do Rzeszowa, Sędziszowa Małopolskiego bardzo daleko, zwłaszcza, że Ryszard Łęgiewicz na Politechnice Wrocławskiej studiował na wydziale mechaniczno-energetycznym, a po studiach znakomicie czuł się w roli młodego naukowca.
- W czasie studiów dorabiałem tłumaczeniami technicznymi z języka włoskiego i angielskiego, to był dobry czas na wyszlifowanie obu tych języków, ale siebie jakoś nie widziałem w przemyśle, byłem pewny, że życie zawodowe spędzę na uczelni – opowiada. Wszystko też wskazywało na to, że będzie to Dolny Śląsk, a nie Podkarpacie. Plany się zmieniły, gdy żoną Ryszarda Łęgiewicza została studentka medycyny pochodząca z Rzeszowa.
- Żona nalegała, aby wrócić na Podkarpacie i chociaż wówczas nie wiedziałem nic o tym regionie i Rzeszowie, pomysł wydał mi się dobry – śmieje się Łęgiewicz i jakby uprzedzając kolejne pytania, wspomina, że to był zupełnie inny Rzeszów niż ten obecny. – Nie, nie przeraził mnie, ale był dużo mniej atrakcyjny od współczesnego. Po Wrocławiu, to był inny świat, jednak nie pomyślałem, że Rzeszów będzie dla mnie przekleństwem. Od zawsze dużo podróżuję, więc nie czułem się wyrzucony na prowincję, w dodatku zachwyciły mnie Bieszczady, przyroda, spokój.
Z Wrocławia do Rzeszowa, z uczelni do przemysłu
Łęgiewicz jechał do Rzeszowa i pracy na Politechnice Rzeszowskiej, na miejscu okazało się, że etatu dla niego nie ma. I może dobrze się stało, bo Łęgiewicz trafił do WSK Rzeszów, do biura konstrukcyjnego, a tu po kilku miesiącach zrozumiał, że jednak nie kariera naukowa, ale ta w przemyśle fascynuje go najbardziej. W rzeszowskiej WSK-a przeszedł wszystkie szczeble kariery, po 1989 r. szybko awansował ze specjalisty konstruktora na dyrektora ds. rozwoju, potem członka zarządu rzeszowskiej WSK-a. Dobra znajomość włoskiego, angielskiego i rosyjskiego okazała się bezcenna po tym, jak Polska z kraju socjalistycznego musiała się przestawić na kapitalistyczne tory.
Czas spędzony w WSK PZL-Rzeszów okazał się cenny z kilku powodów. Po pierwsze wiedza, doświadczenie i kontakty w branży lotniczej tam zdobyte, złożyły się na propozycję życia, jaką w 2001 r. Łęgiewicz dostał od Francuzów, którzy zaproponowali mu stworzenie fabryki z częściami do silników lotniczych w Sędziszowie Małopolskim. Po drugie czas Łęgiewicza w rzeszowskiej WSK-a, to był też czas Marka Dareckiego i Marka Bujnego. Być może bez tamtych znajomości w 2004 roku nigdy nie powstałoby stowarzyszenie „Dolina Lotnicza”, które skupia obecnie prawie 80 firm i jest magnesem ściągającym na Podkarpacie kolejnych dużych inwestorów z branży lotniczej. A to nie jedyne wspólne elementy w życiorysie trzech panów. Dziś Marek Darecki jest prezesem WSK Rzeszów i prezesem „Doliny Lotniczej”. Marek Bujny założycielem i wiceprezesem „Ultratechu” oraz wiceprezesem stworzenia, podobnie jak Ryszard Łęgiewicz, który także jest wiceprezesem „Doliny Lotniczej” i od 10 lat prezesem Hispano Suiza Polska. Co ciekawe, zawodowe rewolucje w życiu Dareckiego, Bujnego i Łęgiewicza odbywały się w podobnym czasie. W 2002 r. prezesem WSK Rzeszów zostaje Marek Darecki, który cztery lat wcześniej z tą fabryką się rozstał i w latach 1988-2002 był szefem Goodrich Krosno. Rok 2001 jest wyjątkowy dla Ryszarda Łęgiewicza, który staje przed wyzwaniem zbudowania dużej fabryki w ramach światowego giganta w branży aerokosmicznej, zaś Marek Bujny podejmuje ryzyko i w tym samym roku zakłada ze wspólnikami „Ultratech”. Jeśli można mówić o przypadkach, to w kontekście tych konkretnych osób, tylko szczęśliwych. I pomyśleć, że Marek Bujny zanim zdecydował się na elektronikę w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie wcześniej bardzo poważnie rozważał studiowanie historii sztuki, zaś Ryszard Łęgiewicz w czasach studenckich był zapalonym gitarzystą z długimi włosami, co dziś wspomina z rozbrajającym uśmiechem przywołując historię Andrzeja Olechowskiego, byłego ministra finansów i spraw zagranicznych, który w młodości też był zapalonym organizatorem muzycznych imprez i koncertów.
- Dobry słuch muzyczny jest bezcenny – żartuje Łęgiewicz. - Ułatwia naukę języków obcych i wsłuchanie się w głos pracowników.
(...)
Więcej w Numerze 5(19)VIP Biznes&Styl, wrzesień-październik 2011








