Od ikony do Łagiewnik
W dolnym kościele Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie-Łagiewnikach powstały kaplice fundowane przez różne narody. „To uniwersalne przesłanie pokazujące iż Miłosierdzie Boże ogarnia cały świat” – wyjaśnia ks. dyrektor Aleksander Wójtowicz. Centralna kaplica poświęcona św. Siostrze Faustynie jest darem kościoła włoskiego, ta pod wezwaniem Matki Boskiej Bolesnej – kościoła słowackiego, zaś kaplicę Krzyża Świętego przygotowuje kościół niemiecki. W roku 2007 ks. Kardynał Lubomyr Huzar zwierzchnik kościoła greckokatolickiego przejął opiekę nad kaplicą ufundowaną przez ks. Arcybiskupa Jana Martyniaka. Ikonostas jest dziełem prof. Lubomyra Medwidia ze Lwowa. Malowidła ścienne zamówiono u artystów z naszego regionu: Timoura Karima oraz Małgorzaty Dawidiuk z Przemyśla. Oboje znani są ze swych wcześniejszych realizacji: T. Karim tworzy monumentalne polichromie cerkiewne, M. Dawidiuk uduchowione ikony oraz ikonostasy.
Tekst Antoni Adamski
Fotografie Tadeusz Poźniak
Prace trwały od lutego 2009 do maja br. Powstały trzy interesujące malowidła, tym trudniejsze do wykonania iż malarstwo cerkiewne – po dziesięcioleciach zniszczeń i prześladowań – dopiero się odradza. Ich program ikonograficzny opracowali: ks. Arcybiskup Jan Martyniak metropolita kościoła greckokatolickiego w Polsce oraz Jarosław Giemza, kierownik działu ikon łańcuckiej składnicy ikon. W kompozycji przedstawiającej Ukraiński Kościół Greckokatolicki króluje kijowski wizerunek Matki Boskiej Peczerskiej w otoczeniu pięćdziesięciu świętych: od Cyryla i Metodego przez unitów, którzy ponieśli śmierć w walce z caratem męczenników w XIX stuleciu (13. męczenników z Pratulina) po tych, którzy stali się ofiarą prześladowań w ZSRR. Pełne dostojeństwa, wydłużone postacie stoją nieruchomo obok siebie. Głowy otoczone zostały nimbami, które zlewają się w jednolite złote tło pełne blasku – symbol bożej obecności. Mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów kaplicy postacie są monumentalne. Malowidło łatwo można sobie wyobrazić w tradycyjnej cerkwi. Łączy w sobie bowiem dwie rzeczywistości: ziemską i niebiańską.
Druga scena przedstawia Chrzest Rusi Kijowskiej z królującym Chrystusem Pantokratorem, apostołami Piotrem i Pawłem, świętymi: Wielkim Księciem Włodzimierzem i Księżną Olgą – jego babką, którzy przyjęli chrzest. Scena tej uroczystości stylizowana jest na średniowieczną miniaturę. To przedstawienie historyczne łączy się ze współczesnością poprzez wizerunki Sług Bożych: Andrzeja Szeptyckiego i jego następcy Josyfa Slipego - metropolitów halickich i arcybiskupów lwowskich oraz Papieża Jana Pawła II. Łączność kościoła obrządków: wschodniego i zachodniego symbolizują sylwety cerkwi Św. Jura we Lwowie oraz bazyliki watykańskiej. Nad wejściem do kaplicy widnieje popularny w Bizancjum i na Rusi Mandylion: wizerunek twarzy Chrystusa.
- Odwiedzał nas kilkakrotnie kardynał Dziwisz, który przyjął fundację kościoła greckokatolickiego, oraz duchowni z całego świata: od biskupów Wersalu i Kolonii na dostojnikach kościelnych z Filipin i Bali – wspomina Małgorzata Dawidiuk.
Droga do ikony
Małgorzata urodziła się w Wisznicach na Podlasiu. Mała miejscowość położona między Białą Podlaską a Włodawą znana jest z pamiątek historycznych. Stara cerkiew stała zamknięta od zakończenia wojny.
- Oglądałam wnętrze przez dziurkę od klucza. Nie przypuszczałam, że sztuka cerkiewna będzie dla mnie miała jakieś znaczenie – podkreśla Małgorzata, która po ukończeniu Liceum Plastycznego w Nałęczowie dostała stypendium na studia artystyczne w Sankt Petersburgu. Tam poznała Timoura.
Timour Karim pochodzi z bogatej rodziny kazańskich Tatarów, która przed wojną przeniosła się do Tadżykistanu – republiki zapóźnionej w budowie socjalizmu. Do lat 30-tych działała tam partyzantka. Timour urodził się w Duszanbe i tam ukończył średnią szkołę artystyczną. Uczył się tradycyjnego rzemiosła dekoracyjnego. Później rozpoczął studia w petersburskiej Akademii.
Pierwsze lata studiów były dla Małgorzaty bardzo trudne. W Polsce już w liceum wychowywano „artystów”, a tam kształcono rzemieślników. Największy nacisk kładziono na znajomość anatomii. Bez końca malowano akty, martwe natury, gipsy.
- Studia nauczyły mnie wielkiej pokory i dużej pracowitości. W połowie moich studiów, w czasach pierestrojki powstała na Akademii Pracownia Sztuki Sakralnej – opowiada Małgorzata – To był prawdziwy przełom. Zapisywali się do niej cudzoziemcy: Polacy, Greczynka, Kanadyjczyk, Japończyk i Francuzka. Sztuka cerkiewna była dla nich egzotyczna, podczas gdy Rosjanie zastanawiali się na co to komu potrzebne. W Pracowni wykładowcami byli zasłużeni profesorowie, w tym także dawni komuniści oraz Natasza Bogdanowa, córka popa. Od niej nauczyłam się najwięcej. Przede wszystkim tego, że ikony nie maluje się, lecz pisze. Potrzebna jest do tego świadomość i łaska – dar Ducha Świętego. Aby powstała harmonia w ikonie malarz potrzebuje harmonii wewnętrznej. Pierwszą ikonę: wizerunek Matki Boskiej wykonał św. Łukasz.
W roku 1994 Małgorzata Dawidiuk otrzymała dyplom ukończenia studiów. Po studiach oboje przyjechali do Białej Podlaskiej, a stamtąd przenieśli się do Warszawy. W stolicy Małgorzata Dawidiuk dostała zlecenia konserwatorskie ze składnicy ikon Muzeum – Zamku w Łańcucie. Konserwowała ikony dla cerkwi w Chotyńcu, Młynach koło Radymna, Krempnej, Kowalówce, Brzeżawie, Przemyślu.
- Przez siedem lat od pierwszego kontaktu ze sztuką cerkiewną nie napisałam ani jednej ikony. Wykonywałam tylko konserwatorskie kopie. Nie czułam się psychicznie przygotowana do tej pracy – mówi – Pierwsze zlecenia przyszły niespodziewanie. Były to poważne zamówienia: cztery ikony dla petersburskiej cerkwi, dla katedry greckokatolickiej i cerkwi prawosławnej w Przemyślu i dla cerkwi w Olsztynie, na Słowacji, Koszalinie, Zamienicach koło Legnicy.
- Ikona jest zazdrosna. Nie pozwala na rozproszenie się, na tworzenie dwóch przedstawień naraz. Chyba, że są to rzeczy pokrewne np. dwa wizerunki Chrystusa. Deska, na której miałam namalować Mandylion czekała na mnie dwa lata. Nie czułam się przygotowana do tej pracy. Nagle, niespodziewanie przyszła ta chwila, gdy mogłam ją wykonać. Siedziałam w pracowni przez trzy dni. To ogromne przeżycie duchowe, którego nie umiem zrozumieć ani opisać. Czuję, że malując emanuję z siebie dobrą energię.
Egzotyczny Przemyśl
Timour Karim mówi, że najtrudniejsze jest wykonanie portretu. Można pomylić się o jeden milimetr i już namalowana twarz niepodobna jest do modela.
Na studiach malowali czaszki, później kości pokryte mięśniami (to ich układ pokazuje cechy charakterystyczne modela), zaś dopiero na końcu – skórą. Mając te umiejętności artysta decyduje co dla portretowanej postaci jest ważne, a co należy pominąć.
- Czasem posługuję się fotografią. Rzecz w tym by jej nie kopiować, lecz pokazać więcej lub mniej niż na niej oglądamy.
Przykładem jest portret ks. kardynała Lubomyra Huzara, głowy Kościoła Greckokatolickiego. Ze zdjęcia Timour Karim skopiował tylko ubiór duchownego. Aby stworzyć jego portret psychologiczny musiał posłużyć się intuicją. Korzystał z rad księży, którzy dobrze go znają.
- Ks. Kardynał Lubomir Huzar nie lubi swoich wizerunków. Ten zaakceptował. Wisi w jego rezydencji przy cerkwi Św. Jura we Lwowie – mówi malarz.
Nie lubił płaskich jak stół krajobrazów Rosji i Mazowsza. Po latach ze zdziwieniem stwierdził, że nie namalował tam ani jednego pejzażu. Gdy po raz pierwszy przyjechali do Przemyśla zdecydowali, że tu chcą zamieszkać. W pracowni Timoura pojawiły się dziesiątki galicyjskich pejzaży. Wszystko go tu fascynuje: krajobrazy, zabytki, ludzie.
- Kilkakrotnie przedstawiałem Święto Jordanu: w Przemyślu i w bieszczadzkich wsiach, bo było dla mnie egzotyczne – uzasadnia.
Małgorzata i Timour zdają sobie sprawę z tego, że ich twórczość zajmuje odrębne miejsce w sztuce współczesnej. Dlatego podkreślają:
- Są różni artyści: bardziej lub mniej „nowocześni”. To nieważne. Ważne, by sztuka miała duszę.
Artykuł ukazał się w Numerze 5(13)VIP Biznes&Styl, wrzesień-październik 2010








